Z notatek superwagabundy -
Andrzeja Sochackiego
(zamówiony list do mediów pt.:
"Moja opinia o incydencie")
NIE DO WIARY... ,
A JEDNAK... TRAGEDIA
Tego nikt się nie spodziewał
na świecie, że w dzisiejszych czasach znajdują się kamikadze
nie liczący się z ludźmi znajdującymi się za ich plecami. Przeliczyliśmy
się tym razem z ludzkimi zasadami. Prawideł humanitarnych w
pamiętny "czarny wtorek", dnia 11 września 2001 roku
nie było, kiedy chorzy mentalnie bandyci z Bliskiego Wschodu
użyli do zniszczenia obiektów amerykańskich samoloty cywilne
wypłenione do pełna pasażerami. Tak mogą postąpić tylko tchurze
atakując znienacka i wykorzystując spokój wśród demokratycznie
żyjącego społeczeństwa. Jedni winią czujność obrony lotnisk
i kraju, drudzy fanatyzm Arabów inni też żydów, którzy walczą
pod płaszczykiem amerykańskim z islamską rasą. Myślę,
że jest w tym dużo prawdy.
Moim zdaniem to nie był
atak wojenny jak usłyszeliśmy w komentarzach mass mediów. To
było mszczenie się złych stosunków, ciągnących się od dawna,
pomiędzy Ameryką i żydami a pewnymi ugrupowaniami islamskimi
gdzie fanatyzm religijny góruje nad rozsądkiem. Atakiem
wojennym nazywa się potocznie atak spoza granic kraju, z zewnatrz,
a nie co robi się w środku państwa wykorzystując własne lotniska
i na dodatek własny sprzęt.
Fanatyzm jest to straszna rzecz.
Spotkałem się z nim podczas pierwszej podróży dookoła świata
samochodem (1977-79). Jadąc po ulicach Teheranu w tym czasie
kiedy wypędzony Szach Iranu ukrywał się w Stanach
a Ajatollach Homeni wziął władze w swoje fanatyczne ręce, byłem
obrzucany nie raz kamieniami po drodze z powodu
tabliczek rejestracyjnych Nowego Jorku na samochodzie. W tym
czasie na fanatyków słowo Stany Zjednoczone działało jak czerwona
płachta na byka. To nie na tym był koniec. Strach
mnie ogarnął raz, kiedy stojąc w biały dzień na światłach
wyszło kilku huliganów na środek ulicy i zaczeli bujać moim
samochodem próbując go przewrócić na bok. Tylko zmiana sygnalizacji
świetlnej uratowała mnie od prawdopodobnego zakończenia wyprawy
wokoło ziemskiej. Nacisnąłem na gaz i wymknąłem się z rąk oprawców.
W dalszej części przejazdu przez Iran pilnowałem się bardzo
by nie być przypadkową ofiarą konfliktu pomiędzy państwami,
nie mając z tym nic wspólnego.
* *
*
Tu, w Stanach ludzie, przeważnie
nie mający swojego zdania, powtarzają slogany za mass mediami.
Z upływem czasu coraz mniej głosów słychać: "chcemy wojny" czy
"pozbyć się Arabów". Mass media prześcigają się w szukaniu
sensacji, to ich przecież zadanie często zapominając o praniu
uprzednim muzgów swoim obywatelom. Takie ślepe naśladowanie
może doprowadzić do katastrofy światowej. Niech się cieszą mieszkańcy
tego kraju z rozsądnej postawy swojego prezydenta Georga W.
Busha, który nie wydaje decyzji szybko i zbyt pochopnie.
Inaczej, to dziś musielibyśmy myśleć już o schronach.
Nie chcemy wojny, wytępić tylko trzeba wszelkich terrorystów
i zachamować im dostarczenie jakiej kolwiek pomocy.
Uważam, że wszyscy ludzie,
i z tymi odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo lotnisk i kraju,
nie przypuszczali w tak zorganizowany atak porwania samolotów
i wykorzystania ich jako zywej bomby z ładunkiem ludzkim na
pokładzie. Nikt nie mówi w mass mediach o braku czujności i
ochronie na lotniskach. "Bractwo" odpowiedzialne za bezpieczeństwo
pasażerow "spało" w tym czasie wierząc w siłę demokratycznego
systemu i piękne czasy pokoju. Trudno uwierzyć w
przypuszczenia, że porywacze przeszli przez bramki na lotnisku
z plastykowymi nożami lub narzędziami im podobnymi, jak to podają
mass media. Dla nich, być może, inna broń czekała od dłuższego
czasu na terytorium lotniska, daleko poza bramkami a przed wejściem
do samolotów. Wszyscy podróżujemy i widzimy jak pełno osób z
obsługi lotniska chodzi tymi samymi drogami co podróżni. Z bronią
na poczekalnie nie musieli wejść przez "bezpieczne bramki" turystujący
pasażerowie-terroryści. A przede wszystkim trzeba szukać winnego
u siebie w domu a później na zewnatrz. Mamy szczęście,
że nie udało się przemycić bandytom do samolotów w torbie podręcznej
broni chemicznej lub mikrobiologicznej, nie mówiąc już o broni
nuklearnej. Wtedy byłboby dopiero nieszczęście.
Zło należało zlikwidować w źródle,
którym są lotniska z ich ochroną, za wczasu a nie po czasie.
Ale tego nie chcą zauważyć mass media, tylko swoimi sensacjami,
być może bezwiednie, podjudzają naród, który jest przez nie
sterowany i łatwo im wierzy. Amerykańskie społeczeństwo,
tak naprawdę, nie wie co to jest prawdziwa wojna, żyjąc sobie
przez setki lat jak u Pana Boga za piecem z daleka od walk na
świecie.
Mieszkam od wielu
lat w Arizonie i miałbym przyjemność widzieć złapanego winnego,
tych katastrof, przykutego do skały i suszącego się powoli
na słońcu arizońskim. Byłbym po części usatysfakcjonowany gdyby
do tego doszło.
Uważam, że na miejscu zburzonych
TWC budynków powinny powstać budynki wyższe od poprzednich,
by pokazać światu niesłabnącą potęgę kraju, że ten incydent
nie zrujnował i osłabił ekonomi, że obiekty staneły by się
symbolem pokonania zła przez dobro. A nie jak media donoszą
odbudować budynki podobne do poprzednich, tylko wiele niższe.
Trzymajmy kciuki aby ten incydent
barbarzyńców-fanatyków nie przerodził się w globaną wojnę światową.
Na fanatyzm jeszcze nie wynaleziono odpowiedniego lekarstwa.
Jak obecnie można czuć
się bezpiecznym w podróży?, kto mi odpowie na te pytanie.
- wagabunda Andrzej Sochacki
Phoenix, 13 września 2001 r
|