Niespotykany Wagabunda naszych czasów

Podróżników – wagabundów było i jest wielu, ale żaden nie może stanąć przy Andrzeju. Jego ani upały, ani zima, ani polityczne czy społeczne zawirowania, jakie mają miejsce w różnych częściach świata nie odstraszą od podróżowania. Andrzej Sochacki – albo jeszcze trafniej, sławny Wagabunda naszych czasów – jest właśnie taką osobą. Pragnienie podróżowania ma w genach, gdyż już jego dziadek w okresie międzywojennym podróżował dookoła świata. Dziadek dokonał tego wyczynu jeden raz, a Andrzej wiele razy. Nigdy bym w to nie uwierzył, że jest to możliwe. Jak dla mnie, objechać świat chociażby jeden raz, jest nieosiągalnym wyczynem. A On objechał aż osiem razy i mu nie dosyć.

Po spotkaniu się w Phoenix – mieście słonecznej Arizony z Andrzejem i przeglądnięciu licznych albumów, zdjęć i pamiątek, a nawet błogosławieństw od trzech ostatnich papieży – musiałem uwierzyć. Andrzej jest człowiekiem wierzącym i można powiedzieć, że podróżuje z Bogiem. Nie wstydzi się swojej religii i na swoich pojazdach umieszcza emblematy naszej katolickiej wiary. Nie zawsze jest to bezpieczne czy mile widziane, szczególnie wtedy, gdy przejeżdża przez muzułmańskie kraje. Ale jego to nie wzrusza.
W swoim poradniku pisze: „Najlepszym lekarstwem po drodze na zmartwienia jest wiara. Wiara daje nam wewnętrzny spokój i ufność. Modlitwa czy medytacja nigdy mi nieprzeszkodziła, ale uaktywniła mnie duchowo, mówi. Bez wiary człowiek staje sie bezradny i przerażony gdy przyjdzie mu rozwiązywać problemy, których nie brakuje w podróży”.
„Ten kto wierzy nigdy nie jest sam” – słowa papieża Benedykta XVI.

Pierwszą podróż dookoła świata Andrzej Sochacki odbył 40 lat temu samochodem, popularnym VW garbusem. Drugą samolotami, trzecią jachtem i w tej podróży omal nie zginął w rozszalałym sztormie na oceanie. To już powinno go zniechęcić do dalszych eskapad. …Ależ gdzie tam, natura podróżnika-wagabundy nie dała za wygraną. On dalej podróżuje.

Oczywiście, pomiędzy podróżami musiał nabierać sił i pracować, bo jak nam wszystkim wiadomo podróże kosztują, a tzw sponsorzy nie zawsze wywiązują się ze swoich obietnic. Czwarta podróż – żelazną drogą, piata – na motocyklu Harleyu, którą przebył w 1 rok, 3 miesiące i 8 dni przez 35 krajów. Szósta także na Harleyu. Siódma samochodem, a ósma, ta najdłuższa – różnymi markami samochodów po obrzeżach kontynentów, którą kontynuuje od 2008 roku z Bostonu Mass. Ma za sobą objechane: Amerykę (Płółnocną, Centralną i Południową), Europę, Australię i Afrykę.

Jedne podróże były krótsze inne dłuższe. Najkrótsza, to nie lada osiągnięcie, bo przejechał świat w 23 dni volkswagenem „Caddym”. Na swoim koncie ma wiele również pomniejszych wojaży, w tym: – przez przygraniczne stany USA, Alaskę, Kanadę, – dookola Karaibów, a także – po Ameryce Środkowej i Południowej. Oczywiście, nie byłby Polakiem, gdyby nie wojażował dookoła Polski. Zawsze jedzie w świat z obranym sobie celem. Np. podróż dookoła świata motocyklem odbył jako Polak – katolik przez wszystkie świątynie bliżej Boga leżące na jego trasie.

Lata uciekają a on ciągle nieposkromiony. Nic dziwnego, że ci co o nim pisali, nazywali go, Szalonym Wagabundą, w swoim typie „jedynym na kuli ziemskiej”. No bo chyba takiego drugiego nie ma na naszej planecie. Siebie zalicza do podróżników, a nie do turystów. Według jego terminologii turysta podróżuje dla siebie i na ogół robi zdjęcia, zwiedza trochę i nie dzieli się ogólnie swoimi wrażeniami. Jest różnica pomiedzy podróżowaniem a tzw. turystowaniem. U niego turystyka przeradza się w podróżowanie i nabiera nowego sensu. Bo trzeba powiedzieć, że nie podróżuje tylko dla siebie lub dla swojego komfortu czy zdrowia.
Pcha go w dal nie tylko ciekawość, ale przede wszystkim chęć ciągłego zdobywania wiedzy i dzielenia się tym, co sam zobaczył, przeżył i czego nowego doświadczył. Stąd wydaje kilka książek dla tych, co chcą się czegoś nowego nauczyć z jego przeżyć i doświadczeń. Każda podróż jest opisywana i wzbogacana licznymi fotografiami i uwagami.

Ażeby pomóc innym, założył w 1992 roku z własnych funduszy klub – „Centrum Wagabundy” (The Foundation of the Vagabond Center), przeznaczając na to połowę swojego domu. Ci, co lubią podróżować znaleźli odpowiednią bazę do zdobycia koniecznej wiedzy i nabrania sił do dalszych podróży. Bardzo przydatna jest Andrzeja książka pt: „Poradnik Trampingu turysty zmotoryzowanego”, którą napisał z myślą o młodym pokoleniu.
W jego klubowym sanktuarium wagabundy znajduje się masa pamiątek. Na ścianie widnieje duża mapa świata z zaznaczonymi podróżami jak i różne zdjęcia a w nich najświeższe z Afryki, z której wrócił w tym roku po samotnym okrążeniu przez 32 ościenne kraje w ciągu 11 miesięcy.

Z Andrzeja charytatywnej działalności sam mogłem skorzystać. Dzięki właśnie jego gościnności mogłem wraz z kolegą zamieszkać w podróżniczej bazie, zwiedzać Arizonę i wpaść na kilka dni do Meksyku. Nasz unikatowy Wagabunda, obok kilku innych języków zna również hiszpański i okazał się wspaniałym przewodnikiem. Potrafi rozmawiać i nawiązać kontakty z młodymi i starszymi. Taka łatwość w nawiązywaniu kontaktów w samodzielnej podróży jest bezcenną wartością.
Podróżowanie dookoła świata wymaga samozaparcia, wielkiej energii i ofiary. Nie zawsze to jest zrozumiałe dla współmałżonka. Podróżnik – pasjonata nieraz musi stanąć przed tym wielkim problemem, jak pogodzić swoją pasję z życiem rodzinnym?

Andrzej Sochacki promuje podróże dla wszystkich, a już szczególnie dla tych, co są na emeryturze. Zamiast siedzieć w domu, gnuśnieć, wpadać w depresje i nabierać sadła – podróże mogą być swego rodzaju terapią i antidotum na te problemy, które przeżywają starsi ludzie. Kiedyś mogli usprawiedliwiać się pracą, rodziną itp. Na emeryturze mają czas i nie trzeba być bogatym aby podróżować i spełniać swoje marzenia z młodości. Trzeba tylko się przełamać i wyruszyć. W swoim poradniku podaje praktyczne wskazówki jak przygotować się do podróży.

Jest różnica pomiędzy podróżowaniem a tzw. turystowaniem. U Andrzeja turystyka przeradza się w podróżowanie i nabiera nowego sensu. To trzeba powiedzieć i zaznaczyć, że nie podróżuje tylko dla siebie lub dla swojego komfortu czy zdrowia.
Napewno podróże wpływają pozytywnie na jego zdrowie i samopoczucie, chociaż nieraz uległ wypadkowi czy kontuzji. Aż dziw, że tyle w nim pasji, energii i chęci służenia innym, a przecież jest już w wieku emerytalnym. Na świecie coraz mniej rodzi się osób takich jak Andrzej.
Jego motto: „Kochaj Boga nade wszystko, a bliźniego jak siebie samego”. Pomimo tolerancyjnej postawy i wyrozumiałości wobec różnych ludzkich słabości Andrzej jest jednak wymagającym człowiekiem, nie tylko od siebie ale także od innych. Nie lubi spóźnialstwa. Jego częste powiedzenie: „Zobacz, ludzie nie spóźniają się na samolot, a często spóźniają się na spotkania towarzyskie. Coś w ich głowach nie gra, sami się nie szanują. Spóźnianie świadczy o braku osobistej kultury i szacunku dla innych osób”.

Obecnie nasz sławny Wagabunda przygotowuje się w klimacie arizońskim do następnej podróży, tym razem dookoła Azji. Podróż planuje rozpocząć w przyszłym roku z Polonezkoy w Turcji a ma trwać przeszło rok. Stąd chodzi na treningi i hartuje swoje ciało, aby sprostało przyszłym trudom i niespodziankom. Bliskie osoby odradzają mu tej wyprawy ze wzgledu na extremalnie trudne warunki. Azja to nie Ameryka i nie ma tam takich udogodnień, jakie mamy w Europie czy w USA. Ale on, jeżeli coś już zaplanuje, nie poddaje się łatwo rezygnacji.

Być może już taki jego los, że życie zakończy w jakimś odleglym kraju. Ale czy to ma znaczenie? Wszyscy musimy umrzeć. Na pewno najlepiej w gronie rodzinnym i wśród przyjaciół. Tak kończą życie zwykli ludzie, ale Andrzej Sochacki nie jest zwykłym człowiekiem. Tego typu ludzie kończą swoje życie tam, gdzie pociągnie ich pasja, misja, czy przeznaczenie.
Azja ma być jego ostatnią długą wyprawą. Ale poznając Andrzeja naturę, po tej ostatniej będzie jeszcze inna ostatnia, dopóki nie opadnie z sił. Być może, że spotka się ze swoim przeznaczeniem w jakimś odległym zakątku świata, a w nekrologu przeczytamy, że „Znany polski podróżnik …

Jego podróże to nie tylko przyjemność i ekstaza, ale także cierpienie i udręka. Można powiedzieć w konkluzji, że mają charakter i cechy pielgrzymek. Oczyszczają go z różnych ziemskich przywar i naleciałości, stąd można wierzyć, że wysłużą mu prostą drogę do nieba.
– Franciszek Girjatowicz
Diakon

P.S. Więcej o Andrzeju można przeczytać na bieżąco w internecie: www.azpolonia.com, pod hasłem „Centrum Wagabundy” lub www.travelbit.pl – Andrzeja Urbanika.

Chicago, grudzień 2017

Posted in Rózne | Comments Off on Niespotykany Wagabunda naszych czasów

Arizońskie spotkanie podróżników

To się nazywa „mieć szczęście”, …spotkać w jednym miejscu dwóch WIELKICH podróżników, Polaków, z ogromną wiedzą i doświadczeniem – to dar od mojej Opatrzności. Takimi są: Andrzej Sochacki z Warszawy mieszkający w USA i Piotr Śliwiński z Krakowa mieszkający w Hiszpanii a miejsce spotkania – Phoenix, Arizona w Stanach.

O Andrzeju słyszałam od dawna z mediów a poznałam go dopiero w tym roku na spotkaniu z młodzieżą warszawską w sali konferencyjnej Ratusza Gminy Targówek, przed kolejną wyprawą – podróżą dookoła Afryki. To był kolejny etap w planach podróżnika – objechać wszystkie kontynenty samochodem, i to samotnie… Takich odważnych jest bardzo mało na świecie.

Trzeba mieć dużo determinacji, by realizować wielki plan, ale marzenia są po to, by je spełniać. Andrzej – dla znajomych Jędrek – jest konsekwentny w działaniu. Podróże są jego życiem. Od 40 lat podróżuje po świecie. Nic go nie zatrzyma. Udowodnił to w kilkakrotnym okrążeniu kuli ziemskiej różnymi środkami transportu (motocykl, jacht, samolot, pociąg czy samochód), zaliczył ponad 160 krajów. Teraz pozostała mu tylko Azja, ostatni etap wielkiego planu. Podróżuje jako syn kombatanta II Wojny Światowej i spotyka się z nimi lub ich już rodzinami na na trasie zostawiając im glejt Muzeum AK z Krakowa w sprawie przekazywania pamiątek i archiwaljów wojennych, bo muzealne gabloty czekają.

Zapytałam Piotra o jego plany. Jest w trakcie jedenastej podróży dookoła świata, realizuje program zwiedzania ciekawych miejsc na zachodnim wybrzeżu USA, w tym obserwację całkowitego zaćmienia słońca w okolicy Narodowego Parku Yellowstone w stanie Wyoming. Swoją kolejną podróż dookoła świata rozpoczął w styczniu tego roku z Marcinem Obałkiem wyruszając polskim 53-letnim traktorem. Dojechali już do Grecji przemierzając przez wiele krajów europejskich. Trudno powiedzieć, kiedy dotrą do Ameryki, bo mają w planach jechać przez Azję i Afrykę, a średnia prędkość starego Ursusa to zaledwie 20 km/godz. Być może do tego czasu zostanie otwarte nowe „Centrum Wagabundy” Andrzeja w Arizona City, na południe od Phoenix, i będzie nową przystanią dla podróżników jak i polskiego traktora.

Natomiast Andrzej przygotowuje się kondycyjnie i logistycznie do okrążenia samochodem Azji – ostatniego kontynentu z cyklu DOOKOŁA ŚWIATA KONTYNENTAMI. Zaczął tę wyprawę w 2008 roku z Bostonu i ma za sobą okrążenie Ameryki Północnej, Środkowej i Południowej, wokół Europy, Australii i Afryki z której wrócił niedawno. Teraz czeka Azja. W podróż planuje wyruszyć z Polski w marcu 2018 roku. Azjatycką pętlę rozpocznie z Polonozkoy w Turcji i po roku zakończy w tym samym miejscu – w osadzie polskiej (dawny Adampol) niedaleko Istanbułu. Zakłada – jak zwykle – okrążyć Azję samotnie, pod skrzydłami dobrego Anioła Stróża. …Wierzę w niego i życzę mu Good luck!

Patrzyłam na dwóch dorosłych facetów (przedstawicieli dwóch pokoleń), którzy nie bali się wyruszyć w świat. Andrzej przeszło 40 lat podróżuje po świecie w pojedynkę, realizując sukcesywnie kolejne plany podróżnicze. Piotr – poza zrealizowaniem 10 podróży dookoła świata w 10 lat – jest też alpinistą i realizuje razem z Jackiem Jaśniewskim trudny projekt, tj. zdobywają kolejne szczyty zaliczane do „Korony Ziemi”. W ciągu siedmiu lat weszli na 7 najwyższych gór na różnych kontynentach. Pozostały im zaledwie dwa lodowce i myślę, że niedługo znajdą się w nielicznej grupie 22 Polaków, zdobywców „Korony Ziemi”.

Każdy z nich podróżuje inaczej, każdy jest rekordzistą w swoim rodzaju, ale „nadają” na tych samych częstotliwościach. Rozumieją się bez słów, rzucają wyrazami-kodami, przeżywają ponownie swoje podróże, …to pasjonaci. Dzielą się swoimi doświadczeniami, bez zazdrości i zawiści; jak to nie raz bywa w świecie podróży też. Ta niesamowita więź między nimi opiera się na wspólych pasjach, rozumieniu trudów podróżowania po bezdrożach, walce z przeciwnościami losu, pokonywaniu własnych słabości i wyznaczaniu kolejnych celów. Nie ma większej radości, jak spotkanie się podobnych dusz gdzieś daleko w świecie, całkiem przypadkowo. Nie doszło by do tego, gdybyśmy siedzieli w domu.

Godziny mijały, słuchałam, słuchałam, słuchałam. Siedzieliśmy w mieszkaniu Andrzeja, tymczasowego „Centrum Wagabundy” – jego sanktuarium podróżnika, pełnych map, zdjęć, pamiątek z licznych podróży. To niesamowite otoczenie i obecność takich podróżników przeniosło mnie w inny świat.
Zafascynowana słuchałam ich rozmowy na temat podróżniczych planów. Też bym tak chciała, ale wybrałam inny sposób poznawania świata – „po kawałeczku”.
Przypominały mi się szkolne lata, gdy „połykałam” książki podróżnicze, biografie podróżników i przenosiłam się do tych wszystkich cudownych miejsc. Tak zaczęły się moje marzenia o podróżach do miejsc „magicznych”. Życie weryfikuje nasze plany, ale nie ma rzeczy niemożliwych! Trzeba tylko chcieć wyruszyć.

Jaki jest mój „dorobek” podróżniczy? Zaczęłam od Polski wzdłuż i wszerz z plecakiem i dobrym humorem. Potem przyszła Europa, Australia, zaliczyłam też po kilka krajów w Północnej i Południowej Ameryce, Azji i Afryce. Zazdroszczę Andrzejowi i Piotrowi ich wielkich wypraw, ale jest to zazdrość w pozytywnym znaczeniu. Oni realizują swoje marzenia, bo to sens życia. Człowiek bez marzeń jest niespełniony w swym człowieczeństwie…

Teraz jestem na emeryturze i próbuję sił w samotnym podróżowaniu, dosłownie i w przenośni, bez pomocy z boku. Biorę przykład z Jędrka, który powiedział mi, że podróżnik potrzebuje wiecej czasu niż pieniędzy. Więc sama zaplanowałam przygodę w czasie i przestrzeni. Zatrzymałam się w Cancun w Meksyku, szlifuję hiszpański. …Jakie następne plany? Życie pokaże.

Korzystając z możliwości odwiedziłam Jędrka w Phoenix i dzięki niemu spełniłam kolejne marzenie – GRAND CANION!, symbol Arizony – dech zapiera – takich widoków nie zapomina się do końca życia. Marzyłam o tym od dziesiątek lat. …No i przyszła taka pora. Przy okazji na dwie doby zatrzymałam się w Las Vegas, mieście, które nie śpi. I ja nie spałam. Tyle atrakcji, że nie sposób zaspokoić pragnienie nawet w tydzień. Wszytkiego nie sposób zapamiętać, pozostaną w pamięci wybrane tylko miejsca. Muszę tam jeszcze wrócić w przyszłości. Oby życia starczyło.

Po kilku dniach w klimacie suchym i gorącym z temperaturą powyżej 30st.C, wróciłam do Cancun skonana. Tam wieje bryza od morza, więc pogoda do odpoczynku.

Dzień gdy spotkałam dwóch polskich podróżników w Phoenix, zapamiętam na długie lata.

A o moich znajomych będę czytała w internecie pod hasłem: wwww.azpolonia.com w „Centrum Wagabundy” (Andrzeja Sochackiego) i ww.p82.pl (Piotra Śliwińskiego) oraz w www.travelbit.pl (Andrzeja Urbanika). To fantastyczna literatura faktu.

Pozdrawiam wszystkich fanów podróżowania i życzę odwagi w realizowaniu marzeń.

– Grażyna Witkowska z Warszawy
dziennikarka

Cancun, wrzesień, 2017

Posted in Rózne | Comments Off on Arizońskie spotkanie podróżników

Spotkanie z Jędrkiem Podróżnikiem

Telepatia podróżnicza działa wszędzie. …Przypadkiem spotkałam swojego idola daleko od polskiej ziemi bo aż w Stanach Zjednoczonych w Phoenix, stolicy Arizony. Tam ma swój dom „Centrum Wagabundy” podróżnik światowy – Andrzej Sochacki, tam zna go cała Polonia. Oczy zrobiłam gdyż myślałam, że buja się jeszcze po afrykańskiej ziemi. Spotkanie zleciało z Jędrkiem (to jego ksywa od dzieciństwa) na krótkiej rozmowie przy kawie w „Starbucks Coffee”. Tu w Phoenix, gdzie w nocy jest bardziej gorąco niż w Polsce w dzień, gdzie ukrop powietrza wysusza gardło, gdzie dech zapiera chodząc po ulicy i dookoła praży powietrze Jędrek przygotowuje się kondycyjnie do następnej wyprawy. Ja bym nie wytrzymała żyć w takim piekielnym klimacie i przeniosłabym się do chłodniejszego stanu. Ale Jędrkowi ten klimat służy. Myślę, że jestem jedną z niewielu osób, która dowiedziała się szerzej o przygodach wprost od wykonawcy solowej podróży dookoła Afryki.
Jędrka poznałam na spotkaniu z japońską Polonią w Tokio podczas jego samolotowej podróży dookoła świata w 2014 roku. Później widziałam go już w kilku programach telewizji. …Nic się nie zmienił.
Przypomnę jego sylwetkę. Jędrek jest to osoba z wielkim doświadczeniem podróżniczym, odwagą i optymizmem wykonywania nałożonego sobie zadania w pojedynkę. W bagażu ma zrealizowane osiem podróży dookoła świata różnymi środkami transportowymi jak: samochodem, pociągiem, samolotem, motocyklem czy jachtem. Zwiedził przeszło 160 krajów. Włada swobodnie polskim, angielskim, hiszpańskim, rosyjskim i porozumiewa się w niemieckim i francuskim.
Ten niespotykany śmiałek, nie znający strachu, przemierzył w pojedynkę samochodem po kiepskich afrykańskich drogach, najbliżej wody, około 45 tys. km przez 32 kraje w ciągu 10 miesięcy, w latach 2016/17. Momentami wydawało się, że jego 13 letnia mała Toyota „Corolla” z silnikiem 1.4cc, użyczona od dealera z warszawskiej Woli nie podoła przebrnąć dróg pofałdowanych i wyrzeźbionych naturalnie przez wodę, na których stawały i zsuwały się po kamieniach większe samochody terenowe. …A jednak. Myślę, że zdyscyplinowanie, niesamowite doświadczenie, umiejętności i odwaga Andrzeja pozwoliły pokonać afrykańskie wszelkie trudności. Brawo! – takiego wyczynu nikt jeszcze nie dokonał do tej pory.

Jędrek podróżuje po świecie, z orłem na piersi, od czterdziestu lat sławi swój kraj i dzieli się po drodze przygodami i doświadczeniem ze wszystkimi, a szczególne z młodzieżą, dla której napisał między innymi podręcznik pt. „Poradnik trampingu międzykontynentalnego”. Przeczytałam go jednym tchem by zatrzymać cenne uwagi do swojego turystowania. Nie słyszałam o innym podróżniku, który by miał więcej spotkań po drodze. Za szerzenie polskości w świecie został odznaczony złotym krzyżem zasługi. …To prawdziwy patriota.
Ujmuje słuchających swoimi wrażeniami i zachęca do podróżowania śmiałków niezależnie od wieku, i tych będących na emeryturze też. Żeby nie załamywali się tylko realizowali swoje marzenia tkwiące w nich od młodości. Świat jest piękny i pouczający. Podróże jest to Wyższy Uniwersytet Życia jak mówi, którego nie jesteśmy w stanie ukończyć. Przez podróże czujemy się bardziej edukowani, młodsi a tym samym zdrowsi, silniejsi i więcej weseli. Więc Andrzej powtarza często – podróżujmy!

Zadałam Jędrkowi kilka pytań:

f.: Jędrek, powiedz mi dlaczego podróżujesz tak inaczej, w czasie i przestrzeni?
J.: …No właśnie, przytoczę tu rozmowę z pewną dziennikarką ze spotkania prasowego w Warszawie, która zapytała mnie podobnie. „Odpowiedziałem jej krótko: pani Teresko dlatego, gdyż ja nie choruję. Ona, spuściła głowę i rzekła po cichu, …no właśnie. … Oto było jej potwierdzenie.”
To znaczy, jak ważnym jest zdrowie i dobre samopoczucie w podróżowaniu. Myślę, że jest to jeden z głównych czynników odnoszenia sukcesu, oczywiście oprócz dobrego przygotowania się do wyprawy i optymizmu. Podróże nie są dla pesymisty. Jest jeszcze wiele dodatkowych punktów zachęcających do podróżowania jak: poznanie świata, sprawdzenie siebie w ekstremalnych warunkach, chęć porównania życia w różnych środowiskach społecznych i geograficznych, zweryfikowania tego co przekazują media itp.
Dzięki Bogu, zdrowie i dobre samopoczucie towarzyszą mi przez cały czas podróżowania a szczególnie w Afryce. W podświadomości mam zakodowane – nie mogę chorować! To jest powód do radości i chęci wykonywania założonego celu. Muszę tu dodać, że podróżuję z dobrym Aniłem Stróżem, który ma mnie w opiece.

f.: Jakie momenty z Afryki utkwiły Ci najbardziej w pamięci?
J.: – Pokonywanie terenowych dróg przez obie Gwineje i oba Conga. Tam są drogi wyrzeźbione przez potoki podeszczowe, po których możliwa jazda jest motocyklem czy SUWem z napędem na cztery koła a nie zwykłym samochodem. To był terenowy rajd typu „Dakar” w porze deszczowej, która mnie dopadła. Mała Toyotka ześlizgiwała się po wielkich kamieniach mimo, że koła kręciły się do przodu. …Bez pomocy przypadkowych ludzi nie dałbym rady pokonać tamtych wzniesień. …Przygoda była bliska końca.
– Powszechne wyciąganie rąk po bakszysz jest znamienną cechą w relacji życia czarnego do białego. Z tą cechą ludzie rodzą się i nie szybko jej się pozbędą; w ich przekonaniu biały to znaczy bogaty.
– Nie spotkałem w życiu tylu bezrobotnych mężczyzn co w wioskach afrykańskich, które pozbawione są wody, prądu i różnych udogodnień życiowych. Analfabetyzm jest czymś powszednim, brak nauczycieli i szkół nie mówiąc o porzedszkolach. Odczuwa się brak pracy ogólnie. …No to co robić, …jedno pozostało, kochać się i płodzić dzieci. Wioski ozdabiają mrowia dzieciaków bez końca. Biedy wiejskiej nie można porównać z miejską, gdzie jest walka o lepszą egzystencję, …w wioskach walka jest o przetrwanie.
– Strasznie dużo widzi się młodych dziewczyn z dziećmi na plecach w wieku 14 – 17 lat, które ciężko pracują by wychować pociechę, nie rozstając się z nim choć na chwilę. Nie zależy im na kontakcie z tym kto jest ojcem, który zrobił swoje i zniknął. …W Afryce jest wstydem nie mieć dziecka w wieku 20 lat. Społeczeństwo ignoruje takie bezdzietne panny. Każda chce mieć choć jedno by być poważaną i czuć się spełnioną osobą biologicznie.
– Brak oznakowań na drodze stawia Afrykę daleko w podróżniczym świecie, wbrew propagandzie, i w orientowaniu się co do kierunku jazdy. Tam nawet tubylec bez pytania po drodze nie pojedzie we właściwym kierunku. Jest to celowe by hamować kontakty i przemieszczanie się ludzi. Główne szosy łączące stolice państw, nawet dobrej jakości, są prawie puste. Od czasu do czasu mija się autobusy jak i państwowe pojazdy. Natomiast bramek kontrolnych jest co nie miara. Podróżowanie prywatne tubylców na ogół nie istnieje.

f.: Jaki cel przyświecał Ci w tej podróży?
J.: Jest to moja podróż patriotyczna. To, że jestem synem kombatanta II Wojny Światowej nawiązuję z przyjemnością kontakty z pozostałymi kombatantami lub ich rodzinami rozsianymi po świecie. Przekazuję im otrzymany „gleit” z Muzeum AK w Krakowie co do uprzejmej darowizny pamiątek, archiwalii wojennych na które czekają liczne muzealne gabloty. W ten sposób młodzież uczy się historii Polski na faktach a nie zmyślonych tekstach, …jak moje pokolenie.
Spotkałem kilkudziesięciu Polaków w krajach Afryki, którzy zostali po II Wojnie Światowej jak i niektórych co wyrwali się z komunistycznej Polski i osiedlili w Maroku, Namibi, RPA, Mozambiku czy Egipcie.

f.: Z babskiej ciekawości, …czy masz jakiegoś sponsora?
J.: W zasadzie od pierwszej podróży dookoła świata, czterdzieści lat temu, mam jednego sponsora do tej pory, który mi nigdy nie nawalił i ja mu też, – tym sponsorem jest własna kieszeń. Po prostu odkładam i realizuję marzenie. Natomiast w tej afrykańskiej podróży środki utrzymania czerpałem już z emerytury. Bywało, że było krótko pod koniec miesiąca. Wtedy zatrzymałem się gdzieś w odpowiednim miejscu i przeczekałem do dnia wpłaty do banku należności emerytalnych, …i jechałem dalej.
W tej podróży niespodziewanie z pomocą przyszedł mi Automobilklub Polski w Warszawie, którego jestem członkiem. Prezes klubu pan Romuald Chałas założył kaucję w banku za „Carnet de Pasages” (10 tys USD) bez którego miałbym trudności po drodze w pokonywaniu przejść granicznych. A tak nie traciłem czasu i dodatkowych opłat na granicach. Przyczynił mi się też w wyborze samochodu. To jest stary wyga rajdowy – wie co potrzebne w pokonywaniu trudności po bezdrożach świata. Wielkie dzięki za to, …nie wypadało mu nawalić.

f.: Jakie plany na przyszłość?
J.: W niedalekiej przyszłości pragnę ukończyć tę podróż tj. dookoła świata przez okrążenie kontynentów wzdłuż granic morskich, którą rozpocząłem w Bostonie 2008 roku. Do tej pory okrążyłem już trzy Ameryki (Północną, Środkową i Południową), Europę, Australię i obecnie Afrykę. Została mi Azja, w którą wyruszę w marcu przyszłego roku z Warszawy VW-genem, typowym „Ogórkiem”, który użyczą mi polscy garbusiarze. …Ale gdybym zdobył jakiś nowszy samochód to bym pewniej czuł się po drodze, gdyż Azja jest kontynentem również z kiepskimi drogami. W ten sposób zrealizowałbym najdłuższą możliwie ziemską pętlę – wyprawę swojego życia.
Do tej pory podróż kontynentami świata pokonywałem: Toyotą „Land Cruiserem”, Oldsmobilem „Cutlass”, Volvo – 60”, Mitsubishi „Magna” i ostatnio Toyotą „Corollą Combi”.

f.: Co dodasz na zakończenie ?
J.: Uważam, że samotna podróż jest trudnym przedsięwzięciem jadąc z myśłą, że może coś się niespodziewanie zdarzyć na trasie, no i co wtedy robić…? Nie wolno się załamywać. Bez pomocy technicznej jest też możliwe zrealizowanie podróżniczego marzenia i wykonanie założonego celu; to jest oczywiste, trzeba tylko wystartować. W moich podróżach trzyma opiekę nade mną dobry Anioł Stróż, to więcej niż mieć najlepszego sponsora. Światowe podróże w nieznane są wielkim naturalnym poligonem doświadczalnym tak dla pojazdów jak i dla kierowców.
….Po zrealizowaniu podróży myślę wypełnić czas na dokończeniu pisania książek i stworzenia prezentacji komputerowych z poszczególnych wojaży by pamięć o moich zmaganiach po bezdrożach świata nie zaginęła. W między czasie planuję odbywać spotkania w myśl założeń turystyki trampingowej, tj podróżowania niezależego od biur podróży. Pamiętajmy – turysta turystuje, podróżnik podróżuje a świat jest zbyt ciekawy i pouczający by siedzieć w domu.

Jędrka motto: „Bez podróży życie jest nudne i …się dłuży”

…Przed Andrzejem jest ostatni etap zakończenia światowej pętli, to azjatyckie kraje (około 20). Jestem przekonana, że temu podoła. Nie ma w świecie równego sobie. Życzę nietypowemu podróżnikowi z całego serca szczęśliwego wykonania tych niecodziennych eskapad, w które wyrusza z Targówka w Warszawie – miejsca urodzenia i twardego wychowania.
…Może spotkamy się znów gdzieś w świecie. …Oby, takie moje życzenie.

Więcej o przygodach naszego bohatera jest w internecie pod imieniem Andrzej Sochacki podróżnik i w azpolonia.com pod hasłem Centrum Wagabundy lub w Travelbit Andrzeja Urbanika. Trasę jego śledziłam na bieżąco w internecie, jak i będę to robić w niedalekiej przyszłości, pod hasłem: EMTRACK – Andrzej Sochacki. W ostatnią podróż swojego życia Andrzej planuje wyruszyć wiosną przyszłego roku z Polonezkoj (polskiej osady, dawny Adampol) w Turcji, jakim samochodem i jaką trasą, niebawem już czas pokaże.
Kontakt z podróżnikiem: asochacki@yahoo.com lub centrumwagabundy@yahoo.com

Jędrku, dziękuję Ci serdecznie za rozmowę. Jestem pod wrażeniem, połknęłam bakcyla, będę podróżować.

Z sympatią i szacunkiem
– Katrina Witt z Radomia

Phoenix, wrzesień 2017

Posted in Rózne | Comments Off on Spotkanie z Jędrkiem Podróżnikiem

„Szalony Jędrek”–Andrzej Sochacki

ANDRZEJ “Jędrek” SOCHACKI – jest jednym z najciekawszych podróżników świata. Od 1973 mieszka w U.S.A. i tam nostryfikował dyplom. Genetycznie i z zamiłowania wagabunda, z wykształcenia magister agro-mechanizacji z pasją dziennikarską, jest w trakcie pisania pracy doktorskiej. Ma skończone sześćdziesiąt pięć lat, rodowity Polak z Targówka, z polskim i amerykańskim obywatelstwem. O włóczędze marzył od dzieciństwa wędrując po Polsce, od młodości po Europie a od dojrzałości po całej planecie. Ten znany w świecie, nietypowy obieżyświat spędził w podróżach przeszło 12 lat ciekawego życia, gromadząc w bagażu wagabundy ponad 350 000 km i 163 zwiedzone kraje na sześciu kontynentach. Zawsze podróżuje z polską fantazją i orłem na piersiach rozsławiając swoją Ojczyznę; nie wyobraża sobie inaczej.
Jędrek jest podróżnikiem, który w ośmiokrotnym solowym okrążaniu Ziemii posługiwał się różnymi środkami transportu (VW-„garbus”, samolot, jacht, pociąg, dwa razy Harley Davidson, VW „Caddy”, VW „Pasat”, Toyota „Land Cruiser”, Oldsmobile „Cutlass Supreme S”, Volvo-460, Mitsubishi„Magna-Sport”, Toyota „Corolla Kombi”). Od 2008 roku wykonuje swoją najdłuższą – solową podróż życia tj. objechanie świata po obrzeżach kontynentów. Przeznaczył na te przedsięwzięcie 10 lat.

Startował:
1. 1977 – 79, samochodem „VW-garbus”z Nowego Jorku, N.Y. (U.S.A.), 35 krajów, 23 miesiące
2. 1979, samolotami z Los Angeles, Kalifornia (U.S.A.), 16 krajów, 4.5 miesiąca
3. 1992 – 94, jachtem „Biały Orzeł” z Las Palmas, Wyspy Kanaryjskie (HISZPANIA), 15 krajów, 18 miesięcy
4. 1994 – 95, pociągami z Warszawy (POLSKA), 15 krajów, 11 miesięcy
5. 1998 – 99, motocyklem „Harley Davidson” z Phoenix, Arizona (U.S.A.), 35 krajów, 15 miesięcy
6. 1999 – 00, motocyklem „Harley Davidson” z Tokio (JAPONIA), 9 krajów, 7 miesięcy
7. 2007, samochodem „VW-Caddy” z Tarnowa (POLSKA), 13 krajów, 23 dni
8. 2008 – ?, pojazdami po obrzeżach kontynentów (Toyota„Land Cruiser”, Oldsmobil „Cutlass Supreme S”,
Volvo-460, Mitsubishi „Magna Sport”, Toyota “Corolla”):
I. PŁN. AMERYKA (2008) z Bostonu (USA), 2 kraje, 3.5 miesiąca
II. CENTR. AMERYKA (2010) – z Phoenix (USA), 7 krajów, 5 miesięcy
III. PŁD. AMERYKA (2011) – z Cartageny (Kolumbia), 8 krajów, 6 miesięcy
IV. EUROPA (2012) – z Warszawy (Polska), 34 kraje, 100 dni
V. AUSTRALIA – (2014) – z Adelaide (Australia), 66 dni
9. 2014, samolotami, z Phoenix, Arizona (U.S.A.), 9 krajów, 3.5 miesiąca
VI. Afryka – (2016) – z Rabatu (Maroko), 32 krajów, 11 miesięcy
VII.Azja – (2018/19) – z Poloneskoy (Turcja), 20 krajów, 12 miesięcy (?)

Odbył również wiele pomniejszych podróży jak:- dookoła byłych „Demoludów” (Polska, NRD, Czechosłowacja, Węgry, Jugosławia, Bułgaria, Rumunia i ZSSR) motocyklem „MZ-250”,- wokół Stanów Zjednoczonych przez 32 stany przygraniczne i dwa kanadyjskie samochodem „Lincoln-Continental”, – dookoła Karaibów przez 17 wysp-krajów mieszanym transportem, – po Ameryce Środkowej i Południowej samolotem, koleją i autobusem, – dookoła Skandynawii samochodem „Mercedes”, – po Alasce lub Hawajach mieszanym transportem, -czy dookoła Polski.

Jędrek podróżuje samotnie zawsze w zgodzie ze swoimi podstawowymi regułami: różnym środkiem transportowym i inną trasą, w innym czasie i kierunku, z innego miejsca i z innym celem przewodnim, by spotkać różne kultury i innych ludzi; … zawsze inaczej. Obecnie jest wykładowcą Turystyki Trampingowej na polskich uczelniach. Biegle włada polskim, angielskim, hiszpańskim i rosyjskim, porozumiewa się francuskim i niemieckim. Dziennikarz i bohater wielu publikacji. Znany z wielu wywiadów w telewizji, radiu i prasie, zarówno polskiej jak i zagranicznej.

DZIĘKI RÓŻNYM PODRÓŻOM WOKOŁOZIEMSKIM JEST JEDNYM WŚRÓD NIETYPOWYCH PODRÓŻNIKÓW ŚWIATA.

Bazując na własnym doświadczeniu w podróżowaniu, zarejestrował w 1992 roku fundację – “CENTRUM WAGABUNDY” („The Foundation of the Vagabond Center”) – międzynarodowy klub podróżników w Phoenix, Arizona, USA. Klub-przystań przyjaciół zdrowego ducha i wolnego świata.

ANDRZEJA PRZYJMOWAŁY „KORONOWANE GŁOWY” i „GŁOWY PAŃSTW”. Był między innymi gościem w Białym Domu w Waszyngtonie, przyjęty dwukrotnie przez papieża Jana Pawła II na prywatnej audiencji, u Dalaj Lamy w Himalajach, u Króla Tonga na Pacyfiku i w kancelarii prezydenta Rzeczpospolitej Polski, gdzie za krzewienie polskości w świecie został odznaczony ZŁOTYM KRZYŻEM ZASŁUGI. Był również honorowym gościem „XVI Balu Podróżników” 2013 roku w Stanach Zjednoczonych. …Wszyscy jesteśmy z Andrzeja dumni życząc mu wytrwania w jego przedsięwzięciach.

Jego motta:„Bez podróży życie się dłuży” i “Świat jest zbyt pouczający by siedzieć w domu”

– Adam Glob
Centrum Wagabundy
Phoenix, 2017
E-mail:centrumwagabundy@yahoo.com, asochacki@yahoo.com

Posted in Rózne | Comments Off on „Szalony Jędrek”–Andrzej Sochacki

ZŁOTY KRZYŻ ZASŁUGI DLA ANDRZEJA SOCHACKIEGO

Dzięki staraniom: – Zarządu Towarzystwa Przyjaciół Dzieci Ulicy „Przywrócić Dzieciństwo” im. Kazimierza Lisieckiego (prezes Bogusław Homicki), – Polskiego Związku Motorowego (prezes Andrzej Witkowski) i – Muzeum Sportu i Turystyki (dyrektor dr Iwona Grys) – postanowieniem z dnia 30 listopada 2007 roku podróżnik Andrzej Sochacki został uhonorowany przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Pana Lecha Kaczyńskiego Złotym Krzyżem Zasługi przyznanym za propagowanie Polski w świecie.

Uroczystość wręczenia państwowego odznaczenia odbyła się w Phoenix – Arizona w Klubie Pułaskiego, na bankiecie Związku Podhalan w Arizonie.
Pod nieobecność Andrzeja, który przebywał w podróży, w imieniu Prezydenta RP Złoty Krzyż Zasługi wręczył konsul RP z Los Angeles, Kalifornia – Pan Jakub Zaborowski na ręce żony – Ewy Sochackiej w obecności dzieci – Joanny i Cezara Sochackich.

Należy nadmienić, że jest to tym bardziej przyjemne dla nas, gdyż jest to pierwsze tego typu zaszczytne odznaczenie podróżnika w Polonii Arizońskiej jak i również Polonii Amerykańskiej, którą szacuje się na dziesiątki milionów rodaków.

Wielkie i Serdeczne Gratulacje dla naszego globtrotera i Prezesa „Centrum Wagabundy”.

– rzecznik prasowy „C.W.”
Joanna Marciniak

Posted in Gazetka Przystań | Comments Off on ZŁOTY KRZYŻ ZASŁUGI DLA ANDRZEJA SOCHACKIEGO

PATRIOTYCZNA PODRÓŻ JĘDRKA

Na klubowym spotkaniu dowiedzieliśmy się o aspektach podróżowania naszego światowego wagabundy a jednocześnie prezesa klubu. Głównym aspektem dla Andrzeja jest cel patriotyczny, innym aspektem to obyczajowość innej kultury jak i przemiszczanie się po wiejskich drogach świata.
…Jak zawsze, byliśmy wsłuchani w opowiadania, które mają patriotyczny wątek, gdyż Andrzej podróżuje z polską fantazją i samochodem zaopatrzonym w polskie emblematy. Nie trudno się domyślić jakiej narodowości jest kierowca zacnego pojazdu. Chwała mu za to. Niech to będzie dopingiem dla nas wszystkich, wyróżniania się wśród innych pojazdów na drogach. Tym małym sposobem pokazujemy światu swoją tożsamość narodową.

Niestandardowy podróżnik i nie spotykany cel podróżowania wypełnia mu czas podczas jazdy. Jadąc przez świat odnawia stare i nawiązuje nowe kontakty z kombatantami i weteranami II Wojny Światowej. Tu trzeba wspomnieć, że pierwszy raz nawiązał kontakty 35 lat temu (rok 1977), kiedy odważył się po raz pierwszy samotnie okrążyć świat. Przez niespełna dwa lata – małym „VW-garbusem” o imieniu „Pryszcz” poświęconym przez ks. J. Szpilskiego – proboszcza parafii Św. Stanisława Kostki na Greenpointcie w Brooklinie, N.Y. realizował, bez pomocy z boku, pętlę wokół globu przez 35 krajów.
Wtedy za czasów „żelaznej kurtyny” Jędrek był jedynym Polakiem podróżującym dookoła świata. Podczas tej długiej przygody poznawał prawdziwą wojenną historię, nie znaną mu w Polsce, wprost od polskich żołnierzy i oficerów; odwiedzając ich żołnierskie domy. Ci wojenni bohaterzy, nie ze swojego wyboru lecz z powodu politycznej sytuacji osiedlili się poza granicami swojej Ojczyzny, za którą przelewali krew. Jędrkowi łatwo było nawiązywać kontakty startując ze Stanów Zjednoczonych będąc synem wojennego kombatanta Jerzego Sochackiego.
Drzwi domów kombatanckich otwierał Andrzejowi list polecający z rąk Alojzego Mazewskiego – ówczesnego prezesa Kongersu Polonii Amerykańskiej, który nazwał go „polonijnym ambasadorem”. Andrzej swą pierwszą podróż dookoła świata odbył bez posiadania paszportu polskiego, który odebrano mu podstępnie przed wyprawą w polskim konsulacie w Nowym Jorku. Jechał przez świat niczyj ale z białym orzełkiem w złotej koronie na piersiach (doszytej przez matkę), legitymując się amerykańskim dokumentem podróży – „Permit to Reenter”, który pomógł mu przemierzyć 50 krajów na pięciu kontynentach.

Po drodze słuchał żołnierzy jak martwili się o losy swoich cennych pamiątek wojennych. Jedni mają ich niewiele, inni mają ich całe pomieszczenia. Nie mogąc liczyć często na swoją rodzinę, przymierzają się do pozostawiania swoich zbiorów po różnych parafiach, szkołach, klubach itp. Martwią się, bo nie są to odpowiednie miejsca na tak cenne archiwalia. …Jeden kombatant w Seattle, w stanie Washington – mający syna adwokata, mieszkającego niedaleko, powiedział mu, cytuję: „Wiesz co synu, ty jesteś tak bardzo zajęty, że chyba o mojej śmierci dowiesz się przypadkowo z nekrologu wydrukowanego w gazecie”. …I rozpłakał się. Dziś jest już śp.

Po skonsultowaniu się z kilkoma kombatantami, mieszkającymi na różnych kontynentach, Jędrek zdecydował, że trzeba by zebrać te unikatowe archiwalia wojenne i umieścić w jakimś odpowiednim miejscu – na polskiej ziemi.

…Nie wytrzymał. Napisał list do dyrektora największego europejskiego Muzeum Armii Krajowej im. Emila Fieldorfa „Nila” w Krakowie i przedstawił całą sprawę. Po kilku tygodniach otrzymał pozytywną odpowiedź, której fragmenty cytuję: „…Zapewniam, że jeśli chodzi o miejsce w naszym krakowskim Muzeum AK – dla wszelkich pamiątek po kombatantach i weteranach II wojny światowej, zawsze było i będzie!. …Proponuję zacnym kombatantom, by w tej sprawie nawiązali kontakt z polskimi placówkami konsularnymi, którym niezręcznie będzie odmówić pomocy i pośrednictwa w przekazaniu do Ojczyzny pamiątek naszego Dziedzictwa Kulturowego”. – pozostaję z wyrazami szacunku, Adam Rąpalski, dyr. Muzeum A.K., Kraków, 9 czerwca 2009 r. …Cieszymy się razem panie dyrektorze!

Z takim glejtem i innymi poparciami co do słuszności sprawy – Andrzej Sochacki podróżuje po świecie i przedstawia wszystkim spotkanym kombatantom wojennym, ich rodzinom i przyjaciołom. Około 85-95 letni zazwyczaj bohaterscy kombatanci, często płakali podczas spotkań opowiadając swoje historie; płakał też razem z nimi i Andrzej. Z radością przyjmowali Andrzeja wiadomość o przychylnym nastawieniu administracji muzealnej w Krakowie na ich wojenne trofea, służące w odzwierciedleniu prawdziwej historii II Wojny Światowej, która jest nieznana większości a szczególnie polskiej młodzieży. A oto przecież nam wszystkim chodzi, aby prawdziwa historia dotarła do młodego pokolenia.
Dziś, sędziwi weterani po spotkaniu z Andrzejem mogą spać spokojnie i jak przyjdzie pora rozstać się z archwaliami wojennymi będą wiedzieli gdzie je skierować i jaką drogą. …Dzięki Ci Andrzeju za to.

…Opowiadaniom o kombatanckich spotkaniach z Jędrka wyprawy nie było końca. Każde zawierało inny wątek wspomnień. W dzisiejszych czasach podróż w pojedynkę jest wyjątkowo ryzykowna, dlatego ludzie podróżują przynajmniej we dwoje; tak jest bezpieczniej. Dawniej podróżnik obawiał się zwierząt, pożywienia i chorób a dziś obawia się ludzi. Obecnie w świecie nie brakuje maniaków i wykolejeńców. Trzymajmy kciuki za powodzenie tej wspaniałej misji.

Jadąc drugorzędnymi drogami przy brzegu morza, daleko od autostrad życie dudni dawnym tempem wśród tubylczego folkloru bez odczucia pośpiechu i wrogości do obcego. To ostatnia szansa znalezienia się w naturalnym środowisku, które zamiera wraz z rozwojem techniki i budowy autostrad przecinających miasteczka będące dawniej główną ich ulicą.

Nasunęło się pytanie: Jak można sobie wyobrazić najdłuższą wyprawę po lądzie? Odp.: To, okrążenie Ziemii wszelkimi drogami po obrzeżch kontynentów; najbliżej wody. Więc Jędrek postanowił wykonać te przedsięwzięcie w ciągu dziesięciu lat. Z wyliczeń wynika, że cały dystans wyniesie około 300 tysięcy kilometrów. …Ile wyniesie w praktyce – zobaczymy.

Zapytany niedyskretnie – kto finansuje jego podróże? Zmieszał się i odpowiedział – nikt do tej pory. Rzekł, że robienie czegoś dla wyższych racji pozwala zapomnieć pytania o pomoc, która niejednokrotnie by się przydała do lepszego wykonania zadania. …Podróż ta pochłania w całości dochody Jędrka z renty inwalidzkiej, które nie pozwalają na odbijanie z głównej zaplanowanej trasy na boki, by ją bardziej wzbogacić. …Napewno pomocnym by było mieć dopełniony bak paliwa do pokonywania ogromnych i kosztownych odległości, by podróż była przyjemniejsza i bardziej wypełniona – powiedział Andrzej. Może kiedyś w przyszłości znajdą się ludzie chcący pomóc Andrzejowi finansowo by partycypować w jego misji patriotycznej, której nikt do tej pory nie podjął.

…Wracając do domu, już późną nocą, jeszcze raz odtwarzałam sobie ciekawe i niepowtarzalne opisy spotkań Andrzeja z Polakami – bohaterami swojej Ojczyzny jak i tubylcami w różnych krajach.

Więcej o Jędrka przygodach podróżniczych znajdziecie państwo na stronie: www.azpolonia.com pod hasłem „Centrum Wagabundy” lub w „Google” pod hasłem „Andrzej Sochacki”podróżnik.

Ewa Sochmar

– korespondentka prasowa
„Centrum Wagabundy”
Phoenix, 2010

Posted in Rózne | Comments Off on PATRIOTYCZNA PODRÓŻ JĘDRKA

Afrykańska podróż

Podróż zacząłem z Warszawy, Polska 18 marca 2016 roku i zakończyłem w lutym 2017. Spędziłem 7 dni w Polsce, 10 dni w Europie w 12 krajach: (Czechy, Słowacja, Węgry, Austria, Słowenia, Włochy, San Marino, Watykan, Monaco, Francja, Hiszpania i Gibraltar) i około 300 dni w 32 krajach Afryki. Oto one:
PÓŁNOCNA AFRYKA – 1 kraj
1. MOROCCO (Rabat) – 7 dni
ZACHODNIA AFRYCA – 14 (wszystkie)
2. MAURETANIA (Nouakchott) – 3 dni
3. SENEGAL (Dakar) – 14 dni
4. GAMBIA (Banjul) – 3 dni
5. GUINEA BISSAU (Bissau) – 5 dni
6. GUINEA (Conakry) – 13 dni (7+6)
7. SIERRA LEONE (Freetown) – 6 dni
8. LIBERIA (Monrovia) – 8 dni (6+2)
9. MALI (Bamako) – 3 dni
10. BURKINA FASSO (Ouagadougou) – 3 dni
11. COTE D’IVOIRE (Yamoussoukro) – 3 dni
12. GHANA (Accra) – 39 dni (19+20)
13. TOGO (Lomé) – 4 dni
14. BENIN (Cotonou) – 58 dni (41+17)
15. NIGERIA (Abuja) – 5 dni
CENTRALNA AFRYKA – 5
16. CAMEROUN (Yaoundé) – 5 dni
17. EQUATORIAL GUINEA (Malabo) – 4 dni
18. GABON (Libreville) – 4 dni
19. CONGO (Brazzaville) – 3 dni
20. DEMOCRATIC REPUBLIC OF CONGO (Kinshasa) – 2 dni
POŁUDNIOWA AFRYKA – 5
21. ANGOLA (Luanda) – 5 dni
22. NAMIBIA (Windhoek) – 6 dni
23. SOUTH AFRICA (Pretoria) – 13 dni
24. SWAZILAND (Mbabane) – 1 dzień
25. MOZAMBIQUE (Maputo) – 9 dni
WSCHODNIA AFRYKA – 4
26. TANZANIA (Dodoma) – 7 dni
27. ZANZIBAR (Zanzibar Town) – 1 dzień
28. KENYA (Nairobi) – 7 dni
29. ETHIOPIA (Addis Ababa) – 14 dni
PÓŁNOCNA AFRYKA – 3
30. SUDAN (Khartoum) – 15 dni
31. EGYPT (Cairo) –30 dni, Koniec podróży samochodem dookoła Afryki
32. TUNISIA (Tunis) – 1 dzień (samolotem)

EUROPA – przez Włochy, Watykan do Warszawy – KONIEC Expedycji
Łącznie: 1+12+32 = 45 kraje, >10 miesięcy, >45 000 km

Uwaga:
Dzięki platformie telematycznej EMTRACK można było śledzić drogę odbytą w internecie pod hasłem:
EMTRACK – Andrzej Sochacki

Centrum Wagabundy, 2017

Posted in Afryka 2016 | Comments Off on Afrykańska podróż

SIÓDMY ETAP

Jest to etap ostatni w mojej „afrykańskiej podróży”, którym podzielę się w konkluzji moimi spostrzeżeniami i wspomnieniami prosto z drogi najbliżej granic kontynentu.

KOŃCÓWKA PODRÓŻY i podsumowanie
Zrezygnowałem z niebezpiecznej jazdy „Zabawką” z Egiptu przez Libię w kierunku Maroka by zamknąć pętlę starym zwyczajem. Konsul pan Marek Poroziński, okazał się dobrym opiekunem i doradcą. Ostatecznie samochód popłynął przez Morze Śródziemne do Savony we Włoszech.

Przez Tunezję
Nieco zmieniłem plan. Poleciałem odebrać samochód przez Tunezję, kraj nie wymagający wizy. Kupiłem bilet do Tunisu by choć trochę posmakować ten kraj arabski. Przyjaźni ludzie do turystów. Stolica oświetlona nocą, bez drapaczy chmur z otwartymi hotelami leżącymi w zasięgu plaż nad Morzem Śródziemnym gdzie moi przyjaciele często spędzają tam urlopy.
…Zadzwoniłem do portu w Sawonie. Statek z samochodem zacumowany stał już przy kei. Musiałem się pospieszyć. …Dwa dni zleciały szybko.

Już w Europie, Włochy
Odetchnąłem troszkę, po kontynencie afrykańskim, kiedy wylądowałem w Genui. Do Savony po odbiór „Zabawki” dostałem się koleją. Niespodziewanie długo trwało załatwienie odbioru przez biurokrację, który trwał półtora dnia. Dodatkową noc spędziłem niepotrzebnie w hotelu przyportowym; nie było wyboru.

Odebrałem „Zabawkę” zakurzoną, poobijaną, podrapaną, bez niektórych naklejek reklamowych, bez nakrętek wentylowych w kołach. A przecież miała płynąć w opłaconym kontenerze. Pracownik ambasady od 26 lat, Egipcjanin – Mahmed Ali, któremu zaufałem, postąpił nieuczciwie. Pobrał pieniądze za transport w kontenerze a samochód popłynął na otwartym deku.
Zrobiłem zdjęcia przy odbiorze i będę wymagał wyjasnień w sądzie co do przekrętu. Pracownicy celni w porcie byli świadkami bałaganu, który zobaczyli w środku samochodu, nie uwierzyli. Dali mi namiary w razie potrzeby.
W środku zauważyłem brak kanistra na benzynę, kątowniki łóżka pogięte, sróby wyrwane i materac uszkodzony, izolacja na łóżku pocięta, schowek z popielniczką wyrwany, zebrane monety zniknęły, apteczka pusta, zapasowe koło bez przykrywy, boczne schowki bez pokrywek, brak olei, filtr powietrza zgnieciony, brak pudełek z prezentami i upomionkami, zniknęły inne rzeczy podróży itd. …Płakać się chciało.
Celnicy nie rozumieli powodu podstawienia do odbioru w takim stanie samochodu. Zaproponowali, bym zgłosił kradzież i obicia samochodu na policję, ale zaznaczyli od razu, znając działanie mundurowych, że na nic to się nie przyda.

Uff! …Wyjechałem czem prędzej za bramę portu by się nie denerwować i pojechałem odebrać paczki z rzeczami osobistymi, które nie popłynęły w samochodzie. Nie mogły, gdyż samochód załadowano na statek bezpośrednio z innymi pojazdami. Opłatę pobrano nieuczciwie. Jednym słowem – kradzież.
…Ledwo zdążyłem dojechać, w kończącym się dniu, do portu lotniczego w Genui na stanowisko „Cargo Lufthansy”. Trzy paczki z rzeczami osobistymi i samochodowymi ledwo zmieściły się do środka.
Dokupiłem paliwa i obrałem azymut na Rzym do którego chciałem dobić jak najszybciej. Jechałem całą noc z przystankami na krótkie odpoczynki. Temperatura w nocy plus 4st.C nie pozwalała na dłużej; to nie Afryka.
Rankiem zziębnięty dobiłem do „Domu Pielgrzyma im. Jana Pawła II”. Zarejestrowałem się, śniadanko, pokoik i dłuższa dżemka. Pobyt wykorzystałem na umycie stalowego przyjaciela podróży, przepakowanie i załatwienie możliwego spotkania razem z „Zabawką” u papieża Franciszka o które starałem się rozeznać jeszcze przed afrykańskim kontynentem zbaczając specjalnie z trasy.
Niespodziewanie z pomocą przyszedł prałat o. Paweł Ptasznik z kościoła Św. Stanisława przy Botteghe Oscure 15, który pomógł w otrzymaniu zaproszenia na audiencję z VIPami w dniu pierwszego lutego o godz. 10:00. …O uzyskaniu prywatnego spotkania z samochodem nie było mowy, papież Franciszek takich nie praktykuje. Jest inny od poprzedników.

T r e ś ć b ł o g o s ł a w i e ń s t w a :
Jego Świętobliwość Frańciszek
udziela całym sercem
Apostolskiego Błogosławieństwa
Panu
Andrzejowi SOCHACKIEMU
życząc,
by podróże po świecie, poznawanie nowych krajów, ludzi i kultur
budziły w Jego sercu wdzięczność i uwielbienie Boga
za różnorodność, piękno i harmonię stworzenia
oaz za miłość i troskę człowieka.
Błogosławieństwem tym obejmuje także Jego Bliskich i Tych,
których spotka na szlaku swych podróży.
Niech owocem wielkich spotkań będzie pokój i dobro
niesione w imię Chrystusa.

Z Watykanu, dnia 1 lutego, 2017 r.

Mając papieskie błogosławieństwo w swoim albumie podróży szczęśliwy opuściłem Rzym w stronę San Marino (właściwa nazwa: Republica di San Marino). Deszcz i chłód przeszkodził w odwiedzeniu wtórnym tego malutkiego państwa w którym każdą piędź ziemi zabudowano.

W Polsce. Koniec podróży
Szybko czas zleciał w drodze powrotnej z Rzymu przez Austrię i Czechy do Polski. W pierwszej kolejności wstąpiłem do siedziby „Travelbit” Andrzeja Urbanika, ktara była ostatnim przystankiem w Polsce w drodze do Afryki. Od tej pory zaczeły się gratulacje, gdyż wszyscy jak i ja nie przypuszczali, że afrykańska podróż odbędzie się bez większych przeszkód. Dobry Anioł Stróż miał mnie cały czas w opiece. To najlepszy sponsor wyprawy!
Już nie spiesząc się, powoli odwiedzając przyjaciół po drodze, wróciłem do Warszawy – punktu startu. Czas zleciał na spotkaniach z przyjaciółmi, massmediami i nie tylko. Dwa tygodnie spędziłem w Ciechocinku na rehabilitacji wykorzystując zaproszenie prezesa sanatorium „Pod prężniami”. Ogólne lekarskie i laboratoryjne badania potwierdziły gotowość do następnego wypadu w świat. To pociesza.

„Zabawka” została wyeksponowana w Automobilklubie Polski, w którym odbyło się uroczyste spotkanie i wręczenie pucharu z gratulacjami prezesa Romualda Chałasa za wykonanie w pojedynkę afrykańskiej podróży. Stoi w sąsiedztwie mojego harleya, którym odbyłem dwie podróże dookoła świata w latach 1998-99-2000.

Po kilku tygodniach znalazłem się w słonecznej Arizonie gdzie ciepełko rozluźniło napięcie wyprawy. Nadszedł czas na odpoczynek i refleksje. Za rok ostatni etap wokołoziemskiej podróży kontynentami z Aniłem Stróżem – Dookoła Azji.

Zasyłam Pozdrowienia dla wszystkich Przyjaciół starych i tych spotkanych po drodze.

PODSUMOWANIE (blaski i cienie):
Najbardziej ciesząca sprawa – ja nie chorowałem i samochód się nie psuł. Afrykę dookoła przejechałem na jednych oponach i jednych hamulcach i tych samych paskach klinowych silnika. Żebym nie musiał zmieniać oleju silnikowego to i maski bym nie podnosił. Obyło się bez wypadku. Po samochodzie nie było znać trudów podróży.

Co zauważyłem i zapamiętałem
dodatnio:
– mówienie na ogół dwoma lub trzema językami (swoim, sąsiadów i byłych
kolonizatorów)
– cirpliwość w słuchaniu i w tłumaczeniu jakiegoś zagadnienia
– ogólny szacunek dla starszych wiekiem i cudzoziemców
– pozdrawianie z uśmiechem
– gładka skóra wbrew ubogiej higienie
– lubią ubierać się kolorowo, nie widzi się monotonności
– lubią często przebierać się
– często myją samochody i motocykle
– dbają o paznokcie u rąk i nóg
– jak noszą buty to czyszczą często

ujemnie:
– podczas rozmowy jest dużo powtórek słów i tematycznych
– wstyd przyznać się do niewiedzy czegoś
– odczuwalny jest kompleks koloru skóry i wykształcenia
– pomiędzy sobą trzymaja sztamę
– siusiają gdzie popadnie bez krempowania
– oszukują w oczy, na poczekaniu
– mycie i obmywanie się na chodniku ulicy, czajnik z wodą i na kucki
– modlenie się muzułmanów na ulicach przed domami
– są niesłowni i niepunktualni
– droga edukacja, brak przedszkoli i żłobków
– ulice często bez nazw i oznakowań
– gęsto jest punktów kontroli i wojskowych w mieście i na drogach
– łapownictwo nagminne, na wszystkich szczeblach
– z reguły nie wydają reszty
– ścieki płyną odkrytymi rynsztokami
– szczury biegają bezpańsko
– są wioski nie zelektryfikowane, bez wody bieżącej, bez szkół i przedszkoli
– zwierzęta często chowają się na wolności bez zagród
– trudności użycia kart bankowych
– ceny u taksiarzy z rękawa

inne spostrzeżenia:
W restauracjach (kioskach ulicznych) żywi się 75% ludzi
Lubią się tytułować
Motocykle „taxi” rozwiązują problem transportowy i dają poczucie małej wolności
Handel uliczny odbywa się wzdłuż ulic na hodnikach
Piesi wykorzystują ulice przy chodnikach
Brak często regulacji światłowej, jazda na wyczucie
Połaczenia między większymi miastami są już w większości asfaltowe
Biały to znaczy bogaty, więc nie wstyd wyciągać ręce po jałmużnę

Mimo życia ludzi na ogół biednego „coś” czuje się przyciągającego. …Myślę wrócić w przyszłości do Afryki by zwiedzić pozostałe kraje i poznać lepiej życie, obyczaje tak różne od naszego. W jednej przelotnej wyprawie nie pozna się wszystkiego. …Jedyne zmartwienie to: by życia nie zabrakło.
– Jędrek

Posted in Afryka 2016 | Comments Off on SIÓDMY ETAP

SZÓSTY ETAP II część (B)

EGIPT (31), (165)
Kilka godzin spędzonych na promie po Nilu rozlałym i wyglądającym jak jezioro zleciało szybko rozmowiając z ciekawskimi pasażerami.
…Tym razem bez problemu „Zabawka” zjechała z promu na ląd w stronę oficjalnej granicy na której nie było sprawdzania dokumentów. Od tego momentu znalezłem się w kraju z którego udam się w dalszą kończącą drogę. Gdy Libia będzie przejezdna to pojadę nad Morzem Śródziemnym do Maroka. W innym przypdku zakończę podróż na Egipcie. Ale trzeba było dobrnąć do Kairu by zorientować się w sytuacji.

…Zatrzymałem się na krótko w Aswan, pierwszym egipskim mieście z przeważającym swoistym stylem, językiem i kulturą afrykańską, inną niż północ kraju. Do niego można też dopłynąć bezpośrednio statkiem z Sudanu.
Jadąc przez pustynny teren jechałem uważnie wypatrując znak Równoleżnika Raka ale nie dopatrzyłem się, minąłem te miejsce nie wiem kiedy.

…Dojechałem do pół milionowego Luxoru pod wieczór. W hotelu oglądałem w TV programy po angielsku. Następny dzień zleciał szybko na chodzeniu między ruinami 4000 letniego miasta. Po objedzie pojechałem dorożką do Karnaku podziwiać świątynie, katakumby i kilkunastometrowe posągi będące sercem zmodernizowanego miasta.
…Nie pojechałem drogą – szlakiem turystycznym wzdłuż Nilu a skierowałem się nad Morze Czerwone. Po drodze zatrzymałem się w miasteczku turystycznym Hurghada, by dowiedzieć się o połączeniu wodnym z Półwyspem Synajskim. Zdziwiony byłem, jak słyszałem język rosyjski dookoła. Na szybach biur podróży napisy po arabsku, angielsku, rosyjsku i polsku „WYCIECZKI”. Turyści – urlopowicze przylatują tu by wodolotem przedostać się przez Morze Czerwone do rozrywkowego miasta Egipskiego – Sharm el Sheik, które Egipcjanie nazywają swoim „Las Vegas”. Tam przybywają pasjonaci podwodnych wrażeń by uprawiać skuba-diving wśród pięknej scenerii podwodnej koralowcow i kolorowych rybek.
Nie znalazłem połączenia wodnego by z „Zabawką” popłynąć na półwysep. Nie ma takich promów a prywatnym kutrem zaśpiwali 1000 dolarów. …Nie myślałem długo, wyruszyłem z rana do Suesu i tunelem pod morzem przedostałem się za 50 centrów na Półwysep Synajski by wieczorem zjeść kolację w Sharm el Sheik. …Szukając hotelu zawarlem znajomość z dwoma muzułmanami – Taho i Aset. Taho- młody biznesmen, Aset prywatny dedektyw. …Z nimi spędziłem resztę wieczoru. Umówiłem się razem na celebrowanie Nowgo Roku – 2017.
Następnego dnia pojechałem na górę St. Katariny i Górę Synaj leżących powyżej 2400 metrów n.p.m. Te dwie historyczne znane góry z czasów mojżeszowych odwiedzane są masowo przrez turystów z całego świata. Są tam specjalne ścieżki dla turystów mniej i więcej zaawansowanych w chodzeniu po górach. Dla starszych i słabszych czekały do wynajęcia wielbłady, które za 20 dolarów wnosiły każdego na górę Synaj. …Wszedłem częściowo na górę St. Katariny by wrócić zmarznięty i rozgrzać się grzanym piwem w retauracyjce hotelowej. Spałem tej nocy pod czterema kocami i włączonym grzejniku obawiając się przeziębienia. Zaparkowana „Zabawka” pod schodami wejściowymi „Beduin Camp” przyciągała turystów. Właściciel hotelu widząc to zafundował mi kolację.
Po śniadaniu wróciłem nie spiesząc się, lekki na duchu, do Sharm el Sheik i w „The Rock Hotel”, spotkałem się wieczorem z poznanymi wcześniej kolegami, którzy przybyli by spędzić razem noc sylwestrową. Chciałem zobaczyć jakieś kasyno, …nie udało się tej nocy, są tylko dla cudzoziemców a nie dla swoich.

…Nowy Rok przywitaliśmy toastem w jednej palarni fajkami wodnymi gdzie Ates zachłystywał się jakąś wymyśloną mieszanką tytoniową. Spróbowałem i nic nie czułem gdyż dym przefiltrowany przez wodę stracił zapach i moc. Ja wolałem pić „scrudriwer” (wódka z sokiem pomarańczowym). W gwarze i ciasnocie przeleciała noc bez fejerwerków nie wiem kiedy. Podobało mi się składanie życzeń noworocznych wszyscy wszystkim. Muzykę i śpiew tłumił bełkot wielojęzyczny na sali. Ludzie, przeważnie wizytujący miasto, tańczyli stojąc w miejscu, …wyglądało ogólnie jakby wszyscy trzęśli się z zimna.
My mieliśmy swój kącik dla palących fajki. Moi koledzy palili, ja piłem koktajle. I tak zleciało kilka godzin. …Taho nie pił alkoholu, odwiózł mnie do hotelu.

…A tam dopiero wrzawa na całego. Przeważnie handlarze rosyjscy podhmieleni, rozśpiewani zastopowali mi drogę i wskazali barek na którym stały napełnione lampki z szampanem. No cóż, cygan dla towarzystwa dał się powiesić, więc wychyliłem pare szampańskich lampek i pogadałem sobie po rosyjsku, którego w takim wydaniu nie znałem. Na ścianie wisiał ekran TV z programem sylwestrowym prosto z Rosji. …I kilka następnych godzin upłynęło do rana. …Nie wytrzymałem tempa, poszedłem spać. …Ba, spać nie mogłem, muzykę i śpiew słyszałem. Włączyłem TV, i u mnie program rosyjski leciał tej nocy. …Zasnąłem nie wiem kiedy. Obudziłem się głodny, poszedłem na śniadanie. A tu czysto na sali, posprzątane, …było już po regulaminowym czasie. Na ulicy wszystko pozamykane. Wróciłem do pokoju, spakowałem się i wybyłem.
Powoli podjechałem pustymi ulicami, miasto spało, do „ Synai Grand Casino”. …Było kilku grających. Po sprawdzeniu tożsamości przysiadłem się do stołu, wymieniłem 20 dolarów na 4 żetony. …Pierwsze rozdanie „stół” po równo z rozdającym karty, Drugie, trzecie, czwarte – moja wygrana. Piąty raz i też była moja wygrana. Szósty, lepszy rozdający. Skończyła się dobra pasja. …Starym zwyczajem zrobiłem stop i odszedłem od stołu. Do przodu byłem 25 dolarów. Po drodze stanąłem w Suesie i zafundowałem sobie wyborny objad w hotelu „Novotel”. …Podjechałem do centrum w Kairze i przespałem się w „Zabawce” by z rana podjechać pod Polską Ambasadę.
…Pan konsul wziął mnie w opiekę; miła i rzadka niespodzianka. Sprawy: wymiana paszportu, wizy, transport samochodu do Europy na pierwszym planie. Gościnny pokój, internet i inne sprawy umiliły mi pobyt w Kairze.

Żal mnie ogarnął kiedy dowiedzialem się, że przejazd przez Libię jest niemożliwy. Nie ma rady na układy. Posłuchałem konsula, zrezygnowałem z jazdy w kierunku Maroka by zamknąć pętlę w miejscu startu. …Pracownik ambasady wyszukał mi transport „Zabawki” do Europy i zarezerwował lot. Ja w tym czasie pojeździłem po Kairze i po okolicach, których nie znałem. Szkoda, że nie spotkałem żyjącego kombatanta ani rodziny kombatabckiej, złożyłem wizytę na cmentarzu gdzie leżą polscy żołnierze; zostały biało-czarwone kwiaty.
Odwiedziłem przeszło stu-letni kościół polski Św. Marka, jeden z najstarszych w Egipcie, którym od lat opiekuje się o. Kazimierz borykając się z wieloma problemami. Kościól odwiedził w swoim czasie Józef Piłsudski. …Mieszka dużo Polaków w Kairze ale Polonia jako taka organizacja nie istnieje; smutek, każddy sobie rzepkę skrobie. …Takie to czasy.

…Olbrzymia 20 milionowa stolica Egiptu pozostała ze swoiskim stylem, który poznałem podczas poprzedniej wizyty. Na ulicach można spotkać zamożnych jak i biedaków wałęsających się od rana do wieczora, zobaczyć nowoczesne szklane budowle jak i rudery sprzed …set lat, które nikomu nie przeszkadzają. Jeżdżą pięne drogie samochody ale wśród nich przewija się czasem ośli lub konny zaprzęg, wszyscy są wyrozumiali. …Taki właśnie jest urok większych metropolii afrykańskich. …Opuściłem wizytę w Gizie z Swinksem i faraońskimi piramidami jak stukilkudzisięcio metrowej wysokości piramidę Cheopsa sprzed 2000 BC i inne historyczne zabytki. …Przyszedł czas na wyjazd do Aleksandrii, portu z którego popłynie „Zabawka” do Włoch.

…W ten sposób zakończyła się przygoda „Zabawką” – moim stalowym przyjacielem po obrzeżach Afryki, opisywana po krótce w internecie na bieżąco. …Afryka, fascynujący i egzotyczny kontynent gdzie życie zatrzymało się w miejscu; opuszczam go z myślą o powrocie.

…Z Kairu, w pierwszym kraju przymorskim i ostatnim obecnej wyprawy, zasyłam dla miłośników dalekich eskapad w nieznane Pozdrowienia z Życzeniami Spełnienia Marzeń w 2017 Roku. …Do zobaczenia.
– Jędrek
*
Statystyka „Zabawki” bez większych zmian:

Ogólnie przeszło 10 mcy, 42 kraje, około 50 tys km

W Polsce: 7 dni
W Europie: 10 dni
W Afryce: 285 dni
Dystans: 42,200 km
Szybkość w drodze: 0-30 km/h teren, 100-110 km/h autostrada
(przeciętna jazdy: 146 km / dzień)
Zaliczonych krajów: 31 – w tym: Sudan (9 dni), Egipt (20 dni)
Potrącenia: 3 – koziołek (Mauretania), małpka (Mozambik), osioł (Tanzania)
Kłopoty: 2 – zguba karty kredytowej (Gwinea), brak kartek paszportowych (Nigeria)
Urazy: 3 – zwichnięte palce w ręce (Senegal), skręcenie nóg w kolanach, stłuczenie łokcia
(2 Ghana)
Pogotowie: 1 – szpital, kolano (Etiopia)
Naprawy: 8 – karoseria (Liberia), tłumik (Nigeria), tylne amortyzatory (Gabon), błotniki
i drążki pionowe w przodzie (2 RPA), tłumik (Kenia), układ wydechowy,
tylne amortyzatory (2 Etiopia)
Rotacja kół: 1 – Kenia
Zmiana oleju: 2 – Ghana, Kenia
Kapcie: 8 – Sierra Leone, Ghana, Kamerun, Sudan (2), Egipt (3)
Felgi skrzywione: 5 – Nigeria (2), Mozambik (2), Etiopia
Dekle stracone: 5 – Senegal, Gwinea (2), RPA, Mozambik
Wymiana akcesorii: 3 – żarówka krótkie (Polska), żarówka długie, migacz tylny (2 Kenia)
Wypadki: 0
Mandaty: 0
Choroby: 0

P.S.
PODZIĘKOWANIE:
* Jadąc po Afryce, co dzień dziękowałem Bogu, że miał podróż (naszpikowaną przeciwnościami) w opiece i Matce, która mnie urodziła dając sznase niestereotypowego życia. Dziękuję moim Przyjaciołom, którzy odmawiali zdrowaśki za pomyślność wyprawy.
* Specjalne Dzięki Dealerowi „Toyota-Wola” w Warszawie za użyczenie Toyoty-kombi Corolly 1.4 cc, 2004, która sprawowała się w ciężkich warunkach drogowych zadziwiająco, lepiej niż terenowe SUV-y.
* Wielkie Dzięki Polskiemu Związkowi Motorowemu i Automobilklubowi Polski za wpłacenie kaucji za Carnet de Passages”.
* Dzięki też wszystkim – tym którzy przyczynili się do zrealizowania w pojedynkę, jadąc bez pomocy z boku, tej ciekawej eskapady i wielkie dzięki tym, którzy dopomogli mi podczas (praktycznie, finansowo, doradczo i duchowo).
* …Jeszcze raz Wszystkim Serdecznie Dziękuję !!! *
*
Co oznaczają liczby „8-65” na drzwiach samochodu?
„8” – ósma wyprawa dookoła świata (tym razem kontynentami)
„6” – szósty kontynent dookoła (Afryka)
„5” – piąty samochód
*
Wyprawę dookoła świata kontynentami rozpocząłem w 2008 roku w Bostonie, USA. Za mną: Ameryki (Płn, Centralna i Płd), Europa, Australia i Afryka. Przede mną ostatni kontynent – Azja (8-7).
*
asochacki@yahoo.com – kontakt ze mną
Więcej o mnie w internecie: azpolonia.com, pod: Centrum Wagabundy i ogólnie wpisując moje imię. …Miłej lekturki życzę – Jędrek.

(Dzięki platformie telematycznej EMTRACK zabawa trwała, zobacz: EMTRACK – Andrzej Sochacki)

Posted in Afryka 2016 | Comments Off on SZÓSTY ETAP II część (B)

SZÓSTY ETAP II część (A)

SUDAN (30), (164)

Był piątek, leniwy dzień muzułmanów. Postanowiłem czekać do oporu na granicy sudańskiej. Po kilku godzinach wbito pieczątkę do „Carnetu de Passages”. Do paszportu wbito pieczątkę z uwagami wstawienia się w Khartoum do Biura Imigracyjnego w celu zarejestrowania się w ciągu trzech dni i zabronionionego podejmowania pracy zarobkowej. …Tego dnia byłem ostatnim interesantem, który opuścił granicę.
…Wyjechałem na sudańską drogę z ulgą. Znalazłem się w pustynnym kraju gdzie dwa Nile (Biały i Niebieski) łączą się w jedną rzekę Nil. Do 2011 roku Sudan był największym krajem afrykańskim. Obecnie istnieje bez Południowego Sudanu, który stworzył swoją antonomię kulturalno-polityczno-gospodarczą z państwowym godłem i granicą nową geograficznie. Trudno też do niego dostać wizę.

Zbliżał się wieczór i nie byłem pewien czy dobiję do jakiegoś postoju tego dnia. Mapa wskazywała drogę bez wiosek. Jechało się jak w Arizonie – szosa i po obu stronach piasek bez granic. Nie chciałem nocować w polu, w nieznanym afrykańskim kraju, gdzie prawo jest niesprawiedliwe. Postanowiłem pojechać nieco szybciej do bezpiecznego miejsca.
Jeszcze przed schowaniem się słońca za horyzont minąłem olbrzymi plac gdzie stało kilkadziesiąt tirów. …Okazało się, że dobiłem do miasta Gedaref zaplanowanego na ten dzień. Miasto słynące z wielkiego bazaru i tanich hoteli z których korzystają turyści jadący z Etiopii. Poza zmęczeniem jedynym pocieszeniem to była temperatura około 30 stopni C. o 17:30, sucho i nie bzykały komary w pokoju.

…Do sześcio-milionowego Khartoum leżącego w rozwidleniu Nilu gdzie dwie rzeki spotkały się razem wjechałem rankiem by pozałatwiać sprawy. Dużo czasu straciłem na szukaniu potrzebnych adresów po długich ulicach i słabo oznakowanych. Okazało się, że zarejestrowanie się kosztuje 70 dolarów. Nie mogłem pobrać pieniędzy z Visy bo w całym Sudanie bankomaty nie wypłacają z obcych kart. Musiałem wymienić 200 euro by jako tako utrzymać się po drodze. Mankamentem było brak napisów orientacyjnych w języku angielskim. Wszystkie znaki po arabsku. …Jechałem na wyczucie.
…Wyjechałem ze stolicy i stanąłem na moście Schnaba by podziwiać miejsce zejścia się dwóch Nilów – Białego i Niebieskiego, które jako Nil płynęły razem dalej przez Egipt do Morza Śródziemnego.
W suchocie pokonywałem kilometry przez Bayudzką Pustynię do Dangola, miasta powiatowego ze starymi ruinami ciągnącymi się prawie do północnej granicy.

…Podczas jednego z postojów w przydrożnej restauracji poznałem muzułmana, który zaprosił mnie w gościnę mieszkając w przygranicznym mieście – Vadi Halfa. …Okazało się, że Osama był wyższej rangi oficerem wojskowym i pomógł mi póżniej w zorientowaniu się co do warunków przekroczenia granicy z Egiptem. …Każdego wieczoru byliśmy w innym miejscu na kolacji i dodatkowo wstępowaliśmy do największej palarni i kawiarni, gdzie palono wodnymi fajkami i pito różne niealkoholowe trunki. …Mi smakowo odpowiadała aromatyzowana kawa z kozim mlekiem.
Ten dłuższy odpoczynek zregenerował mi siły do dalszej jazdy. W tym czasie przypadły święta Bożego Narodzenia, które wśród muzułmanów są pomijane. Odczuwalne były tylko w branży handlowej z dekoracjami świątecznym w sklepach i restauracjach. Dzięki Osamowi odwiedziłem małą kolonię chrześcijańską mieszkającą na krańcu miasta. Bardzo miła grupka licząca okolo 150 osób spotyka się w kościółku raz w tygodniu na wspólnej modlitwie. Utrzymują się przeważnie z pracy związanej z rzeką. Po części są wymieszani z mieszkającymi tam muzułmanami. Dzieci uczą się razem w muzułmańskich szkołach. Nikomu to nie przeszkadza w poszanowaniu jednej religii przez drugą.

Po świętach Osama zorganizował kolację zapraszając kolegów mówiących po angielsku gdyż sam nie zawsze mógł się rozmówić. Wszyscy oficerowie wojskowi, pracowali na granicy.
Okazłao się, że byli przydatni później w załatwianiu opuszczania kraju. …Wzięli paszport w swoje ręce i wskazali mi tylko restaurację żebym poczekał. Osama wyłożył pieniądze, że głowa mnie nie bolała co do ekonomicznej sprawy. Dostałem kontakt do jego kolegów pracujących w Egipcie bym uregulował płatności. Odpowiadała mi bardzo taka forma pomocy.
…Załatwiona była odprawa graniczna obu krajów dosyć szybko z wykupieniem biletu na prom Nilem do miasta Abu Simbel po stronie egipskiej. …Wielka ulga kiedy samemu się wszystkiego nie załatwia.
…Kilka dni w Sudanie zleciało szybko i beztrosko dzięki nowej znajomości. Nie przeszkadzała nam odmienna religia, poglądy na wiele spraw mieliśmy wspólne. Różnica była wtedy gdy rozmawialiśmy o innych krajach. Osama nie miał porównania gdyż poza jedyną wycieczką do miasta granicznego w Egipcie nie miał pojęcia jak świat wygląda.

…Łzy kręciły mu się w oczach przy pożegnaniu. Zawiązała się spontaniczna przyjaźń. Być może spotkamy się jeszcze raz w przyszłości, gdyż Afryka leży mi na sercu.

Z pierwszego kraju Afryki Północnej zasyłam Pozdrowionka.
– Jędrek

Posted in Afryka 2016 | Comments Off on SZÓSTY ETAP II część (A)