Przystań 046

XI rok, nr 46, listopad 2011 r.

* * * * Co słychać w “Przystani”?

* Kawka przywitalna Jędrka po podróży
* Ostatni odcinek, podsumowanie
* Przedstawienie południowo-amerykańskiej podróży w kolorach

* * * * Kącik Wydarzeń:
WITAMY JĘDRKA !
Tradycją stało się w naszym klubie przywitanie powracającego Jędrka z odbytej podróży przez sympatyków wojażowania. Tym razem oficjalne przywitanie naszego polonijnego bohatera było przesunięte w czasie. Powód: Jędrek trafił niemalże prosto z samolotu do szpitala. Okazało się, że wędrowanie po obszarach dorzecza Amzonki w Brazylii przepłacone było zaatakowaniem tamtejszej bakterii. …Infekcja dała się we znaki po opuszczeniu Kolumbii dopiero znalezienia się w środowisku zamieszkania. Niecałe dwa dni po zauważeniu zmian na skórze zmusiły Jędrka skorzystania ze szpitalnego pogotowia. Kuracja trwała około tygodnia. Zaaplikowano kroplówki do obiegu krwi z antybiotykami. Bakteria nie zidentyfikowana nazwana zostala „bakterią podróży”. Po nastepnych kilku dniach Jędrek wrócił do normy.
…W piątkowy wieczór członkowie klubu zaprosili Jędrka do podzielenia się wrażeniami z sześciomiesięcznej rozłąki rodzinnej i klubowej, kiedy musiał borykać się z przeciwnościami losu, skazany wyłącznie na siebie, podczas pokonywania tysięcy kilometrów objętych rozlewiskiem najdłuższej rzeki świata – Amazonki w Peru jak i w Brazylii. Jędrek wspomniał o różnicy pomiędzy górską dżunglą po wschodniej części Andów w okolicy La Marcet a płaską dżunglą otaczającą dorzecze Amazonki od Belem przez Manaus do Iquitos i dalej. Ciekawym zjawiskiem było brak koryta rzecznego. Amazonka jak i jej odnogi w okresie przypływu wlewają się kilometrami w głąb dżunglii po obu stronach tworząc siedlisko zwierząt, niebezpiecznych mikroorganizmów dla człowieka.
Miłą niespodzianką w klubie była wizyta podróżników pp. Adamczyk – Andrzeja i Anny i pp. Smolag – Marka i Marty. Andrzej jest filmowcem mającym na koncie kilkadziesiąt podróżniczych filmów. Ciekawy film z wizyty obejżyć można w internetowej gazecie – „Euro-Arizona”, Anna – dziennikarka z Polski. Marek – historyk z powołania, Marta – artystyczna dusza mająca setki ciekawych pomysłów plastycznych.
* * *
KOLUMBIA – zamknięcie pętli „Zabawką”
…Został ostatni odcinek do zakończenia podróży, który był zaledwie jednym procentem całej jazdy „Zabawką” w eskapadzie 2011 roku. …Wstąpiłem po drodze do portowego miasta – Barranquilly, by zorientować się w transporcie „Zabawki”. Tam dowiedziałem się ceny przesyłek do Europy i USA. …Nie podołałem wydatkować z oszczędności swojej skromnej pensji rencisty. …Sprzedaż nie wchodziła w rachubę, zawsze bym to mógł zrobić bez problemu – …a więc ???
..Marzeniem moim było sprezentować „Zabawkę” reklamodawcy GPSu – znanej polskiej firmie AautoGuard. W ten sposób odwdzięczyłbym się po części za symboliczne sponsorowanie. …Wbrew moim odczuciom, odmówili przyjęcia, podobno przez procedurę papierkową i niemożliwość wydatkowania pieniędzy na ściągnięcie wartościowego – przede wszystkim reklamowego – prezentu. A czasu było niewiele.
…Mój stary przyjaciel i czynny dziennikarz w Polsce – Wiesław Mrówczyński, relacjonujący moje wyprawy od początku napisał mi o tym ze smutkiem. Nie mógł tego zrozumieć. Takim sukcesem żaden samochód (przynajmniej w Polsce) nie może się poszczycić, a szkoda.
…Nie mogłem dłużej czekać, kieszeń pustoszała szybko, musiałem zadecydować. Wyruszyłem więc do Cartageny zamknąć praktycznie pętlę wokół całego kontynetnu amerykańskiego. …Wstąpiłem do redakcji dziennika „El Universal” by podzielić się z czytelnikami sukcesem moim i „Zabawki”, jak i kłopotami z wysyłką na inny kontynent. Spróbowałem przemycić słowo – „dotacja”, nie prezent, który chciałem zrobić w Polsce. …Młody redaktor Samuel po kilku zdaniach, przy małej czarnej, zaskoczył temat odbytego wyczynu w pojedynkę. Powiedział, że nie pozwoli by taki samochód trafił w niegodne ręce jakiegoś dealera, który oprócz obrotu pieniędzmi nie ma pojęcia o innych sprawach. Z zasady są to ludzie z żyłką handlową, wykorzystujący często naiwności zarówno kupujących – jak sprzedających.
…Zadzwonił pospiesznie do .znajomego prezesa automobilowego klubu, …opowiedział mu historię.
Godzina 18:00. Wiadomość z recepcji „Hotelu Familiare”, że jest redaktor gazety „EL Universal”. …Dwóch mężczyzn czekało, Samuel i Eduardo. …Poszliśmy na hotelowy parking. …Podchodząc powoli do „Zabawki”, Eduardo zatrzymał się na moment, nie obchodząc jej jeszcze dookoła, …i powiedział: „o nie, nie, on jest tak ładny, że będzie ozdobą naszej witryny klubowej dla odwiedzających, bez używania po ulicach, jest wspaniałym eksponatem wystawowym. Ja się tym zajmę, umyję go, naprawię i wyczyszczę osobiście”.
…Szkoda, bo „Zabawka” powinna być gdzieś ozdobą w Polsce a nie w świecie…, ta myśl nie dawała i nie daje mi spokoju.
…Następnego dnia, podczas wspólnego obiadu, ustaliłem z prezesem klubu kilka punktów. …W zamian za prezent klub opłacił mi hotel z wyżywieniem do dnia wyjazdu. Wyszukał połączenie, opłacił przelot do domu jak i wysyłkę pozostałego ekwipunku. …Będę mógł zawsze nim jeździć kiedy tylko odwiedzę Kolumbię.
…Tego się nie spodziewałem od Kolumbijczyków, którzy okazali się dżentelmenami. Wartość wdzięczności kosztowała dużo więcej niż wartość samochodu….Poznali się na moim wyczynie jak i „Zabawki” mającej, nota bene, na koncie objechanie Północnej Ameryki i odbycie po drodze rajdu jesienno-zimowego z Alaski do Nowej Szkocji po północnych drogach Kanady (2009), pętlę od Pacyfiku do Atlantyku przez 30 stanów USA (2010), przejechanie Centralnej Ameryki i odbycie raidu dookoła Południowej Ameryki (2011) wchodzącego w objechanie całego kontynentu amerykańskiego dookoła wioząc tablicę rejestracyjną od Alaski do Ushuai. …Doszli razem do wniosku, że takim wyczynem nie może pochwalić się żaden samochód na świecie.
…W niedzielę Edwardo zaproponował wycieczkę na obiad do rybnej jadłodajni w Paso Cabayos nad brzegiem Morza Karaibskiego o zielonkawym kolorze wody. …Po kilkunastocentymetrowych krewetkach i smacznej barakudzie z naładowanym żołądkiem Eduardo zaprosił mnie tego dnia do swojej rezydencji w Cartagenie. Tam przeleciał czas jak błyskawica. …W między czasie wyciągneliśmy ze szklanej gabloty inkrustowany złotymi i srebrnymi nićmi i kolorowymi kamieniami ubiór „matadora walki z bykami”. Żona matadora a zarazem pani domu zorganizowała sesję zdjęciową przy „Zabawce”. Każdy z obecnych robił zdjęcia z samochodem jakby on był z innego świata. …Zrobiłem sobie zdjęcie w ubiorze matadora. Ciężka kurtka, płachta na byka i zasłona ramienna ważyło przeszło dwadzieścia kilogramów. I to wszystko trzeba było mieć na sobie i wywijać „lekko” szpadą podczas koridy. …Nie dla mnie taki sport.
…Wróciłem zmęczony do hotelu by nazajutrz znaleźć się w odpowiednim czasie z rana na lotnisku. …Po odprawie celno – paszportowej, nie dotarło do mnie jeszcze rozstanie się z moim stalowym przyjacielem. …A jednak, …stało się.
Podsumowanie
Podróż wykonana i udana choć nie zawsze sprzyjał wiatr, czasami powiał piasek w oczy. Były momenty grozy i strachu. …Jak zwykle, trzeba było działać szybko w pojedynkę i być optymistą by osiągnąć cel. …Pewnie się czułem po drodze otrzymując regularnie co miesiąc rentę inwalidzką. Tego uczucia nie znałem w podróżowaniu do tej pory, zawsze trzymałem ołówek i notes pod ręką do pilnowania rozchodów i kurczącego się z dnia na dzień bilansu.
Dzięki jeździe z GPS AutoGuard – Poland zainteresowani znali na bieżąco moją pozycję i „Zabawki” na trasie. …Anioł Stróż miał mnie w opiece. Dzięki Ci Boże! Więcej o samotnej podróży „Zabawką” jest w internecie – w reportażach na bieżąco: www.azpolonia.com pod hasłem – „Centrum Wagabundy” jak i na portalu motoryzacyjnym: www.auto-news.pl

Nieco danych: Wykonawca przedsięwzięcia – ANDRZEJ „Jędrek” SOCHACKI
Miejsce urodzenia – Targówek warszawski, wiek około 60, wzrost 179 cm, waga około 95 kg, łysy, po żółtaczce, zawale serca, chorobie nerek, problemach z krzyżem, kilku złamaniach kończyn, cukrzyk, mieszkający z dwojgiem dzieci – Asią (18), Czarkiem (14), piękną i dobrą żoną Ewą, urodzony optymista.
Pojazd: amerykański samochód osobowy Oldsmobile – Cutlass Supreme S, 1997, 6 cylindrów, silnik 3.1 l, 7 osobowy, automatyk, ze stanem licznika – 227,655 mil (około 362,760 km)
Przejechanych od bazy w Phoenix, Az – 23,245 mil (około 38,375 km), w tym dystans po obrzeżach Południowej Ameryki – 18,386 mil (około 30,050 km.
Wodny transport – Morze Karaibskie – 400 km, Peru (Amazonką) – 1200 km, Chile (Fiordami Pacyfiku) – 1000 km , Brazylia (Amazonką) – , Wenezuela (Orinoco) – 1 km
Inny transport: a) autobusem Kolumbia – 300 km, Peru – 1000 km
b) samolotem, powrót – 2000 km
Ogólny czas wyprawy – 192 dni (pół roku, 1 tydzień i 5 dni)
Dni pobytu w krajach: Kraje Centralnej Ameryki – 29, Kolumbia -25 (13+12), Ekwador -3, Peru -37, Chile -24, Argentyna -17, Urugwaj -4, Brazylia -42, Wenezuela -11.
Wydanych $ na benzynę – około 5,000.- USD
Wydatki towarzyszące wyprawie – Noclegi, parkingi, transport dodatkowy, zwiedzanie, taxi itp
Naprawy: chłodnica – uszczelka głowicy silnika, hamulce. Ilość kapci – 6 X
Szybkość podróżna – 110 – 130 km / godz
W podróży wypadków – 0, kolizji – 0, chorób – 0, kradzieży – 1(aparat fotograficzny).
Wydanych $$ w podróży dookoła Am. Płd. – około 12 tys USD
Dystans objechania po obrzeżach = 49,719 mil (około 82,865 km) nie licząc dojazdów i odjazdów (8,535 mil (około 14,225 km)).
Sugestia dla początkujących podróżników:
Chcąc się jako tako czuć komfortowo ekonomicznie w dzisiejszym międzykontynentalnym podróżowaniu na poziomie turysty z plecakiem, nie wliczając dodatkowych przykrych niespodzianek, proponuję na jeden dzień/osobę przeznaczyć około 50.- USD (nocleg, pożywienie, zwiedzanie, opłaty transportowe, itp). Np.: 180 dni x 50.- USD = 9,000.- USD.
Dobrym nawykiem jest zabezpieczenie po zachodzie słońca, powierzchownej części ciała jakimś lekkim okryciem przed insektami. Miałem nieszczęście zetknąć się gdzieś po drodze w rejonie Amazonii z jakąś bakterią, która dała znać o swoim istnieniu w powrotnej drodze już po opuszczeniu Kolumbii. Wynikiem tego zetknięcia było trafienie do szpitala w USA w którym zastosowano leczenie infekcji …bez zindentyfikowania jej rodzaju. Kosztowało mnie 10 dni niepotrzebnego eksperymentowania na mojej osobie. …A więc, nie bagatelizować najmnieszych ukąszeń, udaj sie do lekarza, chorby równikowo-dżunglowe rozwijają się w kosmicznym tempie – z minuty na minutę, żeby nie było za późno….Jak jedzenie wydaje ci się nie pewne, odmów sobie poczęstunku. Pamiętaj – zupy najbezpieczniejszym pożywieniem w nieznanym świecie.
Obszerniej wszystko w internecie
* * *
BRAWO JĘDREK !
Ciepły listopadowy wieczóry mała grupka przyjaciół przyszla przed czasem by zadać na spotkaniu kilka prywatnych pytań co do podróżowania. Nie ma się co dziwić, przecież jest to miejsce w którym można uzyskać sporo praktycznych porad wprost od naszego obieżyświata.
Jędrek pokazał nam w pięknych ujęciach momenty z podróży z daleka od autostrad, które opanowywują świat. Tam życie idzie swoim tempem podobnym od wieków. Zmiany urbanizacyjne zachodzące w wielkich miastach widoczne są z daleka. Na wsi ludzie wykorzystują dobrodziejstwa natury do której ciągnie społeczeństwo uprzemysłowione, będąc niewolnikiem obecnego systemu w którym jest brak życia w swobodzie i wolności. Właśnie życie naturalne było i jest w zainteresowaniach podróżnika.
…Na własne oczy widzieliśmy ubogie życie, bez zmian ewolucji, pokazane w rejonach amazońskiego obszaru. Gdyby nie film trudno by było uwierzyć w tak powolną ewolucję korzystania z dobrodziejstw techniki. Proste życie nie wprowadza ludzi w kompleksy a wręcz przeciwnie chwalą sobie taką egzystencję z dala od chorób cywilizacji.
Wielkie uznanie dla Jędrka odwagi, kiedy zmagał się sam na sam z osobistymi problemami jak i problemami samochodu, już podstarzałego rocznikiem i eksploatacją, daleko od jakichkolwiek zabudowań. Powiedział nam, że awarie zdażają się również niedaleko od domu. Trzeba zreperować i jechać dalej. Tak jest i w dalekiej podróży.
Drugim aspektem podróży, którym Andrzej się zajmował było odwiedzenie środowisk kombatanckich i wterańskich II wojny światowej. Doszedł do wniosku, że za późno wyruszył z taką misją. Pozostali bohaterowie, którzy walczyli za wolność Polski są już w ostatnim okresie życia, który wymaga opieki lekarskiej i na którą często nie mają funduszy. Jeszcze kilka lat a nie będzie świadków walki o niepodległość swojej Ojczyzny. Wiek, około 90 lat, mówi sam za siebie. A placówkom konsularnym jest ta sprawa obojętna. Oto im chodzi, wywnioskował. Nikt z dyplomatów nie troszczy się również o ich przebogate zbiory, które mogą nigdy nie ujżeć światła dziennego a tym samym nie trafią do młodych pokoleń, które jest żądne prawdy o zbrodniach wojennych. Andrzej zauważył skurczenie się diaspory polskiej na obczyźnie. Młodzi nie są zainteresowani działalnością polskich klubów, które są zamykane. Obecnie isnieje kilka dosłownie polskich miejsc spotkań w których przeważają emeryci a młodsi nie są zainteresowani ich rozbudową członkowską czy działalnością społeczną. W konkluzji powiedział, że ginie polskość tak dawniej pielęgnowana z pokolenia na pokolenie.
Do domu Jędrek wrócił tak zmęczony jak i szczęśliwy, że udało mu się bezpiecznie odbyć tak długą samotną podróż po bezdrożach świata. Po zamknięciu pętli podarował swojego stalowego przyjaciela na kółkach „Zabawkę” Automobi-Klubowi w Cartagenie, Kolumbia. Nie stać było go na powrotny transport. Jechał bez sponsorów przecież. Ceny wygórowane zmieniły plany przyszłej eksploatacji „Zabawki”.
Który kontynent do okrążenia będzie następnym w planach Jędrka, dowiemy się wkrótce.
– Asia, rzecznik prasowy klubu
* * * * Kącik Wydawcy:

Mile widziana jest młodzież w pisaniu swoich ciekawych spostrzeżeń z otaczającego życia lub ze spędzonych wakacji w naszej gazetce. Odrzucić tremę w pisaniu – pomożemy. Zdobywajmy wiedzę ciągle według starego porzekadła: „Ucz się dziecko ucz, bo nauka to potęgi klucz. Kto ten klucz zdobędzie, to szczęśliwy i bogaty będzie”. Dewizą życia jest myślenie własnym rozumem, mowa własnym językiem i patrzenie własnymi oczami.
Pamiętajmy !!! – naszym językiem jest język polski gdziebyśmy się nie znajdowali a każdy inny język wykorzystujemy tylko do egzystencji tam gdzie żyjemy. Bez Języka Polskiego nie ma Polski!
Bawmy się razem! – to nasza myśl przewodnia. Warto mieć łączność z “Przystanią”, pod której skrzydłami nabywa się pewności i wiary w siebie. Jest drogą „odnalezienia się”.
– mgr inż. Andrzej Sochacki

* * * * Kącik Ciekawostek:
COŚ O WESELACH:
Upowszechnił się zwyczaj nadania imienia określonym rocznicom ślubu, by mieć okazję do celebrowania weselnego. Ponieważ nie wszyscy wiedzą – podajemy nazwy. A więc: I rocznica – to Wesele Papierowe, II – Wesele Słomiane, III – Cukrowe, IV – Skórzane, V – Drewniane, VII – Jedwabne, X – Cynowe, XV – Kryształowe, XX – Porcelanowe, XXV – Srebrne, XXX – Perłowe, XXXV – Koralowe, XL – Rubinowe, L – Złote, LV – Diamentowe, LX – Brylantowe, LXV – Żelazne, LXX – Spiżowe, LXXX – Kamienne. Życzymy Wam abyście mogli dożyć w szczęściu i radości – tych ostatnich !

* * * * Kącik Humoru: 10 fraszek Jana Sztaundyngiera:
Charakterystyka pewnej głowy: W tej głowie… Pustkowie
Był raz: Był raz jeden taki mistyk, Lubił baby i z nimi styk.
Cierpliwość: Cierpliwość trzeba mieć anielską, Ażeby znosić własne cielsko.
Czasem głupoty: Czasem głupoty człowiek sobie życzy,
Bowiem w mądrości tyle jest goryczy.
Ćwierkanie wróbla: Nadal jak wróbel ćwierkam wesoło,
Choć przeszło po mnie historii koło.
Daltonista: To, co na czarną chował godzinę, Wnet na różową wydał dziewczynę.
Daruj!: Daruj minutom, dniom, godzinom – Miną…
Dary: Jest obok daru blasku, Łaska cienia. Jest obok daru uczuć, Dar zapomnienia.
Dedykacja: Temu w hołdzie – Na czyim żołdzie.
Dewiza mojej żony: W grobie Pomyślę o sobie.

* * * * Co? Gdzie? Kiedy?
Ciekawe spotkanie w Centrum Wagabundy, piątek, 15 luty 2012, godz 19:00. Tematy: 1. „O podróży do Polski” – Jędrek. 2. ”Wernisaż filmowy i fotograficzny znad Atlantyku” naszego czołowego polonijnego videowca – Andrzeja Adamczyka.
Więcej informacji: 602-244 1293 Do zobaczenia !

Przypominamy: Spotkania w „Centrum Wagabundy” odbywają się cyklicznie co kwartał (luty, maj, sierpień, listopad) w najbliższą sobotę środka miesiąca o godz. 19:00. Przynosimy z sobą jak zwykle – co kto lubi, według swojego gustu. Informacje w klubie: 1-602-244 1293

O G Ł O S Z E N I A i R E K L A M Y
* W Centrum Wagabundy są do nabycia książki: „Sześć podróży dookoła świata”, „Poradnik Trampingu Turysty Zmotoryzowanego” i ”Harleyem dookoła świata” – Andrzeja Sochackiego.
* Czytaj ciekawą stronę: www.azpolonia.com, nie pożałujesz.

Uwaga: Poprzednie wydania gazetki jak i wiele innych ciekawych pozycji są w archiwum „Centrum Wagabundy”: www.azpolonia.com i www.andrzejsochacki.com.

– Pozdrawia zespół prasowy gazetki „PRZYSTAŃ”
Tel: 602-244 1293, centrumwagabundy@yahoo.com, 3715 E. Taylor St. Phoenix, AZ 85008, USA
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
$$$ Dziękujemy wspierającym Fundację, rozumiejących nasz aspekt: Wszystko dla biednych, utalentowanych i bez szczęścia. Darowiznę wskazane odpisać od podatku.

Posted in Gazetka Przystań | Comments Off

Wieści z trasy

KOLUMBIA – zamknięcie pętli „Zabawką”
(ostatni odcinek)

Od północy do Cartageny

Choć ostatnie kilometry przedgraniczne w Wenezueli dały się weznaki to postój podczas odprawy celnej w Kolumbii był odprężeniem. Policjant pilnujący porządku naprowadził mnie do znajomego sprzedawcy wymieniającego walutę po lepszym kursie od granicznych cinkciarzy. Miał na oku „Zabawkę” gdy poszedłem na obiad z pewnym Hiszpanem przekraczającym granicę w przeciwnym kierunku. Nie interesowało go jak przed oczami policjanta handluje się benzyną bez pozwolennia. Wagabunda Hiszpan od roku był na trasie dookoła świata motocyklem „Kawasaki-650” i chciał się dowiedzieć o warunkach w Wenezuelii o których słyszał wiele.

…Został ostatni odcinek do zakończenia podróży, który był zaledwie jednym procentem całej jazdy „Zabawką” w eskapadzie 2011 roku. …Przez ostatnie 300 km podziwiałem kraj jadąc dobrymi szosami blisko brzegu Morza Kraibskiego. Dobrymi lecz bardzo drogimi. Jazda z Barranquilly była droższa od benzyny na tym odcinku. Płatne bramki ustawione co kikadziesiąt km na szosie, nieco szerszej od ulicy z dwukierunkowym ruchem, płoszą zmotoryzowanych turystów i właścicieli pojazdów..
Tym razem nie spieszyło mi się, po wtóre zużyte opony, hamulce i przeguby przemawiały za rozsądną jazdą. Zakończenie pętli miałem w zasięgu ręki. Czułem już zadowolenie, że podołałem temu trudnemu wyzwaniu jak zwykle, …w pojedynkę !
Gdy wjechałem w głąb Kolumbii ogarnęło mnie ogólne przemęczenie. …Wyszukałem spokojne miejsce w pewnej wiosce wchodzącej w morze na odpoczynek. Za namową właściciela zagrody Alfreda udałem się do szpitala na przebadanie. …Ciśnienie okazało się mniejsze niż zwykle, cukier wysoki. Po wynikach doszedłem do wniosku, że przyczyną złego samopoczucia był stres jak i niewłaściwe lekarstwa oraz nieodpowiednia dieta. No cóż, mogło być gorzej. …Nie wypuszczono mnie ze szpitala, musiałem zaliczyć dwie kroplówki na wzmocnienie organizmu. …Ciśnienie wróciło do stanu przedwyprawowego, pokazały się kolorki na policzkach.
…Kilkudniowy pobyt w ciszy, nad wodą pomiędzy rybackimi osadami, doprowadził mnie do normy.
W niedzielę udałem się w towarzystwie Alfreda do Katedry w Cienaga by podziękować Bogu za szczęśliwie kończącą się podróż jadąc mimo zamieszek wewnątrz krajowych jak i panującego bezprawia w wielu miejscach na trasie. Przy okazji podarowałem dużą kopię zdjęcia papieża Jana Pawła II, którą wiozłem z Kurytyby przez tysiące kilometrów. Proboszcz Parafii Matki Boskiej w diecezji Santa Marta nie tylko przyjął ze wzruszeniem prezent ale pochwalił się o tym parafianom z ambony podczas mszy świętej, po której zaprosił nas na obiad.

Poniedziałek, 5 wrzesień, 2011
Po zostawieniu Alfredowi części ekwipunku znów znalazłem się na drodze. …Wstąpiłem po drodze do portowego miasta – Barranquilly, by zorientować się w transporcie „Zabawki”. Następnym miejscem była Cartagena z której wyruszyłem 6 kwietnia na podbój Południowej Ameryki po jej obrzeżach dookoła.

…Marzeniem moim było sprezentować „Zabawkę” reklamodawcy GPSu – znanej firmy AautoGuard, żeby była jej żywą reklamą na co dzień w Kraju jak i w Europie. W ten sposób odwdzięczyłbym się po części za symboliczne sponsorowanie. …Wbrew moim odczuciom, odmówili przyjęcia, podobno przez niemożliwość wydatkowania pieniędzy na ściągnięcie wartościowego – przede wszystkim reklamowo – prezentu.
…Mój stary przyjaciel i czynny dziennikarz w Polsce – Wiesław Mrówczyński znający się na rzeczy (przepodróżował świat) i relacjonujący moje wyprawy od początku próbował nawiązać kontakt z Muzeum Motoryzacji w Otrębusach pod Warszawą – kolekcjonerem samochodów jak i w kilku innych miejscach. …Wszystkie starania spęzły na niczym. Napisał mi o tym ze smutkiem w korespondencji elektronicznej. Nie mógł tego zrozumieć. Wyglądało to jak by ludziom są obojętne osiągnięcia rodaka, który ma się czym poszczycić samotnie podróżującego za rentę przez Świat. Może nie zrozumieli wyczynu, jadąc samotnie przez świat bez żadnej pomocy. Takim sukcesem żaden samochód (przynajmniej w Polsce) nie może się poszczycić a szkoda. …Byłaby to wspaniała rzecz, dla zapalonych polskich młodych podróżników eksponant, przed oczami.

…Podobnie jak przed kilkudziesięciu laty, po zrealizowaniu podróży dookoła świata „Pryszczem” przez 35 krajów w ciągu dwóch lat (1977-79) nikt się nim nie zainteresował w Polsce. …Ostatecznie z goryczą wyjechałem z kraju i zaproponowałem wystawienie „Pryszcza” w Auto Muzeum w Volksburgu. Dyrektor dr Wierch przyjął eksponat z otwartymi rękami. …I tak przez 18 lat „Pryszcz” ozdabiał niemieckie muzeum i był eksponatem w różnych, nie tylko niemieckich miastach, do czasu, gdy uległem namowie redaktorowi Wiesławowi Mrówczyńskiemu. Ściągnąłem go do kraju by był przez kilka lat ozdobą „Salonu VW” Sobiesława Zasady w Warszawie. …Obecnie spotkać można popularnego i wysłużonego „Pryszcza” ozdabiającego zjazdy „garbusiarzy” w całej Polsce. …Bo tu jest jego miejsce a nie zagranicą !

Barranquilla, wielkie miasto, czwarte co do wielkości w Kolumbii.
Żeby nie tracić czasu pojechałem do portowej strefy „Franco” eksportu i importu. Tam dowiedziałem się ceny przesyłek do Europy i USA. …Nie podołałem wydatkować z oszczędności swojej skromnej pensji rencisty. …Transport w kontenerze do Europy kosztuje około 3,000.- USD a do USA (dowolnego portu) przeszło 1800.- USD. Do tego dochodzi opłata za mój przelot. To zdecydowało co powinienem zrobić godnego dla mojego stalowego przyjaciela z którym miałem za sobą dobre i złe chwile ! …Sprzedaż nie wchodziła w rachubę, dawno bym to mógł zrobić bez problemu. Ceny transportu na świecie podskoczyły w ostatnich latach kilkakrotnie – …a więc ???

…Nie mogłem dłużej czekać, kieszeń pustoszała szybko, musiałem zadecydować. Wyruszyłem więc do Cartageny zamknąć praktycznie pętlę wokół całego kontynetu amerykańskiego.
…Tym razem przyjechałem do Cartageny brzegiem Morza Caraibskiego podziwiając piękne plaże i nowoczesne hotele. …Gdzieś w centrum miasta przeciąłem pętlę, którą zacząłem tworzyć przez pięć miesięcy jadąc po obrzeżach kontynentu. Pętlę rozpocząłem jazdą na południe w stronę Ekwadoru a dobiłem do Cartageny z północy od Wenezueli.

Co z „Zabawką” …
…Po odwiedzeniu hostelu w kolonialnej i antycznej części Cartageny, niedaleko znanej wszystkim fortfykacji „San Felipe” w którym poprzednio nocowałem wstąpiłem do redakcji największego dziennika „El Universal” by podzielić się z czytelnikami sukcesem moim i „Zabawki” jak kłopotami z wysyłką na inny kontynent. Spróbowałem przemycić słowo – „dotacja”, nie prezent, który chciałem zrobić w Polsce. …Młody redaktor Samuel po kilku zdaniach, przy małej czarnej, zaskoczył temat odbytego wyczynu w pojedynkę. …Oczy zaczęły mu się otwierać szerzej i szerzej słysząc o podróżach „Zabawką”. Sam jest sympatykiem klubu motorowego w Cartagenie. Powiedział, że nie pozwoli by taki samochód trafił w niegodne ręce jakiegoś dealera, który oprócz obrotu pieniędzmi nie ma pojęcia o innych sprawach. Z zasady są to ludzie z żyłką handlową, wykorzystujący często naiwności zarówno kupujących – jak sprzedających.

Zadzwoninł pospiesznie do .prezesa automobilowego klubu, …opowiedział mu historię.

…Umówiliśmy się jeszcze tego dnia na spotkanie. W między czasie, Samuel zabrał fotografa i wyszliśmy z redakcji zrobić kilka zdjęć do reportażu. …Zasugerował mi hotel z parkingiem i polecił swoją znajomą z „Oficina de Viaje” w znalezieniu ekonomicznego połączenia lotniczego ze Stanami, gdzie czeka na mnie moja rodzinka.

Godzina 18:00. Wiadomość z recepcji „Hotelu Familiare”, że jest redaktor gazety „EL Universal”. …Zszedłem na dół. …Dwóch mężczyzn czekało, Samuel i Eduardo. …Poszliśmy na hotelowy parking. …Podchodząc powoli do „Zabawki”, Eduardo zatrzymał się na moment, nie obchodząc jej jeszcze dookoła, …i powiedział: „o nie, nie, on jest tak ładny, że będzie ozdobą naszej witryny klubowej dla odwiedzających, bez używania po ulicach, bo jest wspaniałym eksponatem wystawowym. Ja się tym zajmę, umyję go i wyczyszczę osobiście”.

…Szkoda, bo „Zabawka” powinna być gdzieś ozdobą w Polsce a nie w świecie…, ta myśl nie dawała i nie daje mi spokoju.

…Następnego dnia, podczas wspólnego obiadu, ustaliłem z prezesem klubu kilka punktów. …W zamian za prezent klub opłacił mi hotel z wyżywieniem do dnia wyjazdu. Wyszukał połączenie, opłacił przelot do domu jak i wysyłkę pozostałego ekwipunku. …Będę mógł zawsze nim jeździć kiedy tylko odwiedzę Kolumbię. Samochód będzie sprawdzony w warsztacie i stał do mojej dyspozycji.
…Tego się nie spodziewałem od Kolumbijczyków, którzy okazali się dżentelmenami. Wartość wdzięczności kosztowała dużo więcej niż wartość samochodu. Oni, będąc aktywnymi zawodnikami w jazdach przez nieznane tereny rozumieli czym jest jazda w pojedynkę. …Poznali się na moim wyczynie jak i „Zabawki” mającej, nota bene, na koncie objechanie Północnej Ameryki i odbycie w tym rajdu jesienno-zimowego z Alaski do Nowej Szkocji (2009), pętlę od Pacyfiku do Atlantyku (2010) i raid dokoła Południowej Ameryki (2011) wchodzącego w objechanie całego kontynentu amerykańskiego dookoła wioząc tablicę rejestracyjną od Alaski do Ushuai. …Doszli razem do wniosku, że takim wyczynem nie może pochwalić się żaden samochód na świecie.

…Okazało się, że Eduardo jast nie tylko prezesem klubu, raidowcem ale i toreadorem z wieloletnim doświadczeniem (30 lat). Ma posiadłość za miastem (200 hektarowe campo) i chętnie by mnie zabrał w gościnę na kilka weekendowych dni, jako wdzięczność za prezent. …Zgodziłem się, zostało do opuszczenia Kolumbii kilka dni.

…Czwartek był dniem ulewnym, w piątek z rana lało też. …W obiad Eduardo podjechał jipem pod hotel i zjedliśmy wspólnie obiad. Powiedział, że z wycieczki na campo nici, gdyż tam leje i leje od kilku dni. Tak myślałem, że nie było sensu spędzać czasu w deszczowy weekend na wsi. Życie wiejskie ma urok w piękną pogodę.
…Sobota – na plaży ładowałem baterie słoneczne a na niedzielę Edwardo zaproponował wycieczkę na obiad do rybnej jadłodajni w Paso Cabayos nad wodą o zielonkawym kolorze.
…W Kolumbii jest zwyczaj spędzania weekendów w gronie rodzinnym i z przyjaciółmi. Tak, że spotkaliśmy się wszyscy razem w przyplażowej restauracji zajmując trzy stoły. Wyglądało to jak specjalne przyjęcie. A to po prostu zwykły obiad w rozszerzonym gronie o kilku członków klubu. …Po kilkunastocentymetrowych krewetkach i smacznej barakudzie z naładowanym żołądkiem Eduardo zaprosił mnie do swojej rezydencji w Cartagenie.

Tam przeleciał czas jak błyskawica. Nie było odpoczynku. …Znów pytania: co bym się napił, co zjadł, co do kawy…, jaką muzykę chcę posłuchać itp. …W między czasie wyciągneliśmy ze szklanej gabloty inkrustowany złotymi nićmi i kolorowymi kamieniami ubiór „matadora walki z bykami”. Wyszliśmy na zewnątrz i żona matadora a zarazem pani domu zorganizowała sesję zdjęciową przy „Zabawce”, która czekała do przyszłego tygodnia na zadomowienie się w klubowym pomieszczeniu. Każdy robił zdjęcia z samochodem jakby on był z innego świata. …Ja zrobiłem sobie zdjęcie w ubiorze matadora, choć nie podzielam tego sportu. Ciężka kurtka, płachta na byka i zasłona ramienna ważyło z dwadzieścia kilogramów. I to wszystko trzeba było mieć na sobie i wywijać „lekko” szpadą podczas koridy. …Nie dla mnie taki sport.
Czas opuszczenia Kolumbii
Zadowolony z kilkudniowego pobytu w innym świecie wśród innej kultury i obyczajów wróciłem zmęczony do hotelu by nazajutrz znaleźć się w odpowiednim czasie z rana na lotnisku. …Bagaże czekały na spakowanie.
Poniedziałek, 12 września. Eduardo podjechał pod hotel i pojechaliśmy na śniadanie. Czas pospieszył nas do stawienia się na lotnisku.
…Kończąc odprawę celno – paszportową, nie dotarł do mnie jeszcze fakt rozstania się z moim stalowym przyjacielem. …A jednak, …stało się. …Myślę, że w odpowiednim miejscu będzie ozdobą przez długie lata podobnie jak było z „Pryszczem”.

Pozdrawiam z pasu startowego w Cartagenie!
– Jędrek

Podsumowanie

Podróż wykonana i udana choć nie zawsze sprzyjał wiatr, czasami powiał piasek w oczy. Były momenty grozy i strachu. …Jak zwykle, trzeba było działać szybko w pojedynkę i być optymistą by osiągnąć cel.
…Pewnie się czułem po drodze otrzymując regularnie co miesiąc rentę inwalidzką. Tego uczucia nie znałem w podróżowaniu do tej pory, zawsze trzymałem ołówek i notes pod ręką do pilnowania rozchodów i kurczącego się z dnia na dzień bilansu.
…Dwa razy na biegunach wyprawy „Zabawka” zdała egzamin dzielnie, jeżdżąc i ślizgając się po śniegu i lodzie na Alasce i w kanadzie jak również i po Ushuai w Patagonii.
Dzięki jeździe z GPS AutoGuard – Poland zainteresowani znali na bieżąco moją pozycję i „Zabawki” na trasie.
…Anioł Stróż miał mnie w opiece. Dzięki ci Boże!
Więcej o samotnej podróży „Zabawką” jest w internecie – w reportażach na bieżąco: www.azpolonia.com pod hasłem – „Centrum Wagabundy” jak i w Polsce na portalu motoryzacyjnym: www.auto-news.pl
* * *
Nieco danych:

Wykonawca przedsięwzięcia – ANDRZEJ „Jędrek” SOCHACKI

Miejsce urodzenia – Targówek warszawski, wiek około 60, wzrost 179 cm, waga około 95 kg, łysy, po
żółtaczce, zawale serca, chorobie nerek, problemach z krzyżem, kilku złamaniach kończyn, cukrzyk, mieszkający z dwojgiem dzieci – Asią (18), Czarkiem (14), piękną i dobrą żoną Ewą, urodzony optymista.

Pojazd: amerykański samochód osobowy Oldsmobile – Cutlass Supreme S, 1997, 6 cylindrów, silnik
3.1 l, 7 osobowy, automatyk, ze stanem licznika – 227,655 mil (około 362,760 km)

Przejechanych od bazy w Phoenix, Az – 23,245 mil (około 38,375 km), w tym dystans po obrzeżach
Południowej Ameryki – 18,386 mil (około 30,050 km.

Wodny transport – Morze Karaibskie – 400 km, Peru (Amazonką) – 1200 km, Chile (Fiordami Pacyfiku) –
1000 km , Brazylia (Amazonką) – , Wenezuela (Orinoco) – 1 km
Inny transport: a) autobusem Kolumbia – 300 km, Peru – 1000 km
b) samolotem, powrót – 2000 km

Ogólny czas wyprawy – 192 dni (pół roku, 1 tydzień i 5 dni)
Dni w krajach: Kraje Centralnej Ameryki – 29, Kolumbia -25 (13+12), Ekwador -3, Peru -37, Chile -24, Argentyna -17, Urugwaj -4, Brazylia -42, Wenezuela -11.

Wydanych $ na benzynę – około 5,000.- USD
Wydatki – Noclegi, parkingi, transport dodatkowy, zwiedzanie, taxi itp
Naprawy: chłodnica, uszczelka głowicy silnika, hamulce
Ilość kapci – 6 X

Szybkość podróżna – 110 – 130 km / godz
W podróży wypadków – 0, kolizji – 0, chorób – 0, kradzieży – 1(aparat fotograficzny).

Wydanych $$ w podróży dookoła Am. Płd. – około 15 tys USD

Dystans objechania kontynentu amerykańskiego po obrzeżach = 49,719 mil (około 82,865 km) nie
licząc dojazdów i odjazdów (8,535 mil (około 14,225 km)).

* * *
Sugestia dla początkujących podróżników:

Chcąc się jako tako czuć komfortowo ekonomicznie w dzisiejszym międzykontynentalnym podróżowaniu na poziomie turysty z plecakiem, nie wliczając dodatkowych przykrych niespodzianek, trzeba na jeden dzień / osobę przeznaczyć około 50.- USD (nocleg, pożywienie, zwiedzanie, opłaty transportowe). Np.: 180 dni x 50.- USD = 9,000.- USD.
Dobrym nawykiem jest zabezpieczenie po zachodzie słońca, powierzchownej części ciała jakimś lekkim okryciem przed insektami. Miałem nieszczęście zetknąć się gdzieś po drodze w rejonie Amazonii z jakąś bakterią, która dała znać o swoim istnieniu w powrotnej drodze już po opuszczeniu Kolumbii. Wynikiem tego zetknięcia było trafienie do szpitala w USA w którym zastosowano leczenie infekcji …bez zindentyfikowania jej rodzaju. Kosztowało mnie 10 dni niepotrzebnego eksperymentowania na mojej osobie. …A więc
Nie bagatelizować najmnieszych ukąszeń, udaj sie do lekarza, chorby równikowe rozwijają się w kosmicznym tempie – z minuty na minutę, żeby nie było za późno.
…Jak jedzenie wydaje ci się nie pewne, odmów sobie poczęstunku. Zupy najbezpieczniejszym pożywieniem w nieznanym świecie.
– koniec
Andrzej „Jędrek” Sochacki

Posted in Ameryka Południowa 2011 | Comments Off

Przystań 045

XI rok, nr 45, lipiec 2011 r.

* * * * Co słychać w “Przystani”?

* Apel edukacyjny
* Jędrek na wylocie
* Wiadomości Jędrka z drogi

* * * * Kącik Wydarzeń:
APEL DO WSZYSTKICH
Szanowni Państwo,
zwracam się z uprzejmą prośbą o udzielenie wsparcia finansowego letniego kursu języka polskiego organizowanego w Critical Languages Institute na Uniwersytecie Stanowym Arizony w Tempe w czerwcu i lipcu 2011 roku.
Tradycja letnich kursów sięga 2004 r., kiedy to po raz pierwszy język polski został zaoferowany studentom w czasie letniej szkoły. Kolejne kursy odbywały się nieprzerwanie do 2008 r. W ciągu 6 lat w kursach naszego języka wzięło udział 65 osób. Osoby te z dużym sukcesem wykorzystały znajomość naszego języka. 10 osób spośród tej grupy, po ukończeniu arizońskiego kursu, wzięło udział w Leniej Szkole Języka i Kultury Polskiej organizowanej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza (UAM) w Poznaniu. Jedna osoba adoptowała chłopca z Domu Dziecka w Koszalinie. Jeden student odwiedził swoją rodzinę w Sanoku, z którą wcześniej nie miał kontaktu. Inny uczestnik przyleciał do Polski na święta Bożego Narodzenia, zamieszkał u polskiej rodziny i obserwował zwyczaje świąteczne. Dwoje studentów ASU, którzy otrzymali grant NSEP, przyleciało do Polski na pół roku. Czas ten spędzili, ucząc się języka polskiego w Studium Języka i Kultury Polskiej dla Cudzoziemców na UAM, uczęszczając na zajęcia z nauk politycznych oraz muzyki. Dwa lata temu jedna z moich studentek została wytypowana przez „USA Today” do grona najlepszych studentów w USA.
Studenci, którzy wzięli udział w letnich kursach, mieli także możliwość dalszej nauki naszego języka na ASU na zajęciach z profesorem Dankiem Šipką.
Do roku ubiegłego roku letnie kursy języka polskiego były organizowane dzięki finansowemu wsparciu American Council of Learned Societies i zaangażowaniu p. Andrzeja Tymowskiego, dyrektora ds. programów międzynarodowych tej instytucji. Duże zasługi w tym zakresie ma także Kongres Polonii Amerykańskiej, Oddział Arizona, który nie szczędził wysiłków w organizacji akcji charytatywnych i środków finansowych, aby kursy letnie były wpisane do programu letniego CLI.
Z powodu braku środków finansowych Critical Languages Institute jest zmuszony szukać innej drogi pozyskiwania środków finansowych, aby kontynuować nauczanie języka polskiego. Dlatego też zwracam się do Państwa z prośbą o wsparcie finansowe. Każda kwota, nawet najmniejsza, jest istotna w budżecie kursu.
Jeśli widzą Państwo możliwość wsparcia finansowego programu języka polskiego na Uniwersytecie Stanowym Arizony, uprzejmie proszę o wypisanie czeku na:
“ASU Foundation” i przesłanie go na adres: The Melikian Center
Arizona State University
PO Box 874202
Tempe, AZ 85287-4202
Z poważaniem, dr Agnieszka Mielczarek lektor języka polskiego
Agnieszka.Mielczarek@amu.edu.pl
* * *
OSTATNIE GODZINY PRZED WYRUSZENIEM

Nadszedł dzień, kiedy ANDRZEJ „Jędrek” SOCHACKI zaczął być w swoim żywiole. Widziałam jak cieszł się patrząc na klubowy samochód czekający na wyruszenie.
Samochód produkcji General Motor Co. Oldsmobile „Catlass Supreme S”, 1997 rok produkcji, 6 cylindrów, silnik 3.1 l pojemności, 205 tys mil ( 330,000 km) na liczniku jest w dobrej kondycji. Jędrek wymontował siedzenie pasażera, by zainstalować łóżko, mając pod nim schowek.
Było to niemałe wyzwanie, tym bardziej, że Jędrek jechał miesiącami w pojedynkę bez żadnej pomocy z boku pokonując dziesiątki tysięcy kilometrów. …Trzeba mieć zaufanie do pojazdu i siebie, być zahartowanym w dyskomfortcie, rozłące z rodziną jak i w rozwiązywaniu niespodziewanego problemu.
Potwierdzeniem sprawności klubowego samochodu była odbyta jazda od Meksyku po Alaskę i pętla od Pacyfiku do Atlantyku. …Jędrek jeździ naokrągło z polskimi nalepkami i z GPS AutoGuard Poland, którym chwali się przy każdej okazji mogąc sprawdzić w internecie pozycję podczas podróży.
Nie wytrzymał
5 marca, sobota 2011 roku był dniem wyjechania z domu na podbój Południowej Ameryki. Musiał dotrzeć do Panamy, by tam znaleźć środek transportu dalej wg planu.
Ostatnie godziny Jędrek wykorzystał na odbycie rozmów telefonicznych, wysłanie e-mailów, sprawdzenie zebranego ekwipunku. Gdyby jakieś szczepionki były potrzebne, uzupełni po drodze. Notatki z drogi i zdjęcia będzie wysyłał do „Centrum Wagabundy”, które ma łączność z polskimi i światowymi mediami. Wiesław Mrówczyński – nestor rajdowych dziennikarzy, który podsunął propozycję wyprawy będzie łącznikiem z massmediami w Polsce.
Wierzę w Andrzeja, gdyż pozytywną i upartą cechą charakteru nie raz udowodnił konsekwentne zakończenie swoich okołoziemskich wypraw. Jego dewizą jest uczciwe przygotowanie. Jest optymistą i nie podda się niespodziewanym przeszkodom. Powiada, że powodzenie wyprawy zależy od dobrego Anioła Stróża, w której on jest tylko wykonawcą. - Asia
* * *
PRZYSTANEK W MEXICO CIUDAD D.F.
Sobota, 5 marzec, 2011 roku. Godzina 9:00.
Ostatnie spojżenie na spakowaną „Zabawkę” (imię samochodu). Lekkie śniadanie, zdrowaśka i z Panem Bogiem w ciszy i spokoju ruszył w słoneczną arizońską pogodę. Jechał solo, bez pomocy z boku! …Samochód załadowany na dobre i na złe rozpędzał się wolno. Nie zatrzymywał się na posilenie. Kilka kanapek, smacznych pierogów i placków ziemniaczanych, cytrusowe owoce i orzechy z własnego ogrodu zaspakajały żołądek w czasie jazdy. Pogoda w górzystej części drogi nieco dała się odczuć; zaczęło strzykać w kościach. Porwisty zimny wiatr wyrywał kuliste uschłe krzaki i toczył po autostradzie. Po przejechaniu pierwszych 500 km tankowanie i krótki odpoczynek; kilka ćwiczeń rozluźniających.

Przed granicą meksykańską zwiedził okazyjnie farmę kogucią. Nic by nie było dziwnego żeby nie fakt, że to były specjalnie wyselekcjonowane koguty-wojowniki na sprzedaż do Meksyku i dalej w głąb Ameryki Południowej. Do tej pory znał te zwierzęta z walk i hodowli po kilka sztuk przez miłośników i hazardzistów tej rozrywki. A tu nagle wielka połać ziemi i zmechanizowana hodowla. Woda z potrzebnymi witaminami i minerałami automatycznie rurkami przesyłana do zbiorników w klatkach. Pasza rozwożona ciągnikiem z przyczepką dawkującą mieszankę. Nie można było zbliżyć się do klatki bo rzucały się na widok wyciągniętej ręki.
Granica
Jędrek jechał według znaków w stronę przejścia granicznego: „Eagle Pass” (Orle przejście) i „Piedras Negras” (Czarne skały); było już nie daleko. …Widoczny szlaban, …nikt nie wyszedł. Zapaliło się zielone światło, szlaban podniósł się, więc ruszył powoli. Nie do wiary, czyżby odprawa celna i paszportowa była zniesiona. Kilka tygodni temu był na plaży w Meksyku i żądali wizę.
…W oczy rzucało się dużo jeżdżących samochodów po ulicach z uzbrojonymi żołnierzami. To walka rządu z bandami narkotykowymi. …Po 15 godzinach dniowej jazdy zatrzymał się na bezpieczny nocleg tuż za płatną autostradową bramką w okolicy miasta Satillo. Tak jak wszyscy kierowcy TIRów i on przespał się. Była to pierwsza noc w „Zabawce”. Noc dosyć ciepła, nie wymagająca śpiworu. Obudziło go pukanie do okna. To policjant, powiedział z uśmiechem „buenos dias”. Czas wstawać i w drogę.
…Zaczęło doskwierać, monotonna jazda prostymi i długimi odcinkami stawała się śpiąca. …Ożywił się nagle, gdy minął wywrócony TIR z dwiema pokręconymi przyczepami na bok i rozwalonym towarem w rowie po drugiej stronie drogi.
Mexico City Distrito Federal
Rozpędem wjechał autostradą w stolicę Meksyku, będącego przystankiem w pierwszym etapie do Ameryki Południowej. Tam ma swój gościnny pokój od dawna w domu śp. Jerzego Skoryny Lipskiego, którego poznał 35 lat podczas pierwszego okrążania „VW-garbusem” naszej planety. O śmierci dowiedział się pisemnie e-mailem. Łzy cisnęły się do oczu, gdy odwiedził w towarzystwie żony Deli, miejsce pochówku w krypcie kaścioła Matki Boskiej Częstochowskiej, którego pan Jerzy był pomysłodawcą.
Ten wierny Polsce patriota do ostatnich chwil swojego życia był jedynym polskim weteranem w Meksyku. Pokój urzędowania pana Jerzego zastał nie naruszony. Wystrój salonu pamiątkami archiwalnymi zmarłego kombatanta wojennego bije polskością jak za dawnych czasów. Upłynęło kilka miesięcy od śmierci Jerzego Skoryny a wydaje się jakby wyszedł na chwilę, wszystko leży na miejscu nie ruszone. Cześć jego pamięci! …Syn Staś zobowiązał się wydać pamiętnik biograficzny tego Wielkiego Polaka, przedstawiciela Delegatury Rządu Polskiego w Londynie na Meksyk i postanowił prowadzić dalej działalność swojego taty w imię polskości.

…Od startu w Phoenix, Arizona do Meksyku miasta Jędrek przejechał 2,122 mile (3,535 km). Wydał na benzynę około 140.- USD. Nie jest tragicznie. Samopoczucie mu dopisuje. (obszerniej wszystko w internecie)
– Asia, rzecznik prasowy klubu

* * * * Kącik Wydawcy:
Mile widziana jest młodzież w pisaniu swoich ciekawych spostrzeżeń z otaczającego życia lub ze spędzonych wakacji w naszej gazetce. Odrzucić tremę w pisaniu – pomożemy.
Pamiętajmy !!! – naszym językiem jest język polski gdziebyśmy się nie znajdowali a każdy inny język wykorzystujemy tylko do egzystencji tam gdzie żyjemy. Bez Języka Polskiego nie ma Polski!
Bawmy się razem! – to nasza myśl przewodnia. Warto mieć łączność z “Przystanią”. Jest to droga „odnalezienia się”.
– mgr inż. Andrzej Sochacki

* * * * Kącik Poetycki:
Płynie Wisła
Płynie Wisła płynie
Po polskiej krainie
A dopóki płynie,
Polska nie zaginie.
Nad moją kołyską
Matka tak nuciła,
No i na to wyszło,
Że się nie myliła!
Wisła to nie rzeka,
Ale brudny kanał,
Polom, lasom, łąkom
Istnieć nie pozwala.
Truje co przez wieki
Żywiła, karmiła,
Niszczy czego żadna
Wojna nie zniszczyła.
Siedzą decydenci
W pięknych gabinetach,
Co tam dla nich Wisła,
Co tam dla nich rzeka!
Stawiają pomniki
Swojej tępej pychy,
Kombinaty śmierci
I smrodu fabryki.
Umęczona ziemia,
Lasy i powietrze…
Płynie Wisła płynie
Lecz jak długo jeszcze? – Jan Pietrzak

* * * * Kącik Ciekawostek:
Czyń dobro mimo to
-Ludzie są nierozsądni, nielogiczni i zajęci – kochaj ich mimo to
-Jeżeli uczynisz coś dobrego, zarzucą ci egoizm i ukryte intencje – czyń dobro mimo to
-Jeżeli ci się coś uda, zyskasz fałszywych przyjaciół i prawdziwych wrogów – staraj się mimo to
-Dobro, które czynisz jutro zostanie zapomniane – czyń dobro mimo to
-Uczciwość i otwartość wystawia cię na ciosy – bądź sobą mimo to
-To, co zbudowałeś wysiłkiem wielu lat, może przez jedną noc lec w gruzach – buduj mimo to
-Twoja pomoc jest naprawdę potrzebna, ale kiedy będziesz pomagał, oni mogą cię zaatakować – pomagaj mimo to
-Daj światu z siebie wszystko, a wybiją ci zęby – dawaj dalej mimo to – Matka Teresa z Kalkuty

* * * * Kącik Humoru: 11 fraszek Jana Sztaundyngiera:
Agitatorzy: Wilki wśród baranów, Głoszą równość stanów.
Agnieszka: Rysowałem jej imię na piasku, Trwało chwilę, ale chwilę blasku.
Antenaty i potomki: Cóż, że wzniosłe antenaty, Gdy potomków giętkie gnaty.
Bezsenne noce: I znów się wlokła noc bez końca, Darmo czekałem snu lub słońca.
Bliźni: Jedni na drugich warczym – Sposobem gospodarczym.
Mimo najszybszych; Mimo najszybszych samolotów, Do wczoraj nie ma już powrotu…
Tęcza: Tęcza, Wszystko bieli zawdzięcza.
Bądź wola Twoja: Już czeka na to Bóg, Bym pył otrzepał z nóg,
Lecz kusi tyle dróg…, Jakżebym ustać mógł?
Cacy: Zadaję sobie wiele pracy, By ciągle mówić: Cacy, cacy.
Cena świętości: Była piękna, dobra, święta, Do dziś płacę alimenta.
Chorągiewka: Wiatr przyganiał chorągiewce, Że się zdeklarować nie chce.
– Ależ moje przekonania, Zależą od kierunku wiania.

* SZANUJ SZEFA SWEGO… MOŻESZ MIEĆ GORSZEGO
1. Szef ma zawsze rację.
2. Jeżeli szef nie ma racji: patrz pkt 1.
3. Szef nie flirtuje, szef szkoli personel.
4. Szef nie wrzeszczy, szef dobitnie wyraża swoje poglądy.
5. Szef nie zapomina, szef nie zaśmieca pamięci zbędnymi informacjami.
6. Szef się nie krzywi, szef uśmiecha się bez entuzjazmu.
7. Szef nie toleruje sitw, szef szanuje zgrany zespół.
8. Szef nie jest nieukiem, szef przedkłada twórczą praktykę nad bezpłodną teorię.
9. Szef wie, że przyjemnie jest być ważnym, ale ważniejsze jest być przyjemnym.

* * * * Kalendarzyk; (co? gdzie? kiedy?)
Spotkanie w Centrum Wagabundy, piątek, 11 listopada, 2011 o godz. 19:00. Temat: „Relacja Jędrka z dookoła Południowej Ameryki” w kolorach. Wszyscy są mile widziani. Do zobaczenia. – Asia

Dla przypomnienia: Spotkania w „Centrum Wagabundy” odbywają się cyklicznie co kwartał (luty, maj, sierpień, listopad) w najbliższą sobotę środka miesiąca o godz. 19:00. Przynosimy z sobą jak zwykle – co kto lubi, według swojego gustu. Informacje w klubie: 1-602-244 1293

O G Ł O S Z E N I A i R E K L A M Y
* W Centrum Wagabundy są do nabycia książki: „Sześć podróży dookoła świata”, „Poradnik Trampingu Turysty Zmotoryzowanego” i ”Harleyem dookoła świata” – Andrzeja Sochackiego.
* Czytaj ciekawą stronę: www.azpolonia.com, nie pożałujesz.
Uwaga: Poprzednie wydania gazetki jak i wiele innych ciekawych pozycji są w archiwum „Centrum Wagabundy”: www.azpolonia.com.

– Pozdrawia zespół prasowy gazetki
Tel: 602-244 1293, centrumwagabundy@yahoo.com, 3715 E. Taylor St. Phoenix, AZ 85008
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
$$$ $$ Dziękujemy wspierającym Fundację, rozumiejących nasz aspekt: Wszystko dla biednych, utalentowanych i bez szczęścia. Darowiznę wskazane odpisać od podatku.

Posted in Gazetka Przystań | Comments Off

Wieści z trasy

WENEZUELA (b)
Zwyczaje, …obyczaje

Po kilku dniach pobytu w Caracas odczułem, że to jest inne miasto, obce miasto niż te, które znałem z poprzednich odwiedzin. Ulice brudne, zaśmiecone, stare konstrukcje nie remontowane, brak oznakowań ulic zmusza kierowcę jeździć na azymut. Co dzień prawie jakaś ulica jest nieprzejezdna z powodu organizowanych lokalnych manifestacji. Króluje bezład i nieporządek. Ludzie nawet w dzień boją się spacerować, używają taxi przy każdej potrzebie poruszania się. Widoczny ruch uliczny jest w godzinach przerwy objadowej. …Im byłem dłużej tym byłem więcej wstrząśnięty tą sytuacją.

Jadąc od granicy brazylijskiej spotykałem coraz większą ilość patroli drogowych. Zatrzymywali mnie czasami kilka razy dziennie, żeby pogadać a nie sprawdzić dokumenty. Zrobiło to na mnie wrażenie bezpieczeństwa w podróżowaniu. Ale szybko zmieniłem zdanie, kiedy widziałem na własne oczy jak wojak wsadził rękę do kieszeni zatrzymanego i wyciągnął gotówkę, być może jedyną, …w celu rabunkowym. Nie było mowy o odzyskaniu, groźba maszynowym automatem wyciszyła sytuację. Pozostał tylko cichy płacz.
Powiedziałem to Justynie. Ona na to: że kilka lat temu padła ofiarą rabunku i bandytyzmu w biały dzień. Jakiś drań otworzył drzwi w samochodzie i zarządał okupu, dorwał torebkę wiszącą na szyi i ciągnął. Justyna nie dała za wygrane i złapała torebkę, nie chciała puścić. …Huk usłyszała i nic już nie pamięta. Znalazła się w szpitalu. Szczęście wielkie, kula utkwiła gdzieś w brzuchu nie dziurawiąc organów. …Zrozumiała jest dla mnie jej lekka nerwowość i brak cierpliwości.
Otworzyło mi to oczy. …Jadąc modliłem się, żeby mnie taka sytuacja nie spotkała, gdyż pozbycie mnie czegokolwiek byłoby stratą w podróży nie do nadrobienia. …Czujnie jechałem w Brazylii po zamordowaniu polskich podróżników w dżunglii amazońskiej. Ale to było na terenach dżunglii gdzie prawo nie dosięga. …A tu na ruchliwych drogach piekło w biały dzień pogarsza się z roku na rok.

Wyjechałem z Caracas.

…Udałem się do La vela de Coro by pochodzić dla rozluźnienia po karaibskiej plaży przed dłuższym odcinkiem do Maracaibo, do którego zajechałem szczęśliwie wieczorem. …Piękną autostradą z mostu ponad zwężeniem jeziora-zatoki Maracaibo dobiłem do granicy miasta. …Nie było czasu na szukanie ekonomicznego hotelu typu „Hospedaje”. Na dodatek słabo oświetlone ulice skróciły czas rozglądania się za noclegiem.
Zatrzymałem się w hotelu „La Fe”, …aby do następnego dnia. …Kolację zaliczyłem w pobliskim Barze – Pizza widocznym z hotelu. Właściciel baru Senior Miuller, kiedy zobaczył „Zabawkę” zaprosił od ręki znanego dziennikarza na przeprowadzenie wywiadu do prasy, …pomógł mi wynająć prywatną kwaterę na następny dzień i zdobył też kontakt do jedynej polskiej rodziny mieszkającej w Maracaibo.
…Z rana, kiedy poszedłem na śniadanie, pokazał mi już wydrukowany artykuł w największej dziennej gazecie „Panorama”. Ucieszony był, że zdjęcie w dzienniku było zrobione na tle firmowego napisu „Cherki – Pizza”. …Na prośbę Miullera parkowałem „Zabawkę” przed pizzeryją. …Przez najbliższych parę dni serwowano mi gratis różne rodzaje pizzy do wyboru. …Pizza „Hawayana” była nie do pobicia. Gdy jadłem sok z ananasów ciekł po palcach.

…Spotkałem się z Polką Ewą na moment, gdyż nie mogła sobie pozwolić na dłuższą przerwę. Ekspresowo wymieniliśmy kilka zdań. …Mieszka od kilkudziesięciu lat w Wenezuelii a w Maracaibo kilkanaście, od czasu pracy męża w Filharmonii jako skrzypek, jej zawód z Polski – tancerka a tu ekonomistka w hotelowym biurze.
Pani Ewa dopowiedziała mi o panującym bezprawiu. Sama kilka lat temu straciła samochód w biały dzień, jak przez uchylone okno zobaczyła koło głowy pistolet i ryk słów: wynoś się, bo koniec. …Wysiadła w szoku pośpiesznie, bandyta odjechał, …do dziś czeka na odszkodowanie. Wytłumaczyła mi fakt z policją. Że ona jest do pilnowania nie porządku publicznego a prezydenta, który potrzebuje w utrzymaniu się przy władzy.

…Innym głośnym zdarzeniem było zatrzymanie na głównej autostradzie, przez kilku uzbrojonych bandytów w przebraniu policjantów, autobusu jadącego z Maracaibo do Caracas. Dla posłuszeństawa pasażerów zabito dwóch mężczyzn, wszystkim odebrano bagaże, kosztowności, komórkowe telefony i pieniądze. …Zgwałcono kilka niewiast i odjechano. Ślad po nich zaginął. …Została tylko wzmianka prasowa.

Ewa prosiła mnie, żebym nie jechał tą północną drogą przy Morzu Karaibskim, bo mogę stracić wszystko i życie też. Sama nie wychodzi z domu, do pracy dojeżdża taksówką. Zakupy robi jej służąca, sprawy załatwia w towarzystwie znajomego kierowcy. Z mężem wychodzą na spacery w większym towarzystwie znajomych.
…Włosy od tego momentu zaczęły mi się jeżyć na głowie. Czułem jakby ich przybyło więcej ze strachu.

…Pewnego dnia znajomi właściciela Pizzy wzięli mnie na przejażdżkę po mieście. Zwiedziłem odrestaurowany kościół Św. Cecyli, pasaż w miejskim parku, Rzymską Katedrę z jej bogatym wnętrzem, brzeg jeziora z placami i miejscami rozrywkowymi i antyczną część Maracaibo z jej barową atmosferą. Zchodzeni wstąpiliśmy na piwo do jednego baru „Ho-Ho”. …Od wejścia rozweselała muzyka latinoska. Ludzie śpiewali razem z grającymi, niczym „praska mordownia” tylko w lepszym wydaniu. Żeby zaoszczędzić czas na oczyszczanie stołów z pustych butelek, kelnerki podstawiały pod stoły kolorowe skrzynki na odkładanie butelek. Dobry zwyczaj. Turystowanie miejskie pozostanie w pamięci.

Nadszedł dzień wyjazdu z Maracaibo. Musiałem się pożegnać, pogadać, wypić zimne piwo, przyjąć owoce na drogę i obiecać, że tam wrócę. …Oczywiście, jest to w moich marzeniach. Myślę, że ludzie zrozumieją dyktatorską władzę i zmienią kraj w stronę przodujących krajów a nie upadających podobnych do Kuby i Północnej Korei.
Jadąc do Wenezueli byłem przekonany, że jak wszystkie kraje łacińskie podwyższają standard życia to. Wenezuela też, będąc jednym z krajów gdzie czuło się bogactwo. Dziś turyzm i podróżowanie w tym kraju wycofuje się w szybkim tempie widząc i czuć groźbę rozboju na każdym kroku bez jakiejkolwiek odpowiedzialności karnej. …Taka sytuacja musi się zmienić, żeby życie toczyło się w normalnym tempie.

…Przy brzegu Zatoki Wenezuelańskiej (Golfo de Venezuela) pojechałem jednak, mimo ostrzeżeń, na północ przez San Rafael, Sinamaica do Paraguaipoa leżącej na granicy z Kolumbią. W połowie drogi dotankowałem najtańszej w świecie benzyny. Jechałem ostrożnie i czujnie po negatywnym nastawieniu do tej części kontynentu. Przed granicą kilkukilometrowy odcinek drogi dał się we znaki. Dół był dołem pokryty. …Ale dobrnąłem pod graniczny budenek w zapomnieniu o strachu, bez awarii. Odprawa emigracyjna i celna w przyjacielskiej atmosferze wśród ludzi rozumiejących sytuację wprowadziła mnie w dobry nastrój.

Pozdrawiam z ostatniego kraju w mojej pętli po Ameryce Południowej.
- Jędrek

Kilka cyferek:
Ilość dni pobytu – 11
Przejechany dystans w Wenezueli – 1,533 mile (około 2,550 km)
Od Cartageny wokół kontynentu – 16,892 mile (około 28,153 km)
Wydane na benzynę – kilkanaście dolarów USD (1 litr kosztuje 1.35 centa USD)
Złapana 1X guma
Jeden wywiad prasowy
W tym czasie: 1.- USD = 4.4 Boliwara (na ulicy 1.- USD = 7,5 Boliwara)

Posted in Ameryka Południowa 2011 | Comments Off

Wieści z trasy

WENEZUELA (a)
Do Caracas

Po załatwieniu formalności wyjazdowych z Brazylii zatrzymałem się w pasie międzygranicznym, który ozdabiają maszty z flagami państwowymi i popiersia bohaterów narodowych: Sama Martina i Simona Boliwara. Tam wykorzystałem polski paszport na 30 dniową wizę. Posiadacze paszportu amerykańskiego obecnie płacą 40.- USD za wizę do Wenezuelii.
Zadowolony z szybkiego obrotu sprawy na policji zostałem przyhamowany przy formalnościach celnych. …Tu wymagali kopie wszystkich dokumentów (paszport ze zdjęciem i wbitą wizą, rejestracja samochodu, tytuł własności, prawo jazdy międzynarodowe, ubezpieczenie samochodu, ubezpieczenie własne i opłata drogowa). Nie było możliwości zrobienia kopi na granicy i trzeba było wrócić się do Brazylii kilka kilometrów. …Młode urzędniczki po sprawdzeniu kopi dopatrzyli się, że nie mam ubezpieczenia na Wenezuelę. …Zmuszony byłem pojechać do najbliższego miasta Santa Elena odległego o kikadziesiąt kilometrów. Paranoja!!! …Sprzedają tylko roczne ubezpieczenia na pojazdy nie zależnie jak długo będzie się w kraju. …I tak 200.- USD wydałem dodatkowo.

…Po zatrzymaniu się w hotelu „Anaconda” zafundowałem sobie na kolację arepę z serem. Jest to typowa potrawa wenezuelańska, którą pierwszy raz sprubowałem trzydzieści lat temu. Serwowana jest w postaci okrągłej bułki z mąki kukurydzianej wyprużnionej z ciasta i wypełnionej według życzenia konsumenta (przeważnie serem, kurczakiem, mięsem, wędlinami lub ważywami). Czasami dodatkowo podpieczona na zgrzewarce.

…Zapaliło się światełko rezerwy, zjechałem na stację i stanąłem w kolejce. …Szok! …litr benzyny kosztuje 1.4 centa amerykańskiego. Poza tym pracownik zaokrąglił sumę bez centów dodatkowych. …Nie, nie pomylił się, tu kosztuje benzyna 100 razy mniej niż butelkowana woda. …Nie do wiary. Raj dla podróżników i ciężarowych samochodów.
Możliwie dobra droga pomogła osiągnąć Upata bez odpoczynku. …W Guayana przeprawiłem się promem przez rzekę Orinoco wśród 70 innych pojazdów oszczędzając „Zabawkę” objechania okrężną trasą. Kilkadziesiąt minut – tyle trwała przeprawa i rozmowa z ciekawskimi pasażerami na temat wyprawy „Zabawką”. Jeden kierowca, podniecony osiągnięciami „Zabawki”, zadeklarował się w pilotowaniu do następnego miasta z zaproszeniem na obiad, lecz po kilku kilometrach zniknął mi z oczu; widocznie zmienił zdanie. …Zwolniłem i jechałem uważniej wypatrując doły i urwiska.

…Po drodze rzucały się w oczy dużych rozmiarów afisze z hasłami przywódcy narodowego – Hugo Chawesa: „Ojczyzna, Socjalista albo Śmierć!”. Jak za dawnych czasów komunistycznych …propaganda na całego. …Zauważyłem na szosach niesamowite ilości starych, klekoczących, podrdzewiałych, poobijanych amerykańskich 8-cylindrowych krążowników szosowych. …Nic dziwnego, benzyna tańsza od wody. To było odpowiedzią dla mnie na znikające szybko z szos tych amerykańskich samochodów. …Jak kiedyś Urugway wygądał jak skansen samochodów zabytkowych z epoki „Forda-T”, dziś Wenezuela jest śmietnikiem złomu amerykańskiego. …W Stanach Zjednoczonych niewiele ich jeździ po drogach, odpucowanych i lśniących przez kolekcjonerów, aż miło popatrzeć.

Przed Caracas zdecydowałem odwiedzić port Caraballeda w okolicy La Guardii, który był kiedyś bazą kilkunastodniowego pobytu s/y „White Eagle”, okrążającą razem ze mną świat. …Dotarłem tym razem do „Yacht Clubu” od lądu. …Niestety, nikogo pod polskim nazwiskiem nie spotkałem. Kilka jeszcze lat temu, kilku Polaków trzymało swoje jachty w klubowej marinie. …Jeden Czech, stary członek klubowy, widząc mój samochód stojący na klubowym parkingu niedaleko kei i słysząc mój kłopot, zabrał głos, proponując mi towarzystwo do następnego dnia. …Bosman klubowy pozwolił na wydzwanianie pod numery, które wiozłem z sobą. …I tak przez Ambasadę R.P. dotarłem do pani Justyny – prezeski Stowarzyszenia Polonijnego. …Zadzwoniłem i umówiłem się na następny dzień.
Jeszcze tego dnia z Iwanem popływałem przez kilka godzin razem jego 11 metrowym jachtem s/y „Zelony Dwor” przy brzegu Morza Caraibskiego. Powiedział mi, że czuł się z Polakami jak w jednej rodzinie. …Wieczorem kolacja i nocleg w domku nadmorskim, gdzie poznałem żonę i dzieci. Mieliśmy wspólny żeglarski temat….Z wdzięcznością zadedykowałem mu książkę w której opisałem przygodę huraganową na Pacyfiku podczas rejsu wookołoziemskiego. …Miłe przyjazne, niespodziewane spotkanie zostawiło niezapomniane wspomnienia. Żegnaliśmy się z godzinę, …Iwan nie mógł się nagadać.
…Dojechanie pod wskazany adres prezeski zajęło mi parę godzin, choć w linii prostej jest kilkanaście kilometrów. …Justyna, z Polski wspaniała dziennikarka, zrobiła oczy kiedy zobaczyła mnie w drzwiach. Spodziewała się telefonu, gdyż nie wierzyła w moją jazdę na azymut. …Po prostu, udało się. …Przepraszała za mały bałagan. Lecz jak się wychowuje samej 5 letniego Piotrusia, to nie można czasami nadążyć ze wszystkim. …Zamknąłem jedno oko i drugim widziałem tylko ład i porządek.
…Kawka i pytanie co potrzebuję. …Nie ma problemu z zatrzymaniem się, tylko mały problem z garażem, gdyż na ulicy parkowanie niebezpieczne. …Razem ustaliliśmy szybko plan działania. …W pierwszej kolejności odwiedzenie jeszcze żyjącego kombatanta wojennego, jedynego przedstawiciela Rządu Polskiego w Londynie, pana Feliksa Żubra (90 latka), znanego mi od ponad 30 lat. …Po to przecież specjalnie jechałem do Caracas. …W drugiej kolejności wizyta w Ambasadzie R.P.

Spotkanie z Feliksem Żubrem
Pod podanym adresem okazało się, że nie słyszano o pacjencie z takim nazwiskiem. …Kiedy zrezygnowani opuszczaliśmy miejsce podjechała karetka pogotowia i pytała się nas o jakiś adres. Justyna z ciekawości zapytała do kogo jadą, a ci pokazali wezwanie z nazwiskiem. Okazało się, że gnali do pana Feliksa na reanimację. …My za nimi ledwo się wyrobiliśmy. …Ale traf.

Gdy dotarliśmy pod drzwi pokoju, pan Felix Żubr zaczął oddychać. …Ulżyło mi. Nie ważne było jak długo czekałem, ważne, że mogłem zamienić kilka słów. …Z początku nie kojarzył sobie z kim rozmawia, lecz po pewnym czasie załapał i zaczął mówić do rzeczy. Stwierdziłem, że był to ostatni dzwonek na spotkanie. …Podzieliłem się swoją misją i zapytałem gdzie znajdują się jego pamiątki wojenne i materiały z czasów II wojny światowej. …Żeby wyszedł na miasto trzeba mieć pozwolenie żony lub dzieci. Więc zadzwoniłem do żony i umówiłem się z Haliną, …wyrazi zgodę. Pozostało mi tylko telefonicznie lub elektronicznie dowiedzieć się jak się sprawy potoczyły.
Szkoda żeby tę sprawę zaprzepaścić. Byłaby to niesamowita strata w poznaniu historii z czasów II wojny światowej jak i po jej zakończeniu. …Jestem przekonany, że pan Żubr miał największe zbiory dotyczące okresu wojennego, podobnie jak śp. Jerzy Skoryna w Meksyku. …Trzydzieści kilka lat temu pomagałem nalepiać w Caracas, podczas nocy, plakaty antykomunistyczne treści: „Komunizm jest gorszy niż rak”. Pamiętam, jak on z pełną wiarą powtarzał, że ten twór komunistyczny rozleci się. Nie wierzył w jego dalsze przetrwanie.
…Tylko polski żołnierz znał siłę tamtego systemu, nikt inny nawet nie myślał o rozpadzie „silnego” Związku Radzieckiego, nie wierzył, gdyż nie był tak blisko pomiędzy radzieckimi żołnierzami jak Polacy w których nigdy nie zagasło zwycięstwo nad wspólnym wrogiem. To oni powinni być szczególnie okryci specjalną opieką rządową do końca życia a nie poniwierać się na starość.
Często wspominam wypowiadania ich uczuć i przewidywań co do rozlecenia się komunistycznego systemu, który był jak trojański koń na drewnianych nogach. W wierze zwycięstwa nad komunizmem żołnierze działali wśród Polonii przewodząc w różnych polonijnych klubach. Reprezentując weteranów i kombatantów wojennych, tacy jak znani mi prezesi polonijni: Jerzy Skoryna w Meksyku, Adam Praun w Gwatemalii, Feliks Żubr w Wenezueli, Tadeusz Czarnobrywy w Argentynie, Jan Pszczólkowski w Chile, Jan Klacewicz w Brazylii, Julian Augustyński w Urugwaju, Leon Michalski w Costa Rice czy Leon Ejsak w Australii i Stanisław Panek w Nowej Zelandii trzymali Polonię razem jak jedną rodzinę. Chwała im za to.

Wizyta w Ambasadzie R.P.
Po zaliczeniu wizyty u pana Feliksa Żubra, czyniącej mnie szczęśliwym, czas pozwolił na złożenie wizyty w polskiej placówce konsularnej.
…Choć było już późno odczułem, że przyjazna atmosfera polskiej placówki w Caracas nie zmienia się od lat. Pamiętam przyjacielskie przyjęcie podczas rejsu dookoła świata s/y „Biały Orzeł” 15 lat temu, kiedy wspólnie odbyliśmy krótki rejs po Morzu Karaibskim. …Myślę, że to dzięki rozsądnym głowom, które piastują tam stanowiska. …Tu zapomina się o niemiłych poprzednich odwiedzinach innych placówek. …Wciąż dźwięczy mi w uszach powiedzenie ojca: „są ludzie i ludziska”.
…Miła pani konsul Patricja od spraw kulturalnych przyjęła mnie kawą na tarasie wśród kwiatów. …Poruszyłem mi pilny temat weteranów. Była wielce zaskoczona moją misją i zadowolona jednocześnie z poznania się. Z atencją pogratulowała, że podjąłem się tego wyzwania. …Tak, to prawda, lecz kilka lat za późno realizuję to co polskie konsulaty powinny zrobić wcześniej. …Ktoś „coś” przegapił… Doszliśmy do wniosku, że lepiej późno niż wcale.
…Zadowolona była, że z Justyną – prezeską Polonii Wenezuelańskiej będzie mogła odwiedzić nestora polskich kombatantów, wielce zasłużonego dla Polonii Feliksa Żubra. Ciekawe zbiory jakie posiada pan Felix byłyby zastrzykiem wiedzy z czasów wojennych dla czekającego na takie trofea wojenne Muzeum A.K. w Krakowie. …Będę trzymał kciuki za powodzenie wydobycia choć części zbiorów jak i za współpracę pomiędzy Polskim Konsulatem a Stowarzyszeniem Polonijnym.

…Miłym zaskoczeniem było dla mnie udzielenie lokum by wypocząć i nadrobić elektroniczną korespondencję. Myślę, że inne placówki dyplomatyczne powinny wziąść przykład z placówki w Caracas. Wtedy będziemy czuć jedność a nie obcość w stosunkach pomiędzy sobą gdzie byśmy się nie znajdowali.

Serdeczne Pozdrowienia z Caracas!
- Jędrek

Posted in Ameryka Południowa 2011 | Comments Off

Wieści z trasy

BRAZYLIA (c)

Od Belem do Manaus
Jadąc ulicą przy wodzie zatrzymałem się psim swendem przed budunkiem portowym z którego odbijają promy w głąb Amazonki. Przyciągnęły uwagę statki stojące przy kei. …Więc to tam pomyślałem sobie.
…Ledwo co zamknąłem drzwi samochodu obstąpili mnie naganiacze turystyczni. Zorientowali mnie, że prom odpływa jutro i mogę płynąć razem z samochodem. Odpowiadało mi to. …Lecz oczy zrobiły się wielkie gdy usłyszałem cenę.
…Jeszcze nie było późno, podjechałem do następnego terminalu. …Miejsca są ale zabierają bez samochodu. …Szybko ściemniało i zostałem na noc w środku ogrodzenia portowego pod strażą. …Sprawdziłem swój zasób pieniężny i doszedłem do wniosku, że jakbym nie liczył to mam za mało na przedostanie się do Manaus do którego muszę dobić za wszelką cenę, by lądem pojechać dalej.
Następną alternatywą dobrnięcia do Wenezuelii było przedostanie się do Manaus drogą „Transamazonią” biegnącą ze wschodu na zachód. Lecz po przestudiowaniu drogowych warunków nie mogłem sobie pozwolić na morderczą podróż „Zabawką”. Odłożyłem ten plan na przyszłość, …może z synem Cezarkiem skuszę się wykonać tę eskapadę. Byłaby napewno większym wyzwaniem niż obecna.
Inna alternatywa to przedostanie się promem do Macapa w stanie Amapa by dalej drogą pojechać do Guiany Francuskiej. Hamulcem wykonania tej idei jest okres deszczowy w którym czerwono gliniasta groga jest nie przejezdna dla ruchu kołowego. Znam te warunki ślizgające podczas niewielkiego deszczu z poprzedniej wyprawy „garbusem”, kiedy jechałem na skróty z Rio. Samochód ślizgał się na boki ale nie do przodu. Musiałem zrezygnować z jazdy, prosząc przypadkowych ludzi o wypchanie samochodu z pobocza na powierzchnię czerwonej drogi by ostrożnie wrócić na asfalt.
…Środa, 10 sierpień, 8:00 rano.
Zaparkowałem samochód przed frontem portowego budynku, odmówiłem zdrowaśkę i wszedłem do środka spróbować załatwić transport Amazonką do Manaus. Strażnik zapytał mnie gdzie idę, na to ja pewnie – „jestem umówiony z kapitanem promu – Seniorem Tadeo”. …To samo powtórzyłem oficerom na promie. Nieśmieli zapytać w jakiej sprawie, powiedzieli mi, żebym poczekał do 10:00.
Godz. 10:00. Zjawił się kapitan i ze srogą miną zaprosił mnie do kabiny biurowej. …Cierpliwie wysłuchał mój powód zjawienia się na promie i wyksztusił: … niestety, nie mogę nic pomóc. …Po chwili ciszy zapytał, co to za samochód, …gdzie stoi? …– Na ulicy, przed wejściem. …Wyszliśmy w ciszy. …- To ten, …z napisami? …Tak. …Poczekaj. Sięgnął po notes, zadzwonił gdzieś jeszcze (rozmawiał długo) i …mięknął w głosie. …Wyczułem sprawę rozwiązaną. …Za zniżoną cenę, bez pokwitowania …asystował mi przy strzeżonej bramie przez żołnierzy, bym podjechał na dziko pod stojący przy kei wielki biały catamaran. …Jeszcze nie ochłonąłem z emocji a problem zniknął. …Tak, zniknął, …znalazłem się na liście wśród pasażerów.
Gdy poziom wody podniósł się, wjechałem po deskach do środka i zaparkowałem pomiędzy towarami, którymi zawalona była cała ładownia. Otrzymałem uwagę, żeby promu już nie opuszczać. …Tego dnia obiad i kolacja była gratis.
Wielki prom z Belem do Manaus odchodzi tylko raz w tygodniu i pasażerów jest zawsze więcej niż miejsc. Poczułem się wyróżniony widząc siebie, jak w ulu pszczołę, pomiędzy setkami pasażerów, którzy płynęli do swoich osiedli dżunglowych. Podobnie jak do Iquitos w Peru do którego dopłynąłem z braku lądowego połączenia. …Druga przygoda na tej samej rzece. Jedna z prądem rzeki w Peru z Puccallpa, druga pod prąd w Brazylii z Belem. Inny prom, inni pasażerowie, inne zwyczaje, inny język.
…Miałem do wyboru; wynieść materac z samochodu i spać na pasażerskim deku lub wracać na noce do „Zabawki”. Wybrałem drugi wariant. Poziom z towarami był pod okiem oficera gospodarczego i on otwierał mi drzwi kiedy potrzebowałem. Cieszył mnie ten układ bo nic nie musiałem wynosić z samochodu. Znajdowało się miejsce ze stolikiem na posiłki i pisanie. Nikt nie wiedział na jakiej zasadzie płynę i wszyscy z obsługi byli przyjacielscy. Kilka dodatkowych słów po portugalsku umilały moją hiszpańską konwersację.
…Syrena (3X). Wszyscy stali na piętrach promu przy barierkach jak i ci na lądzie wymachując rękami, chusteczkami czy kwiatami. Wyglądało bajecznie, Brazylijki i Brazylijczycy lubią ubierać się kolorowo. Wesołości dodawała muzyka z głośników rozmieszczonych przy kei. …Było popołudnie, prom odbił bezszelestnie powolutku od portowego doku zataczając wielkie koło od wschodu by wpłynąć w jedną z odnóg amazońskiej delty. …Widok portu i całego zabudowanego nabrzeża malał z minuty na minutę.
Jedni stali i czekali aż widok portu zniknie z oczu, inni byli zajęci zakwaterowaniem i rozmieszczeniem swojego dobytku na piętrach. …Wiszących różnej wielkości i koloru hamaków przybywało z minuty na minutę. Po godzinie grupa pasażerów odwiedziła salę barową by odprężyć się przy piwku i pozbyć wyjazdowych emocji.
Kilka dni przeleciało szybko. W dzień umilała podróż muzyka z baru, wieczorami amatorska na najwyższym deku przy akompaniamencie gitar i regionalnych piosenek. …Z pasażerów zaprzyjaźniłem się ze Szwedem Hansem i Brazylijczykiem Diomarem. Pierwszy 87 letni biker-emeryt na motocyklu Honda Shadows, drugi producent filmowy na Yamaha. Mieliśmy wspólny temat, ofiarowałem Diomarowi zadedykowaną przez nas dwóch książkę „Raz za razem dookoła świata” w której przedstawiłem swoje zmagania podczas okrążania globu Harleyem. …Nabrali do mnie szacunku, nawet pytali mnie się o porady co do niektórych spraw.
Jak zleciały dnie?
…W upalne godziny na barowym deku korzystaliśmy z pryszniców rozmieszczonych po dwóch stronach. …Ciekawym zwyczajem było rzucanie toreb z różnościami, przeważnie z ciuchami. W wąskich miejscach Amazonki podpływały na czułnach matki z dziećmi a czasami i same dzieci zbierając pływające prezenty, kołysające się na falach kilwateru zostawionego przez prujący katamaran. Wyglądało to jak po zakończeniu jazdy figurowej na lodzie zawodnicy robili koło na tafli lodowej w celu pozbierania kwiatów rzutami z publiczności. …Zauważyłem jak jednym dziadkiem opiekowały się małe wnuczki, obmywając mu nogi co dzień i wcierając krem. Twarz jego była spokojna czując szacunek w rodzinie i nieosamotnienie. …Ciekawostką dla mnie było podpływanie przez młodzież na czułnach i zaczepianie się hakami za wiszące opony z boku kadłubu. Taka jazda na dziko trwała czasami po kilka godzin. Następnie spływali z prądem do swoich przybrzeżnych wiosek. …W cieple wieczów młodzież tańczyła w rytm samby na barowym deku wypijając niezliczone ilości piwa. Małe kilkuletnie dziewczynki matki ubierały w skąpe sukieneczki ucząc je ruchów w rytm brazylijskiej muzyki. Wszystko z myślą o powodzeniu w przyszłości.
…W połowie trasy kapitan zarządził dłuższy postój na zwiedzenie miasta Santarem. Wykorzystując ten czas pojechałem motor-taxi do centrum i uzupełniłem przy okazji elektroniczną korespondencję, zrobiłem dodatkowe zakupy i najadłem się w końcu do syta. …W pewnym momencie na mijance podczas nocy zbliżyły się do siebie dwa statki płynąc przez jakiś czas razem, burta przy burcie przy zapalonych kolorowych lampkach umieszczonych na górnym doku od dziobu do rufy. Można było wymienić kilka słów z sąsiadami statku, posłuchać muzyki. Wyglądało to na jakąś turystyczną fiestę. Wzosząc toasty po obu stronach powoli każdy statek wrócił na swój kurs. …Dobijając nocą do jakiegoś portu, na kolejny przeładunek towarów, w ryku syren i wystrzelonych z rakietnicy kolorowych fireverków przywitano nowych pasażerów. …Udzieliłem wywiadu dla TV brazylijskiej.
Ostatni dzień. Wszyscy zaczęli pakować się, pokłady pustoszały z hamaków. Jedni już spakowani wynosili na dłół swoje bagaże, inni siedzieli na nich i czekali na opuszczenie katamaranu. …Do Manaus dobiliśmy nocą. Ci co nie mieszkali w mieście mogli pozostać do rana. …Wykorzystując dogodny poziom wody wyjechałem „Zabawką” i przenocowałem na portowym parkingu.
Ostatni odcinek drogi
…Nie wypuścili z na miasto bez opłaty portowej. Starym zwyczajem pojeździłem i pochodziłem po mieście robiąc zdjęcia. W oczy rzucił się budynek Opery-Amazonia ze swoją kopułą na dachu. Manaus kilkuset tysięczne miasto z wielopiętrowymi budynkami ma w sobie styl życia biedoty. Ludzie stołują się w przyulicznych barach na kółkach, niektóre ulice są zamknięte dla straganów. Ruch niesamowity. Zatrzymałem się w hotelu „Kristal” by doprowadzić siebie do wyglądu po kilkudniowym pobycie na statku, gdzie wszystko było niewygodne.
Z rana wyjechałem na drogę. Do przejechania ostatnie 1000 km na ziemi brazylijskiej. Azymut – Boa Vista, większe miasto na szlaku „BR-174” do Wenezueli. Jechało mi się z początku bez przeszkód po równym asfalcie. Tak ciągnęło się do granicy stanu z Parainą. …Po kilku kilometrach droga stawała się coraz bardziej wyboista w postaci wyrw, dołów przypominających księżycowe kratery. Szybkość jazdy zmalała do piechurowej. Nakręciłem się kierownicą za wszystkie czasy, z nosem na szybie, uważając by nie wpaść w wyrwę o kańciastej krawędzi. W dodatku żar z nieba i bezruch powietrza potęgował wysiłek jazdy. Jadąc pamiętałem o przecięciu drogi przez równik, i wypatrywałem jakiś znak z tym związany. …O niemal bym nie przejechał tego geograficznego miejsca. Rozglądałem się na boki. …Zauważyłem, że po lewej stronie drogi jakiś kamień wystawał z trawy. Podjechałem. Żałosne miejsce, zaniedbane, zarośnięte, przez nikogo nie czyszczone. Skała z wmurowaną wskazówką pokazującą strony świata w postaci liter trudnych do zobaczenia wśród wysokiej wyschniętej trawy. …Większość przejeżdża obojętnie nie zauważając tego ciekawego punktu na ziemi.
Po minięciu równika zaczęła się gehenna. Dół za dołem obok dołu. Nie dałem rady wywinąć. Wpadłem w jeden. Wynik – pęknięta felga! Zmieniłem koło na zapasowe. Po godzinie jazdy złapałem następny kapeć. Nie miałem drugiego zapasu. …Strata kilku godzin na naprawę skróciła dzień jazdy. W wiosce Equador znalazłem mały warsztat naprawczy całodobowo otwarty. Żeby być pewnym koła wzmocnłem oponę wkładając do środka dętkę. Tam też w spokoju zostałem na noc. Z rana posiliłem się w prowizorycznej restauracji z której korzystają kierowcy ciężarowych samochodow. …Dalsza w napięciu jazda ciągnęła się przez następne300 km. …Wielka ulga, kiedy pojawił się asfalt pozwalający zwiększyć nieco szybkość. Doły były płytsze i rzadziej występowały. …Przednie zawieszenie zaczęło dawać znak o sobie przez stuki w przegubach podczas pokonywania nierówności.
…Do Boa Vista dojechałem wyczerpany. Miałem to co nie chciałem: Wymianę koła, żar z nieba, brak powietrza, wilgoć, gorąco dokoła i bez kawałka cienia. …W zajeździe tirów odpocząłem i zrobiłem oględziny samochodu. …Po za kołem nie zauważyłem zewnętrznych zmian. …Spotkałem tam ciekawego 74 letniego podróżnika Walkera z Niemiec, który podróżuje samotnie od lat po Południowej Ameryce toyotą „Land Cruiser”. Przy kawie z niemieckiego opakowania dowiedziałem się od niego o wielu ciekawych drogach przejezdnych nie umieszczonych w turystycznych mapach.
Ostatnie 100 km – droga z asfaltem najlepszej jakości doprowadziła do granicy. Odprawa przebiegła szybko. Opuszczając Brazylię czułem niedosyt wrażeń. Jeszcze tu wrócę, gdyż w tym największym kraju Południowej Ameryki zostało dużo miejsc do poznania. …Znalazłem się w pasie pomiędzy dwiema granicami: brazylijską i wenezuelańską.
Zasyłam graniczne brazylijskie Pozdrowienia.
- Jędrek

Trochę cyferek:
Spędzonych dni w Brazylii – 42
Przejechanych w Brazylii – 5,359 mil (około 8,935 km)
Od wyjazdu z domu – 20,818 mil (około 34,700 km)
Z Cartageny, Kolumbia – 16,359 mil (około 27,265 km)
Wydanych na benzynę w Brazylii – 1550.- USD
Wywiadów: w TV – 4, radio – 3, gazetach – 3
Amazonką – około 1500 km
Złapanych gum – 2
1 litr benzyny – około 1.75.- USD
W tym czasie 1.- USD = 1,55 Raias

Posted in Ameryka Południowa 2011 | Comments Off

Wieści z trasy

Dalej, …na północ Brazylii
…Jeszcze nie wyleciało z pamięci celebrowanie urodzin, które było polonijnym prezentem dla mnie tam, gdzie jeszcze nie byłem. …Zwiedziłem „Fortyfikację miasta” podziwiając od strony wody Rio de Janerio ze słynną plażą Copacabaną. …Udałem się wysokogórską kolejką na „Głowę cukru” zachłystując się widokiem pięknego miasta i lądującymi samolotami od strony wody wyglądającymi jak zabawki lecące w przełęczy pomiędzy budynkami a górami, zwłaszcza po zachodzie słońca.
…Zmęczeni miejskim turystowaniem zatrzymaliśmy się w restauracyjce zajadając się „hot dogami” przyrządzonymi po brazylijsku. Były to podłużne chrupiące bułeczki, a w środku znajdowały się: dwie kiełbaski o różnym smaku, okrągłe jajeczko japońskich kurek, fasolka, pomidory, ogórki, groch, rodzynki, oliwki, posiekana kapusta, cebula, keczap, musztarda czy majonez do wyboru, do popicia napoje butelkowe. Wszystko w jednej cenie. …Była tego fura, z trudem usta otwierałem by ugryźć. …Mniam, mniam, palce lizać.
…Półmetek w Novej Vicosie
Po opuszczeniu Rio de Janerio, znalazłem się spowrotem na drodze „BR 101”. …Do dłuższego odpoczynku około 1000 km.
Jadąc przez stan Spirito Santo ze stolicą Vitorią czułem się jak na urlopie. Z jednego boku biała plaża z błękitną wodą z drugiego bananowce i mango zachęcały często do zatrzymania na relaks. …Zrobiło się nagle szaro, przerwałem jazdę, zjechałem na nocleg, gdyż jazda nocą w Brazylii jest bardzo ryzykowna. Młodzi kierowcy ciężarówek pędzą jak nakręceni pomijając często zasady ruchu kołowego zapominając, że jest jedno życie. Nie raz zjeżdżałem na pobocze by uniknąć czołowego zdeżenia z wariatami jezdni. Osobowy samochód dla nich to żadna przeszkoda.
…Do rezydencji mojego przyjaciela od lat – kapitana jachtowego Wacława Matuszewskiego dojechałem po południu. Ostatni odcinek, to droga boczna odchodząca od szosy stanowej ciągnąca się przy oceanie o wspaniałej nawierzchni i migającym niebieskim lustrem wody pomiędzy palmami. Podobny widok widziałem w Kostaryce jadąc przy Morzu Karaibskim. …Aż chciało się zjechać i wykąpać.
Nova Vicosa to młode miasto na końcu drogi „698” prowadzącej z Mucurii. Niegdyś wioska rybacka, dziś wczasowo-weekendowa miejscowość zapełniająca się turystami z odległych miast. Magnesem są: minimalne wachania temperatury (25-30 st. C), znikome opady deszczu, spokojna ciepła woda z małymi odpływami i przypływami, białe plaże, niebo bezchmurne i świeże potrawy z owoców morza jak i różnorakie owoce lądowe. Jest to miejsce ekologicznie czyste, bez przemysłu i wielokondygnacyjnych hoteli. Wspaniałe miejsce do relaksu i regeneracji siły wśród przyjacielsko ustosunkowanych do turystów tubylców.
…U Wacława czułem się jak na wczasach.
Tam znalazłem czas i miejsce na przepakowanie swojego ekwipunku i lekki remont „Zabawki” przed najdłuższym i najtrudniejszym odcinkiem (gdzie djabeł mówi dobranoc) na północ do Belem by drogą wodną na barce po Amazonce przedostać się do Manaus i pojechać przez Boa Vista do Wenezueli. …Ciuchy uprane, prowiant uzupełniony, korespondencja wysłana, „Zabawka” po przeglądzie czekała na wyjazd w „siną dal”. …Ostatniego dnia odwiedziny w studio radiowym i kilka fotek ciekawszych miejsc miasteczka.
Wyjechałem z myślą, że tam wrócę. Było wszystko to co lubię: spokój dookoła, bez pośpiechu, zieleń, ciepła pogoda, plaża, woda, ryby, świeże owoce i uśmiechnięci ludzie.

Ostatnie długie odcinki przed Amazonką.

…Wróciłem na drogę „BR 101” by pomknąć na północ. Pogoda od tygodnia bez zmian, lazurowe niebo, ciepło i lekki wiaterek. Docelowe miasto – Belem osiągnąłem po przejechaniu kilku tysięcy kilometrów. Nie martwiłem się o jedzenie, miałem kanapki, ciastka swojego wypieku i sok owocowy przyszykowany przez gosposię. …Po długim odpoczynku u Wacława nie czułem zmęczenia. Pół dnia zleciało piorunem. Minąłem wywróconą ciężarówkę, którą czyściły bezkarnie z worków cebuli grupy ludzi z pobliskich zabudowań.
Z upływem czasu jazda stawała się wolniejsza spowodowana dziurami w asfalcie. Szybko zjechałem na nocny postój oszczędzając zawieszenia.
Wczesnym rankiem znalazłem się na drodze wywijając szosowe slalomy. …Z boku drogi sępy już obrabiały potrąconego osiołka. O mało co bym rozjechał kilka leniwych i ciężkich ptaków z przeżarcia. …Ledwo się wyrobiłem mając w pamięci sprzed lat lekkie puknięcie ptaka, które skończyło się na zbiciu lampy.
Przejeżdżając po drodze przez większe miasta jak: Salvador, Maceio, Recife, Natal, Fortaleza, zostawiałem na kliszy ich ciekawsze widoki na pamiątkę. Miały jadną wspólną cechę: bezplanowe zabudowanie starszych i biedniejszych dzielnic, gdzie łatwo się zgubić i nowoczesne budynki z szerokimi ulicami będącymi wizytówką handlowych centrum. Miasta z grupą nowoczesnych wieżowców znajdowały się od siebie o kilkaset kilometrów. Pomiędzy miastami oczy nasycały się widokiem egzotycznej roślinności, gdzie nisko rosnące palmy o szerokich liściach podobne były do wielkich liści paproci opisywanych w „W pustyni i puszczy” Henryka Sienkiewicza.
Dzienną dawkę zaliczałem swobodnie „Zabawką” jadąc przeciętnie około 100 km / godz. …Jadąc w pobliżu Atlatyku, nabrałem chęci do zjechania na plażę, by wykąpać się i odpocząć. Szybko zmieniłem zdanie. Dziurawa i kamienista droga w miasteczku Aracati zawróciła mnie z drogi, pomimo gorączki. Nie mogłem… „Zabawka” zgrzytała wpadając z dołu w dół, …w głowie trzeszczało i …zęby bolały. …Zaczęły dawać znać o sobie hamulce.
Przed Belem masa kóz pasła się w przydrogowych rowach bez opiekuna. Trzeba było uważać by nie potrącić brykających i wpadających na szosę z nienacka małych kózek.
Im bardziej na pólnoc tym trudniej o zatrzymanie się na noc. Stacje odległe od siebie w niezabudowanych okolicach, zamykane są o 22:00. Na niektórych występowały muzyczne zespoły i szalała cała wioska. Dziewczyny chodziły parami wzdłuż szosy z nadzieją spotkania kogoś odpowiedniego. Strach było zatrzymać się. Wszystko wydało się obce. …Ludzie bujali się na hamakach zawieszonych pomiędzy drzewami rosnącymi niemal na drodze. Dzieci, pomimo późnej pory bawiły się i siedziały na asfalcie w niebezpiecznej odległości.
…Jechałem i jechałem z nadzieją, że znajdę wkońcu odpowiednie miejsce na odpoczynek. …I tak zeszło mi do pierwszej w nocy. …Nagle oświetlony plac, restauracja i sporo tirów stojących zasugerowały zatrzymanie. Dla klientów gratis: kawa, umycie okien, sprawdzenie oleju i ciśnienia w oponach, TV czynna całą noc. …Z rana golenie i prysznic przed ostatnim odcinkiem. Dzień zapowiadał się gorący. Czuło się suszę w powietrzu.
Puszcza w opałach
Około południa ruch na drodze wstrzymano. …Dżungla się paliła. Policjanci nie puszczali ciężkich i powolnych tirów. Na swoją odpowiedzialność otrzymałem zezwolenie na przejechanie. …Ostrzeżono: jechać względnie szybko, nie zatrzymywać się, mieć pozamykane wszystkie okna. Takiej propozycji nie usłyszał bym w USA, tam policjanci czują się jak dyktatorzy, czując władzę przez mundur. Nie byłoby z nimi dyskusji. …Całe szczęście, że ogień nie przedostał się na drugą stronę drogi. Byłaby to pułapka dla ryzykantów zapalenia się pojazdu. …Jadąc z duszą na ramieniu, patrzyłem w bok i widziałem jak małe kawałki drzew żarzących się i dymiących fruwając uderzały o „Zabawkę”. Swąd spalenizny wdarł się do środka, czuło się niesamowitą gorączkę tak, że bałem otworzyć choć troszkę okno by nie być poparzonym przez suchy ukrop wiatru. Cięższe kawałki palących się roślin turlały się i przesuwały po jezdni. Świecące słońce łagodziło widok. Miałem wrażenie jakby to był początek pożaru. …Z przeciwnej strony ruch był już całkowicie wstrzymany. …Szybko miałem chwilę grozy za sobą. Jadąc do przodu mijałem wozy strażackie nie spieszące się z pomocą. Po kilku minutach widok śmiercionośnego pożaru zniknął mi z oczu za zakrętem. Nie wiem kiedy ugaszono pożar, …popędziłem dalej.
Do Belem, miasta widocznego z daleka, dobiłem po południu. Wielkie milionowe miasto i wielki miejski trafic wciągnął mnie do centrum. …Na wyczucie jechałem przed siebie, by znaleźć się jak najbliżej wody. Wiedziałem, że tam znajdę transport Amazonką do Manaus, by dalej pojechać do Wenezueli.
Pozdrawiam
- Jędrek Cdn.

Posted in Ameryka Południowa 2011 | Comments Off

Wieści z trasy

BRAZYLIA (a)

Kilkaset metrów po minięciu granicy urugwajskiej zatrzymałem się w budynku granicznym po stronie brazylijskiej. Tam oznajmiono, że Amerykanie muszą mieć wizę w paszporcie. Ci co jej nie mieli, niestety, wrócili do Montevideo. …Wyjąłem polski paszport i wbito mi wizę na trzy miesiące.

Brazylia podzielona jest na stany, w ilości 26, które skupiją się w pięciu geograficznie położonych terytorium: Południowe, Południowo Wschodnie, Północno Wschodnie, Północne i Centralno Wschodnie. Ja będę jechał przez stany przy Atlantyku by udać się na północ do Wenezueli. Podróż zacząłem od stanu Rio Grande do Sul sąsiadującego z Urugwajem i dalej przez: Santa Catarina, Parana, Sao Paulo, Rio de Janeiro, Espirito Santo, Minas Gerais, Bahia, Sergipo, Alagoas, Pernambuco, Paraiba, Rio Grande de Norte, Ceara, Piaui, Maranhao, Para, Amazonas i Roraima – ostatni stan na mojej trasie.

Po drodze przez skupiska polskie
Polscy emigranci od stuleci osiedlali się przeważnie w stanach po stronie Atlantyckiej. Kiedy odwiedziłem pierwszy raz Brazylię byłem zdumiony pielęgnowaniem języka, obyczajów i kultury polskiej. Wpisy w moim albumie podróży po polsku rodaków trzeciego i czwartego pokolenia zdumiewały wszystkich. Jadąc obecnie byłem ciekawy dalszego utrzymania polskości przez młodzież i przybyłych imigrantów po II wojnie światowej. Podróż rozpocząłem z południa na północ, …uciekałem z chłodnej zimowej pogody i często padającymi deszczami.

Porto Alegre
W słoneczną pogodę rozpocząłem podróż po Brazylii od stanu Rio Grande de Sul, którego stolicą jest Porto Alegre. Mając kilka adresów środowisk polonijnych z poprzedniej podróży dookoła świata jechałem z nadzieją spotkania jeszcze może żyjących i zaprzyjaźnionych rodaków lub ich potomstwo. …Nowe miasto. Nic nie mogłem sobie przypomnieć z poprzedniej wizyty. Trzydzieści lat zrobiło swoje. Dotarłem do dzielnicy, kiedyś polskiej, w której organizacje działały w sąsiedztwie.
…Jadąc powoli i rozglądając się za poskimi nazwami zatrzymał mnie patrol policji. Okazało sie, że kierowca po zobaczeniu polskich znaków na „Zabawce” zapytał mnie po polsku „co szukasz?”. …Szukam miejsc polskich. …Powiedział: jedź za mną. Po czasie wskazał napis „Sociedade Polonia” na domie. Okazało się, że jego matka była Polką i nauczyła go języka ale on ma żonę Brazylijkę i w domu panują obyczaje brazylijskie.
…W środku restauracja z emblematami polskimi na ścianach, nikt z obsługi nawet nie rozumie polskiego, właściciel jest Brazylijczykiem. …Zaraz zadzwonił do jednego ze swoich klijentów. …Sydney przyszedł z Leonardo. Zaparkowałem „Zabawkę” w zamkniętym parkingu i zjedliśmy wspólnie objad. Na drugi dzień poznałem prezesa Polonii – wspaniałego pana Mariana Hossa i innych. W przydzielonym pokoiku czułem się nieskrępowany, mogłem odpocząć, nadrabiać zaległości w reportażach, przygotować plan dalszego działania. Pomagał mi Ryszard Klacewicz, syn znanego mi lotnika, kombatanta wojennego, którego mundur ozdabia gablotę w „Domu Polskim”.
Niestety kilku pozostałych weteranów nie utrzymuje kontaktu z powodu różnych starczych chorób. …Kilka dni zeszło mi na zwiedzaniu miasta, odwiedzaniu innych miejsc, wywiadach w prasie i TV, spotaniach z dziećmi kombatantów wojennych pamiętających mnie przez niektórych.
Urodzony na obczyźnie Leonard prowadził w Domu Polskim zajęcia języka polskiego z młodzieżą emigrantów jak i Brazylijczykami chcącymi znać nasz język.

Curitiba
W deszcz opóściłem Porto Alegre. Kiedy zatrzymałem się na stacjii benzynowej w stanie Santa Catarina po paliwo i krótki odpoczynek, obstąpiła mnie grupa młodzieży. Okazało się, że jadą na zawody do Urugwaju. Przewodził wyprawie Laorcio Lichecki z mieszanego małżeństwa, matki Portugalki i ojca Polaka. Polecił mi swojego przyjaciela mieszkającego w centrum Kurytyby. Że zajechałem nocą, to przespałem się w pobliżu polskiego punktu, znanego wszystkim Polakom, nazwanego „polskim domem” – miejscem „Tadeo – króla pierogów”.
Z rana, po przywitaniu się z królem pierogów dała się odczuć rodzinna atmosfera. Bez wspólnego śniadania nie było rozmowy. Tadeusz skierował mnie później do ks. Jerzego Morkisa, proboszcza polskiej parafii Św. Stanisława, który miał, jak każdy pasteż wśród Polonii, rozeznanie warunków swoich parafian.
W pobliżu zwiedziłem muzeum „Modern Art” i skansen nazwany imieniem „Park Jana Pawła II”. Miejsce znane wszystkim mieszkańcom z odwiedzin naszego papieża. Wśród sprowadzonych z innej części Brazylii góralskich drewnianych chat wyróżnia się – kapliczka, którą poświęcił papież i pomnik papieża stojący na rozstaju dróżek parkowych wśród zachowanej dziewiczej roślinności. Jest to miejsce modlitwy, odpoczynku i polskich pamiątek.

…Odwiedziłem zaprzyjaźnione miejsce Jana Kowalczuka. Żona chora na alcajmera, synowie w finansowych tarapatach, córka w Stanach. Najstarszy syn Tadek pamiętał jak w warsztacie ojca wymieniali mi przód garbusa po złamaniu się przedniego zawieszenia. Z nim odwiedziłem warsztat, gdzie zmienili mi klocki hamulcowe i felerną oponę. Rozglądając się po mieście, ciekawością były przystanki autobusowe w postaci szklanych tub z kasą i poczekalnią dla pasażerów czekających na podjeżdżające autobusy, które jeździły odzielnym pasem od wewnętrznej strony ulicy omijając trafik.
…Z wyśmienitymi pierogami na drogę opuściłem Kurytybę w stronę następnego skupiska Polonii nad Atlantykiem.

Sao Paulo
Płatną, łataną autostradą pognałem w stronę największego miasta Brazylii, stolicy stanu – Sao Paulo. …Już na całego zostawiłem zimną pogodę. Widoczne po bokach szosy bananowce, palmy i gęsta roślinność na zboczach gór wprowadzała w miły nastrój.
Nie mając aktualnych namiarów zaparkowałem „Zabawkę” na chodniku głównej ulicy w centrum miasta. …Wróciwszy z posiłku zastałem trzy niewiasty oglądające samochód. Okazało się, że mają rodowód polski i uczą się polskiego przy konsulacie. …Znały tylko „dzień dobry” i „dziękuję”. Ciężko było coś wyciągnąć od nich. Nie były zorientowane w życiu polonijnym. A przecież w tym mieście dudniło polskie życie za moich czasów. …Obecnie kluby posprzedawane (razem ze sławnym „Klubem 44”) a organizacje pozamykane.

Odwiedziłem polski konsulat z myślą uzyskania jakiś kontaktów. Sekretarz konsula generalnego przyjął mnie w pośpiechu na ulicy zaznaczając już na wstępie, że cały personel jest zajęty przygotowaniem wizyty z Polski i nie mogę być dziś przyjęty. …Nie zwykłem rozmawiać oficjalnie na ulicy i pokazałem młodemu pracownikowi pismo z MSW, popierające moje wojażowanie po świecie. …Oczy z wrażenia i wstydu otworzył. …Wyksztusił: proszę niech pan zaczeka w pokoiku i da mi kopię to pokażę konsulowi. …Żeby nie przeciągać w czasie, dałem cały skoroszyt z pismem w środku. …Czekałem aż 25 minut kiedy ukazał się w drzwiach nie sekretarz ale pan konsul generalny. …Dyplomatycznie poświęcił mi kilka minut czasu. …Pouczył mnie przy okazji, że tak się nie podróżuje, że przed podróżą powinienem nawiązać kontakty z polonią i ustalić czas spotkań. …Ciężko westchnąłem i powiedziałem, że chyba nigdy nie podróżował skoro tak mówi. Miałem z sobą masę nazwisk i adresów ale dziś nie aktualnych i dlatego tu się zjawiłem. …Okazało, że konsulat poza kościołem „Capelania Poloneza” nie ma żadnych namiarów o Polakach a co dopiero ja miałem zrobić na odległość z Warszawy. …Śmieszne. …Gdy przedstawiłem swoją misję i kontakty z muzeum AK w Krakowie, pan konsul powiedział, że o takim czymś myślał od dawna i poprosił o kopie informacji muzealnej przyrzekając, że umieści w biuletynie. …Rozstaliśmy się po przyjacielsku a speszony sekretarz zamknął drzwi za sobą, …bez dowidzenia.
Przypadek zrządził, że w tym czasie wychodziła jedna niewiasta z konsulatu. Myśląc, że to Polka zapytałem czy zna skupiska polonijne. Odpowiedziała, że jest Brazylijką i stara się o wizę dla męża Polaka. …Pojechałem za nią, pod kościół, w którym znajduje sie polska kaplica. To mi wystarczyło.
Choć msze polskie odbywają się raz w niedzielę to spotkałem tam pracownika Polaka, który pracował tego dnia wolontarnie. Po przedstawieniu się i tego co robię po drodze, Gienio nie puścił mnie i zakończył robotę by towarzyszyć mi tego dnia. Wielki patriota i katolik, sprzeciwił się osobiście na plan zamknięcia polskiej działalności w kościele. Pojeździliśmy po San Paulo aż skończyliśmy na objedzie w jego domu. Wieczorem obejżeliśmy film archiwalny pt.: „Hubal”. Łzy mi poleciały, gdy majora Hubala dosięgła kula, … o jednago prawdziwego Polaka mniej.
Następnego dnia miałem zaproszenie Gienia na objad pożegnalny jednego księdza, który wracał do Polski na stałe. Zgodziłem się, gdyż pożegnanie było na mojej trasie w Mongagua, niedaleko Santos.

Do Rio de Janeiro
Po pożegnalnym objedzie musiałem wrócić na trasę do Santos by pojechać przyoceaniczną drogą nr „BR 101” do Rio. Ta kilkudziesięcio kilometrowa sceniczna droga po mostach wznoszących się wysoko nad lasem dżunglowym i przez kilkukilometrowe tunele kosztowała około 15.- USD. Nie każdy może sobie na taki wydatek pozwolić. Ja nie miałem wyjścia, gdyż jechałem nad oceanem dalej, …do Rio de Janeiro.
…Kiedyś Santos było odskocznią wczasowo-weekendową Sao Paulo, dziś jest olbrzymim miastem z plażą na wzór Copacabany w Rio. …W południe kiedy słoneczko przygrzewało zjechałem nad ocean w jakiejś zatoczce widocznej uprzednio z górskiej drogi. W spokoju patrząc na zielonkawą wodę, bujające się jachty i ptaki latające konsumowałem jedzenie otrzymane na drogę z pożegnalnego objadu. …Zrelaksowany pojechałem dalej.

Piątek, 22 lipca 2011.
Przed południem wjechałem w rejon miasta Rio w stanie Rio de Janeiro. Już o 9:00 dopiekało słoneczko i termometr wskazywał 20 stop C. Kilkadziesiąt kilometrów przed miastem widoczna była biała plaża i turkusowa woda, jak na Copacabanie.

Na V Militarnej Olimpiadzie Świata
Na pewnej stacji benzynowej zainteresował się „Zabawką” pewien motocyklista. Zapytał się o trasę mojej podróży, ja w zamian, o miejsce odbywania się Militarnej Olimpiady. Okazało się, że niedaleko odbywa się Olimpiada konkurencji strzeleckich. Nabrałem chęci, nigdy jeszcze nie byłem na olimpiadzie tego typu.
…Wojsko wszędzie widoczne. Na skrzyżowaniach ulic gotowe do akcji czołgi. W bramie na teren wojskowy wpuszczali tylko za okazaniem specjalnej przepustki. …Wyciągnąłem z bagażnika podobną wymiarami i kolorem polską kartę dziennikarską i zawiesiłem na szyję. Sprawdzający przepustki żołnierze nie zwrócili uwagę na inność mojej, machnęli ręką aby szybciej, do środka, bo kolejka samochodów czekała za mną.
W budynku olimpijskim, zapytałem o polską ekipę. …Przy okazji wręczyli mi oryginalną przepustkę dziennikarską. Poruszałem się swobodnie wśród sportowców świata, częstowałem się piciem i ciastkami jak wszyscy uprzywilejowani. Mogłem też odwiedzić inne stadionowe kokurencje ale deszcz padał.
…Chodząc po hali zauważyłem polski emblemat na bluzie jednego sportowca. …Podszedłem. …Radek Podgórski (rekordzista Polski w pistolecie szybkostrzelnym) zorientował mnie o charakterze i rygorach strzeleckich konkurencji. Reprezentował WKS Flota-Gdynia, zespół sportu Marynarki Wojennej w broni krótkiej. Był blisko medalu, konkurencja najlepszych w świecie wyśrubowała wyniki. Za to panie powróciły do domu z 4 medalami.

Polonia w Rio
Trafiłem łatwo pod adres Stowarzyszenia Polonijnego. Dom Polski wspaniałej jakości, posłuży długo rodakom. Jedna z pań, Gienia, podała mi adres polskiego kościółka M.B.Częstochowskiej. Pojechałem, by spotkać może kogoś znajomego. Na mszy św. celebrowanej przez ks. Jana Sobieraja uczestniczyło dwadzieścia kilka osób. …Zapamiętałem z kazania dwa fragmenty, cyt.: 1. „Dla Salomona największym skarbem poza Bogiem była mądrość, serce czułe i sprawiedliwość”. …Dziś nie doceniamy Boga jak i pomijamy piękne skarby. 2. „Dziadzio mówił: jak nie umiesz mówić po polsku, …to nie ma chleba”. …Tak polski język zatrzymywano dawniej u pokoleń. Współcześni dziedkowie są wygodni, extrawagandcy, myślący o sobie.

Przykry widok i uczucie jak szybko zanika polskość w Brazylii, kraju kilkuset tysięcznej polonii o najstarszych i najsilniejszych korzeniach na tym kontynencie. …Gdzie są młode pokolenia Polaków z krwi i kości swoich ojców, gdzie tkwi przyczyna ich wykruszania, od czego lub kogo to zależy? Na te pytanie jest trudno odpowiedzieć. …Po mszy, w salce przykościelnej, przedstawiłem cel podróży, złożyłem na ręce prezesa kombatantów – Ignacego Felczaka informację z krakowskiego muzeum AK. Spotkałem się z drugim kombatantem wojennym – Krzysztofem Głuchowskim (ps. „Jeleń”) z 7 Pułku Ułanów Lubelskich AK, będącym aktywną postacią wśród Polonii, posiadającą dużo odznaczeń i wyróżnień.

…Kiedyś byłem goszczony przez znanego w Polonii kombatanta, inżyniera konstruktora lotnictwa („Ikara Wielkopolski”) – Antoniego Gabriela, słynnego z adaptacji silnika niemieckiego samolotu do amatorskiej konstrukcji o nazwie „Śląsk”, zaraz po II wojnie światowej oraz z produkcji lotni, których oblatywaczką była córka Marylka i syn Janek. Przy spotkaniu, Marylka – obecnie dorosła kobieta, wręczyła mi krążek CD celebrujący stulecie urodzin swojego taty. Syn jej Mateusz, myśląc o unoszeniu się w powietrzu kończy studia pilotażu. Córka Monika studiuje medycynę w Gdańsku i pasjonuje się lotniami. Sama zaś utrzymuje kontakt z klubem lotniarzy i lata na swojej lotni ponad Rio de Janeiro zaspokajając swoje marzenie.

…Kilka dni upłynęło na zwiedzaniu i spotkaniach. W między czasie celebrowałem z małą grupką polonijną swoje urodziny, które przypadły 26 lipca. …Starszy o jeden rok, pojechałem przez Vitorię dalej na północ odwiedzić po drodze przyjaciela, żeglarza z Kanady – Wacaka, mieszkającego w nadmorskiej wczasowej miejscowości stanu Bahia – w Novej Vicosie.
Pozdrawiam! Jędrek – cdn.

Posted in Ameryka Południowa 2011 | Comments Off

Wieści z trasy

URUGWAJ

Droga do Montevideo
O drugiej w nocy siedziałem już w Zabawce”. Studiowałem mapę w celu najszybszego wyjechania z Buenos Aires i znalezienia się na autostradzie zwanej Panamerykaną. …Pognałem siedmiopasmową autostradą w kierunku miasta Gualeguachu by przez most nad rzeką Guazi przedostać się do Frai Bentos leżącego po stronie Urugwaju.
Kilka godzin jazdy zeszło z Buenos Aires na dojechanie do granicy. …Po zdaniu papierków wyjazdowych z jednego kraju otrzymałem nowe papiery na poruszanie się i 90 dniową wizę w drugim kraju. Widoczny z daleka znak – Montevideo 310 km, tam się skierowałem.

Kilkadziesiąt kilometrów podczas pięknej pogody jechałem po jednopasmowej autostradzie z szybkością wczasową wypatrując miejsce do odpoczynku. Jechało się po falowanej łagodnie szosie po środku ogrodzonych łąk i pastwisk patrząc się na pasące krasule w biało brązowe łaty. …Widok jak w Polsce. Na pewnym zakręcie zjechałem. Zjadłem kanapki kupione w mini markecie na stacji benzynowej w Buenos Aires. Popiłem ciepłą kawą z termosu i ruszyłem do przodu.
Po czasie zatrzymałem się nad wodą Atlantyku w mieście Colonia del Sacramento. Po relaksie nad brzegiem oceanu objechałem miasto, starym swoim zwyczajem, nasycając oczy widokiem kolonialnych budynków i wąskich kamienistych uliczek.

Montevideo
Im bliżej było do metropolii tym korek na jezdni stawał się większy. …Trzymałem się brzegu oceanu by nie wyjechać za miasto. Zależało mi na punktualności bo czekał na mnie prezes USOPAŁ-u (Stowarzyszenia Polaków Ameryki Łacińskiej). Moim celem było spotkanie pozostałych weteranów II wojny światowej i byłem przekonany, że pod tym adresem otrzymam ich namiary.
Byłaby to również okazja poznać człowieka, który walczy z antypolskością, jest przeciwko parcelacji kraju i sprzedawania kapitału narodowego w obce ręce. …Wygląda na to jakby Polacy byli nieudolni w gospodarowaniu swoim krajem. Myślę, że wpływają na tę sytuację czynniki, niezależne od woli obywateli.

Niedoszłe spotkanie
…Godzina 12:00 w południe. Przywitały mnie panie współpracujące z prezesem – Janem Kobylańskim. Zaprosiły od razu do gabinetu przejściowego na chwilkę relaksu by powiadomić go o moim zjawieniu się. Jedna z wieloletnich pracownic – pani – Joana (Urugwajka) zaproponowała w imieniu prezesa obiad w znanej jej restauracji. Mile spędzony czas po hiszpańsku zleciał szybko. W między czasie dowiedziałem się o zarezerwowaniu dla mnie noclegu przez panią Leonor w hotelu gdybym miał ochotę zatrzymać się na dłużej.
…Po powrocie do rezydencji smutna wiadomość czekała na nas. Pan prezes źle się poczuł i musi pojechać do doktora. No cóż choroby człowiek nie wybiera. …Jeszcze tego samego dnia miła Joana obwiozła mnie firmowym samochodem po Montevideo tam, gdzie miałem życzenie. Szkoda tylko, że nie nauczyła się rozmawiać po polsku dla wizytujących Polaków, więcej by było pytań po drodze.
Zobaczyłem „Dom Polski” w opłakanym stanie, obrośnięty dookoła chwastami stoi od lat nie używany, Kościółek ledwo się trzyma. Nie ma komu dbać o tę spuściznę swoich przodków. Ci co wpisali się poprzednio do mojego albumu już nie żyją a potomkowie wtopili się w urugwajskie społeczeństwo i nie utrzymują pomiędzy sobą kontaktu.
…Spacerując wieczorem po starej części miasta pomiędzy kolonialnymi budynkami widziałem pełno przyulicznych zatłoczonych kawiarenek. Biedni chłopi z zaprzęgami konnymi oczyszczają ulicę z wystawionych toreb ze śmieciami. W ten sposób utrzymują miasto w czystości zabierając państwowe posady innym. Takiego widoku nie ma w Europie czy w Północnej Ameryce. Sieć małych sklepików konkuruje z dużymi supermarketami całkiem nieźle. Tu obywatele są przyzwyczajeni do tradycyjnego stylu życia.

W Automobil Klubie Urugwajskim (ACU)
…Następnego dnia pojechałem do Urugwajskiego Automobilklubu na zmianę oleju. …Od razu wzięto „Zabawkę” w opiekę a mnie zaproszono do muzeum starych samochodów. Wspaniała lekcja rozwoju automobilizmu w Urugwaju przez dyrektora salonu zachwyciła mnie historycznym tematem. …Przy kawie krótki wywiad do prasy sportowej, gdyż
„Zabawka” jest wersją sportową podobną do samochodów biorących udział w sławnych wyścigach „Daytona-500” na Florydzie. Zaproszony dziennikarz zrobił wielkie oczy patrząc się na 14 letni samochód, który nie wygląda na sfatygowany mając na swoim koncie wiele długich rajdów i przejechanych 350 tys km.
…Z gratulacjami i przyjaznymi życzeniami wyjechałem zadowolony z klubowego warsztatu z cicho pracującym silnikiem „Zabawki”. Aż chciało się pościgać, pracy silnika nie było słychać. …Stojąc na światłach myślałem, że zgasł.

Następne dnie
…Gdy wróciłem do hotelu niespodzianka. Czekała na mnie torba małych prezentów z pozdrowieniami od pana Jana Kobylańskiego. Tego się nie spodziewałem. …Pan prezes pojechał do senatorium i nici wyszły ze spotkania. Szkoda. Jechałem wiele godzin non stop i w nocy by choć na moment spotkać się z człowiekiem, który jest znany z hojności w stronę Polski, który by mógł coś powiedzieć o starszych Polakach, z którym być może miałbym wspólny język gdyż spędziliśmy w świecie wiele lat.

Na następny dzień opuściłem Montevideo i pojechałem nie spiesząc się już w stronę brazylijskiej granicy. Szeroka, kilkuset kilometrowa austrada, zaprowadziła do Maldonado by dalej pojechać w sąsiedztwie oceanu szosą dwukierunkową do Rio Branco na granicy brazylijskiej.
W ciepłe południe zatrzymałem się na brzegu oceanu skonsumować uprzednio kupione jedzenie. Było to okazją do wysłania impulsu przez GPS AutoGuard – Poland, który towarzyszy mi niezawodnie od kilku lat pokonując razem ze mną dziesiątki tysięcy kilometrów daleko w świecie.
…Na jednej stacji benzynowej spotkałem się z małym oszustwem. Pracownik wlał mi paliwa o połowę mniej. Zareagowałem na ten fakt szybko. Wyszedłem z samochodu i zapytałem o menadżera stacji. Był w drodze. A gość wykorzystując, że kończyła się zmiana nie czekał na jej zdanie tylko wsiadł do samochodu z planem odjazdu. …Szybko otworzyłem drzwi i gościa za frak wyciągnąłem z samochodu. Zapowiedziałem, że mam czas i sprowadzę policję. …Zląkł się widocznie i zwrócił mi połowę sumy spowrotem. …Udało się tym razem. Dobra nauczka na przyszłość trzymania otwartych oczu zawsze i wszędzie.

Do granicy dojechałem przed zmrokiem. Po szybkim załatwieniu formalności po stronie urugwajskiej, zatrzymałem się kilkaset metrów dalej by zaliczyć formalności wjazdu do największego, najbogatszego i najbardziej niebezpiecznego kraju w Południowej Ameryce.

Z najmniejszego kraju w Południowej Ameryce ślę Pozdrowienia
- Jędrek

Trochę cyferek:
Ilość dni w kraju – 4
Ilość dni w podróży – 125
Paliwo – 120.- USD
Długość drogi – 389 mil (około 650 km)
W tym czasie 1.- USD = 4.3 peso urugwajskie

Posted in Ameryka Południowa 2011 | Comments Off

Wieści z trasy

ARGENTYNA (b)

W Buenos Aires

Znajomości sprzed lat
Po minięciu ostatniej płatnej bramki na autostradzie nr „2” łączącej Mar del Plata z Buenos Aires okazało się, że niedaleko jest zjazd na Bernal, gdzie miałem bazę podczas pierwszej podróży dookoła świata.
…Gdy podjechałem pod wskazany adres, poznałem dom na rogu ulicy w którym spędziłem kilka tygodni. Ale okazało się, że nikt z moich znajomych od dawna tam nie mieszka. …Zastały Argentyńczyk pomógł mi w odszukaniu byłych gospodarzy.
Wielka radość, kiedy Ela Czarnobrywy otworzyła drzwi. Poznaliśmy siebie.od razu, mało się zmieniła. Nie trzeba było się przedstawiać, poznawać, udawać. Siostra Basia mieszka w Bariloche a ona z mężem Markiem mieszka tu od dawna. Wielka szkoda, że nie spotkałem się z Basią w Bariloche. Noclegowałem półtora kilometra od jej posiadłości.
Starzy przyjaciele oznajmili od razu, żebym czuł się jak u siebie w domu. Więc miałem swoją bazę, jak za dawnych czasów od pierwszego dnia. …Nie mogli mnie zorientować o bieżącym życiu Polonii, gdyż dolegliwości zdrowotne nie pozwalały, ale służyli innymi informacjami. To mi wystarczyło. Marek prowadzi warsztat elektryczny, Ela przewodzi w Instytucie Języka Angielskiego.

…Po przestudiowaniu mapy z Markiem odwiedziłem też znaną mi rodzinę Ćwierzów. Po dobiciu pod wskazany adres, od razu poznałem domek w którym byłem goszczony . Nic się nie zmieniło w szacie domku tylko przybyło zabudowań wokoło. Oczy zrobiłem jak otworzył mi gość z czarną brodą i wąsami podobny do Bin Ladena. …Okazało się że jest synem Karola i Roxany. Na drugi dzień z Łukaszem pojechaliśmy do warsztatu naprawić oberwany tłumik.

Wczasy u Carlosa
Po zatelefonowaniu do spotkanego w Peru Argentyńczyka – Carlosa z Buenos Aires, byłem zaproszony w gościnę od zaraz. Więc taksówką na jego koszt pojechałem do biura mieszczącego się w centrum Buenos Aires by już z nim pojechać poza stolicę.
…Kilka następnych dni spędziłem w towarzystwie Argetyńczyków w ekskluzywnej rezydencji na weekendy oddalonej 50 km od zatłoczonego miasta.
Kąpiele w jacuzi i pływanie w krytej pływalni przywróciły mi potrzebną kondycję potrzebną do przyszłej jazdy. Zajadałem się co dzień daniami z argetyńskiego mięsa przyrządzanego na rożnie i domowej produkcji serami przez przydzielonego na mój pobyt kucharza. Palce lizać po miękkim i pachnącym jadle popijanym czerwonym winem. Czułem się jak gośc nie na tej planecie. …Ciuchy wyprane, „Zabawka” umyta pierwszego dnia. …Żyć, nie umierać. Takich wspaniałych dni podczas podróży nie miałem do tej pory.
Ojciec Carlosa, mieszkającego kilka ulic obok przyjeżdżał do towarzystwa wózkiem elektrycznym i zabierał mnie na pole golfowe udzielając podstawowych wskazówek wymachiwania kijem. …Nie dla mnie ten sport, za nudny i powolny. Nie widzę w nim korzyści zdrowotnych. …Namachałem się kijem pierwszego dnia aż ramię bolało. Ojciec Casimir chwalił mnie za szybki postęp. …Przyjąłem te pochwały jako przyjacielski gest. …Golfiarzem nigdy nie zostanę.
Pomyślałem sobie, że Carlos popisywał się tą wspaniałomyślnością. …Nie wiem czym zasłużyłem na taką, wysokiej jakości, gościnę. …Może w przyszłości znajdę odpowiedź. Napewno będę pamiętał długo ten mile spędzony czas.
Odwieziony przez „taxi” wróciłem do swojej bazy u Basi i Marka zadowolony i zrelaksowany. Gdy opowiedziałem im tę przygodę to z trudem uwierzyli. …Nie takie przygody są celem w tej podróży. Czuję się lepiej jak spotkam jeszcze żyjących kombatantów i weteranów II wojny światowej, którzy mają więcej ciekawych wspomnień z życia niż towarzystwo Carlosa słuchające moich opowiadań.

Ruch jak w ulu
…Jak we Włoszech wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, tak i w Argentynie wszystkie drogi prowadzą do Buenos Aires. Z Bernal pomknąłem szeroką autostradą do stolicy w której mieszka prawie połowa mieszkańców kraju. Rozpędem wpadłem na najszerszą ulicę Argentyny – Av. „9 de Julio”, która przecina miasto przechodząc dalej w autostradę.
Ruch na ulicach w godzinach pracy jest ogromny, taksówki jeżdżą jak szalone wciskając się w każdą lukę na zatłoczonych jezdniach. …Tak jak w ulu pszczoły poruszają się, na pozór haotycznie w różnych kierunkach pracując ciężko, tak i na ulicach panuje haos łamiący wszelkie zasady ruchu. Na jezdni trzy pasmowej wciska się przed światłami minimum pięć samochodów stojąc w odległości kilku niemalże centymetrów od siebie. Nikomu to nie przeszkadza. …Odwiedzający ludzie z innych części kraju parkują samochody na peryferiach Buenos Aires i wykorzystują metro, autobusy miejskie lub „taxi”, które są najbezpieczniejszą komunukacją. Turyści zmotoryzowani mają kłopot w ofenzywnej jeździe „na wyczucie.
Gdy formuje się korek na jezdni wtedy rozlega się dźwięczna muzyka klaksonów czekających z tyłu samochodów. Do tego trzeba się przyzwyczaić i nie przejmować się tym za bardzo – tak poinformował mnie Marek. …Gdy jest się zbyt uprzejmy na ulicach wtedy jazda staje się bez końca. Najbardziej arogantcy w jeździe są kierowcy autobusów i większych pojazdów. Dosłownie wpychają się bezczelnie aby tylko róg zdeżaka wcisnąć trochę na centymetry przed pojazd. Nauczenie się jazdy na wyczucie zajmuje kilka dni. Reguła „prawej strony” nie istnieje. …Trzeba być stale skoncentrowanym, oglądać się na boki i rwać do przodu jak inni. A to nie łatwa sprawa.
Chcąc w miarę szybko dojechać pod odpowiedni adres turysta zmuszony jest do przygotawania się teoretycznie według miejskiej mapy, żeby nie tracić czasu na szukanie nieistniejących nazw ulic. Mapy miejskie dosyć dokładnie pokazują układ ulic łatwy do zrozumienia z tym, że trzeba później jechać jak szalony w trafiku by uniknąć popędzania klaksonami będącego namiętnością południowo-amerykańskich kierowców.
Tragedia jazdy po mieście zaczyna się po zmroku lub w kiepską pogodę, kiedy małe literki nazw ulic są niewidzialne z daleka i trzeba podjechać blisko w celu ich odczytania. Tubylcy są zorientowani w jeździe bez nazw ulic, ale przyjezdni są zagubieni.

Polskie miejsca
…Po kilku nawrotach dotarłem do polskich miejsc niedaleko centrum miasta. W sąsiedstwie niedaleko od siebie, na ulicy Jorge L. Borges znajduje się „Dom Polski” (Casa Polaca) i „Stowarzyszenie Byłych Kombatantów”. W obu miejscach byłem przyjęty bardzo serdecznie. Sekretarz Domu Polskiego pan Henryk Kozłowski udostępnił mi adresy miejsc, których szukałem. Niestety, większość z nich jest już historią. Niewielka garstka spotyka się od czasu do czasu w „Domu Polskim” . Zauważyłem jak odbywała się lekcja polskiego w jednej z sal..
Utrzymanie tej placówki polonijnej bez wsparcia finansowego Polskiej Ambasady byłoby niemożliwe. Dzięki temu budynek jest odrestaurowany i jest wizytówką całej Polonii w Buenos Aires i okolic. Brawo! Dobrze by było żeby pod koniec życia odchodzący w niebiosa, pozostali starzy, zchorowani kombatanci i weterani z II wojny światowej odczuli polską opiekę tak im potrzebną.

Miłym momentem pobytu w Buenos Aires było uczestniczenie w obiado-kolacji na zaproszenie Prezesa Stowarzyszenia Byłych Kombatantów. Prezes Franciszek Slusarz (85) zaopiekował się mną jak bratem. Miałem mozliwość przedstawienia swojego celu w tej podrózy wokołoziemskiej. A celem (dla przypomnienia) jest zorientowanie żyjących kombatantów lub ich rodzin o możliwości zaopiekowania się ich trofeami wojennymi przez Muzeum Armii Krajowej w Krakowie.
W dzierżawionej sali kilkanaście domów odległej od „Domu Polskiego” obiad wyglądał jak rodzinna uczta. Ludzie schodzili się i schodzili przez godzinę. Myślałem, że się nie pomieścimy. …Uspokoił mnie prezes.
Panie przygotowały obiad z czterech dań: kanapeczki, barszczyk czerwony, befsztyk z surówką i ziemniakami, tort z ciastkami do wyboru, szampan i inne trunki pod smak gości. Siedziałem w towarzystwie prezesa stowarzyszenia, v-prezesa Edwarda Arendarza (86) i dwóch księży. Choć aktywnych weteranów było trzech salę wypełnili ich synowie, przyjaciele, i potomkowie polskich weteranów wojennych z innych krajów. Wszyscy tworzyli mieszaną grupę, która od lat spotyka się w soboty na „rodzinnym objedzie”. Choć większość z nich komunikuje się hiszpańskim to z dumą pielęgnują tradycje swoich ojców.
Należąca do tej grupy pani Irena uczy języka polskiego wśród rodaków jak i sympatyków naszej Ojczyzny. Udziela lekcje wyjeżdżającym do Polski na wakacje lub studia. Są starsi i młodsi.

Do pochwał trzeba dołączyć mozolną pracę pani Barbary Sobolewskiej – redaktorki „Głosu Polskiego”, osoby poświęcającej wiele godzin bezinteresownie dla utrzymania prasy polskiej wśród kurczącej się szybko grupy polonijnej. Niezależnie od pory dnia i nocy stale jest gotowa tam gdzie toczy się sprawa polska. Panie wiedzą, że bez języka polskiego trudno jest zachować polskość na obczyźnie i miłość do Ojczyzny swoich przodków. Brawo! Życzymy wytrwałości w pracy.

…Przykrym momentem kończącej się wizyty w Buenos Aires była bierna postawa w Polskim Konsulacie. Kiedy spytałem w sprawie możliwego dotarcia do konsulatu lekarstw dla mnie wysłanych przez żonę, usłyszałem niespodziewaną odpowiedź, że konsulat jest nie do pośredniczenia w przekazywaniu poczty turystom. Na usprawiedliwienie moje powiedziałem, że reprezentuję godnie swój kraj realizując podróż dookoła świata pod jego banderą i nie mam innej możliwości odebrania lekarstw po drodze. Zapytałem też pani konsul, żeby podsunęła mi lepszą ideę przesyłki, którą bym w przyszłości wykorzystał. …Usłyszałem, cytuję: „to nie moja sprawa”. …Byłem przekonany, że obecnie polska placówka dyplomatyczna jest zawsze gotowa udzielić pomocy rodakom jadącym z polskim paszportem przez świat a nie odsyłania ich z kwitkiem. Jestem cukrzykiem i załamałem się w tym momencie. …Nie wolno mi się denerwować.
…Pwiedział kiedyś mój dziadek (podróżnik sprzed wojny): „są ludzie i ludziska, trzeba nie zwracać na nich uwagę tylko szukać innego wyjścia z sytuacji. Pamiętaj, w życiu zawsze dobroć odpłaca się za dobroć, zło wraca za zło”. Takie jest prawo przyrody na tym świecie, że bilans wszystkiego musi być wyrównany. Mogę to potwierdzić przykładami ze swojego wieloletniego podróżowaniu.

…Nadszedł czas opuszczenia kraju. Azymut – północ kontynentu po stronie Atlantyku.
Pojechałem z pożegnaniem w ostatnie odwiedziny sprzed lat – Elżbiety i Marka Cząstkiewiczów oraz Roxany i Karola Ćwierzów. …Do zobaczenia następnym razem …w Aryzonie.

…Wyjechałem z Buenos Aires nocą by zdążyć na umówione spotkanie o 12:00 w Montevideo. Wyjechałem z Argentyny bez lekarstw. …Tylko żebym nie zasłab po drodze z ich braku przy sobie. Zadzwoniłem do żony z prośbą o ponowna wysyłkę tym razem na adres mojego znajomego w Brazylii z nadzieją, że nie wykręci mi takiego numeru jaki usłyszałem w Buenos Aires.

Z Argentyńskimi Pozdrowieniami!
- Jędrek

Kilka cyferek:
Ilość dni w Argentynie – 20
Na paliwo wydane – około 535.- USD
Przejechanych – 2,536 mil (około 4,225 km)
W Południowej Ameryce przejechanych – 10,711 mil (około 17,851 km)
Z Phoenix, Arizona – 15,170 mil (25,283 km)
W tym czasie 1.- USD = 4.35 peso argentyńskie

Posted in Ameryka Południowa 2011 | Comments Off