PÓŁNOCĄ MORZA ŚRODZIEMNEGO ( od Sycylii do Gibraltaru)

Było jeszcze słońce na niebie jak wjechłem „Zabawką” na prom z Reggio di Cabria do Messyny na Sycylii. 500 kilometrowa droga od Taranto skończyła się szybko, nie była męcząca jadąc wzdłuż brzegu podziwiając odcienie wody i złoty piasek na plażach. Robiłem przystanki na odpoczynek przy wodzie o turkusowym odcieniu. Została krótka droga z kontynentu na wyspę, którą widać było przez cały czas płynięcia.
Sycylia
Nie tankowałem na portowej stacji, pojechałem w stronę Palerma od północy przy wodzie, na zachód w stronę Palermo.
Choć jechałem częściowo drugi raz po tych samych miejscach to wydawało mi się, że jeszcze tam nie byłem. Pamięć nie wszystko utrwala a świat zmienia się szybko. Życie ludzi jest aktywniejsze po zachodzie słońca, jak w krajach południowych gdzie dnie są gorące i trzeba uciekać przed słońcem. Jadąc przez niekończące się miasteczka wydłużały czas jazdy. Sycylia ma swój odrębny styl życia, ludzie są uśmiechnięci i życzliwi. Czuje się życie na wyciągniętą rękę. Widać dużo biegaczy, rowerzystów i motocyklistów we dwójkę. To wyspa dla wczasowiczów wędrowników i zakochanych, tam nie ma pośpiechu, tubylcy przyzwyczajeni do turystów, mają cierpliwość na wąskich i krętych drogach, nie poganiają, nie trąbią, czekają na dogodny moment wyprzedzenia. Czasami nie wiadomo czy jedzie się szosą czy ulicą. Drogi nie omijają miast, przelatują okrężając domy stojące na drodze. Wiele razy są tak wąskie, że trzeba się cofać by ustąpić miejsca np. autobusowi. Za miastem przy drogach są wgłebienia boczne ze znakiep „P”, są to miejsca na krótki postój czy odpoczynek. Dla szybkiego poruszania się wybudowane są niebotoczne autostrady, które zniwelowały prawie do zera poziom terenowy. Jadąc nimi wydaje się, jakby nie było gór a przecież Sycylia to górzysta wyspa.

Zajechałem pod dom przyjaciół z poprzedniej wizyty wyspy, chciałem zrobić im niespodziankę. Pech! Wyprowadzili się z Palermo do miasta, które mam już za sobą. Nie chciało mi się już wracać.
Okrążając wyspę zajechałem do Agrigento, do miasta wykopalisk z okresu starego Rzymu. Tam była siedziba władców i stamtąd wychodziły rozkazy. Okazałe ruiny „La Valle dei Templi” są dostępne dla publiki.
Okrążajac wyspę i szukając interesującego i spokojnego miejsca do postoju przypadkowo zajechałem do Mariny w Auola. Niespodzianka, podczas pytania właściciela mariny o miejsce parkingowe podszedł jeden młodzieniec i wtrącił się po polsku w rozmowę. Zwrócił się do patrona, że zajmie się mną. I tak zaczęła się przyjaźń między Radkiem i mną. Nie puścił mnie przez dwa dni, miałem pokój, wikt i opierunek gratis. Radek pracuje od kilku miesięcy w marinie, jest prawą ręką bosa i opiekuje się całym sprzętem żeglarsko-motorowym. Okazało się, że pracuje tam jescze kilku Polaków.
Wieczorem zorganizował spotkanie ze mną i musiałem pogadać na temat moich podróży a szczególnie zainteresował ich temat „Dookoła świata jachtem”. Zazdrościli mi wojaży. Powiedziałem, że mogą zrobić więcej niż ja, są młodsi a ja pomogę im w spełnieniu marzeń. Na drugi dzień Radek zorganizował pływanie na mniejszym jachcie przy brzegu mariny. Piekące słońce nie pozwoliło pływać długo. Kąpiel w seledynowej wodzie była o wiele przyjemniejsza niż pływanie w tym upalnym dniu.
Jeden z członków mariny, pewien adwokat namówił mnie na przelot skonstruowaną przez niego lotnią pontonową. Zaciekawiła mnie ta konstrukcja kombinacji motorowej lotni z pontonem. Może znajdę zapaleńca, który pojdzie w ślady Sycylijczyka. Dokumenty konstrukcyjne i pomoc w budowie zapewniona. Opalony i zmęczony atrakcjami pojechałem dalej. Na spokojne miejsce muszę poczekać.

Zatrzymałem się by spędzić dłuższą chwilę w Siracusa. Pochodziłem po mieście z odkrytymi murami z czasów rzymskich. Zwiedziłem Sanktuarium Matki Boskiej, którego podwaliny stanowi skała, pokazana w środku „Katedry de la Crime”. Miłym akcentem pobytu w Siracusa zastałem karteczkę w samochodzie z pozdrowieniami i telefonem od Polki tam mieszkającej. Nie doszło do spotkania, pojechałem dalej.
Niespodziankę zrobiła mi „Zabawka” wjeżdżając na najwyższy punkt w miasteczku Taormina zabudowanym domami przylepionymi prawie do pionowej skały. Wjechać wiechałem, gorzej było zjechać bez mijanek w zapadłej nocy. Kosztowało mnie więcej zdrowia niż radości. Udało się zjechać bez obtarcia o ściany lub samochody. Jest to miejsce turystyczno-wczasowe. Kawiarenek, restauracji, hotelików jest jedna na drugiej. Przyciąga turystów widok na morze prawie z każdego okna. Połaziłem trochę na samym szczycie od kawiarenki do kawiarenki skąd widoki przepiękne miasta w dole z domami i ulicami oświetlonymi, aż noga pobolewać zaczęła.
Zamknąłem kilkudniową ciekawą przygodę wokół Sycyli w Messinie skąd promem wróciłem na macierzysty ląd Włoch.
Azymut – północ Półwyspu Appenińskiego
Pomknąłem brzegiem morza w stronę Monte Casino. W okolicy Salerno zatrzymałem się na noc, na pakingu turystycznym gdzie jest cicho i bezpiecznie. Czuło się wilgoć w powietrzu, było ciepło. Przejeżdżając przez Neapol pamiętam jego przedmieścia pokryte kostką bazaltową ułożoną faliście. Wszystko brzęczało w Zabawce. Jadąc w stronę Monte Casino czułem się podniecony. Historia odzywa się w środku i nie ma na to rady. Zabawką dojechałem do stóp klasztoru. Popatrzyłem z góry na polski cmentarz. Piękny krzyż rzucał się w oczy patrząc z ganku klasztornego. Zajechałem na Polski Cmentarz, największy z wojennych cmentarzy u stóp góry. Paliły się znicze i świeże kwiaty leżały na płycie. Odrestaurowany wygląda pięknie tak z daleka jak i z bliska. Na parkingu zatrzymało się dużo samochodów z różną rejestracją. Wieczorem pojechałem w stronę Rzymu.
Do Watykanu wjechałem z rana. Zaparkowałem samochód niedaleko Bazyliki Św. Piotra na jednej z bocznych uliczek, równoległej do głównej – Via della Conzilacione. Zamiast zwiedzać udałem się na pogotowie ratunkowe (Pronto Soccorso) w watykańskim szpitalu „Santo Spirito” gdyż denerwował mnie stan nogi. Opuchlizna nie przechodziła i stawała się łydka twardsza. Przyjeli mnie uprzejmie i skierowali na badanie. Okazało się, że muszę zaliczyć kilka dni leczenia szpitalnego.
Po kilku dniach, gdy podszedłem do „Zabawki” rzucił mi się w oczy oberwany zderzak tylny. Jednym końcem leżał na jezdni. Obszedłem dookoła. Zauważyłem zamek w drzwiach pasażera zdemolowany, napis plastykowy leżał przy kole. Zakurzona okropnie. W środku list od spotkanych Polaków pod Monte Casino treści: „Panie Andrzeju, czujemy, że spotkało Pana nieszczęście, nie wiemy jakie. Staliśmy kilka godzin przy samochodzie z nadzieją, że Pan lub ktoś znajomy przyjdzie. Martwimy się o Pana, ale jesteśmy dobrej myśli, że Pan żyje. Musimy jechać. Będziemy w kontakcie. Romek i Ania z Grodziszcza”
Wsiadłem i zapaliłem. Odpalił od razu. Nadzieja, że pojadę dalej. Zderzak podczepiłem do góry drutem. Wykupiłem lekarstwa i powoli odjechałem. Pokręciłem się po Rzymie i wyjechałem na drogę w stronę Genui. Wstąpiłem do Pisy by sprawdzić czy wieża nie upadła. Stanąłem „Zabawką” tam gdzie piesi tylko chodzą dla dowodu, że wieża stoi lecz bez pozwolenia wejścia na nią. Ostatnim noclegiem na postoju przy autostradzie opuszczam kraj tysiąca mostów i tuneli. Południem lądu a północą Morza Środziemnego przejechałem powoli przez Monaco, Niceę, Cannes i Marsylię w stronę granicy gór Pirenejów. Nie zatrzymywałem się na zwiedzanie gdyż tę trasę pokonywałem wielokrotnie. Drogami przymorskimi nie da się szybko jechać z powodu ciągnących się plaż jednej za drugą i chodzących wzdłóż drogi urlopowiczów. Misteczka graniczne nie zmieniają wyglądu i atmosfery. Gdyby nie tablice oznajmiające kraj nie wiadomo kiedy by się ją przekraczało.
Nocleg w okolicy Girona przypadł na postoju przy autostradzie. Wyspany pojechałem drogami na południe Hiszpanii. Zafascynowany zatoczkami z zieloną wodą i stojącymi jachtami zjeżdżałem z drogi by zrelaksować się ym widokiem z bliska. Kilka lat temu tę trasę pokonałem Harleyem jadąc autostradą. Różnica wielka, obecnie nie da się przyspieszyć bo szosa przechodzi przez miasta a w nich zamienia się w ulicę. Stroną dodatnią jest możliwość zaopatrzenia się i odpoczynku w jakimś miejscu wybranym.
W pobliżu Gibraltaru kilkaset metrów przydał się kilkugodzinny relaks na plaży przed wjechaniem w miasto-kraj z odmienną atmosferą. Woda zimna jak w Bałtyku tylko przezroczysta i więcej słona, można swobodnie leżyć na plecach bez poruszania rękami.
Wjechałem „Zabawką” na szczyt góry tam gdzie szlak turystyczny pozwala. Kiedyś Harleyem dotarłem na szczycie góry do samego końca drogi. Obecnie płatny turyzm opanował wszystko. Nawet małpy żyjące luźno bawiące się dawniej z turystami, spędził w obszar płatnych wycieczek. Kraj anglosaski należący do grupy „British Isles” odróżnia się stylem życia, językiem i walutą od otaczającej go Hiszpanii. Mi nie robi różnicy, po angielsku i po hiszpańsku mogę rozmawiać na krzyż. Dla łatwiejszego poruszania się przybyło więcej dróg jednokierunkowych. Pół dnia zleciało szybko na tej górze podziwiając widok Cieśniny Gibraltarskiej pomiędzy Atlatykiem i Morzem Śródziemnym.

Pozdrawiam Wszystkich znad Cieśniny Gibraltarskiej!
– Jędrek

P.S. Piąty odcinek wyprawy już z głowy. (I-szy był do Nordkapp, II-gi do Uhty, III-ci Do Istambułu, IV-ty wokół Adriatyku, V-ty Od Sycylii do Gibraltaru). Pozdrawienia dla wsszystkich Przyjaciół, Patronów i Sponsorów

Troszkę statystyki:
Minęło 65 dni wakacyjnej wyprawy okrężającej Europę. Przejechałem około 27,625 km od startu spod „Domu Volvo” w Warszawie. Sędziwa „Zabawka” (Volvo-460, 1995) jedzie od początku bez większej usterki, Przejechane kraje to: Niemcy, Dania, Szwecja, Norwegia, Rosja, Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Grecja, Albania, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Słowenia, Włochy, w tym San Marino, Sycylia, Watykan, Monaco, Francja, Hiszpania i Gibraltar.

Posted in Europa 2012 | Comments Off

DOOKOŁA ADRIATYKU, do Sycylii

Po krótkim pobycie w Polonezkoy pod Istambułem obrałem azymut po krajach okrążających Morza: Egiejskie i Adriatyckie. Z mostu nad Bosforem skierowałem się na zachód jak najbliżej brzegu by dotrzeć do największej budowli muzułmańskiej w tym kraju – „Błękitnego Meczetu” (Eminonu Sultan Ahmet). Położony na wzgórzu widoczny jest z kilkudziesięciu kilometrów. Dojazd pod niego był utrudniony z powodu natężonego ruchu ulicznego. Gdy byłem tu pierwszy raz, około 30 lat temu, mogłem podjechać niemalże pod samą buduwlę..
Z krótkimi przystankami, brzegiem Egiejskiego Morza pojechałem przez Thessaloniki w stronę Aten. Jechałem zgodnie z nakreślonym planem przedwyprawowym okrążającym Egiejskie Morze. Drogi lepsze niż w Turcji. Widać ujednolicenie unijnych znaków, nawierzchnie nowe i po części wyreperowane. Stare Volvo rozpędzało się do 130 km na godzinę, aż byłem zaskoczony.
Dzięki GPS-wi wmontowanemu w „Zabawkę” z AutoGuardu dotarłem w pobliże dzielnicy zamieszkałej przez Polaków. …Rozczarowanie. Polaków została niewielka grupa, Dom Polski nie funkcjonuje, gazety polskie wychodzą w znikomych nakładach, egzystuje niewiele sklepów polskich i biznesów. Polacy w panice przed bankrutctwem kraju porozjeżdżali się w rózne strony Europy. Część z nich wróciła do Polski.
Zajżałem na górę Akropolis by przypomnieć sobie jej widok jak i amfiteatr „Herodium”. Jest w ciągłej konserwacji i w budowaniu dróg łatwiejszego obejścia i podejścia pod historyczny monument.
Ciekawił mnie tym razem półwysep Poloponezyjski. Objechałem go dookoła. Niedaleko Kalamaty, wysuniętego na południu miasta zażywałem kąpieli w parnym i upalnym dniu. W wodzie przezroczystej świeciły na dnie kolorowe kamyczki. Cały półwysep oblężony jest kamienistymi plażami. Bez karimaty opalanie na takiej plaży jest niewygodne. Opuszczając jazdę przybrzegową półwysep miałem dwie drogi do wyboru przedostania się na macierzysty ląd: jedna to tradycyjna promem, druga przez nowy wiszący most. Choć była droższa wybrałem ją z ciekawości. W rezultacie wysoko nad wodą jechało się cicho po moście wiszącym na czterech masywnych filarach podziwiając z perspektywy długą zatokę.
Przed granicą albańską złapała burza z piorunami, ulewny deszcz sparaliżował ruch. Utworzyły się rzeczki przepływające w poprzek dróg. „Zabawka” jak spychacz pokonywała głębokie na pół metra strumyki zadziwiając kierowców małych ciężarówek. Ja sam się dziwiłem, że z taką lekkością bez zalania silnika jechała pchając falę utworzonej wody przelewającej się po masce. Brawo dla Volva, starego przyjaciela. Do granicy pozostało 60 km, ale jadąc w deszcz po drogach słabo oznaczonych i krętych zajęło mi co najmniej trzy godziny.
Zatrzymałem się na parkingu przygranicznym już w Albanii. W restauracji kelner widząc, że jestem z Polski przywitał mnie słowem „dzieńdobry” zadziwiająco. …A to przez kontakt w handlu z Polkami. W ramach przyjaźni polsko-albańskiej postawił mi piwko „Tirana”. …Oglądałem sobie TV do późna w nacy…
Albania jest 135 krajem w moich podróżach. Nasłuchałem się o tym kraju co niemiara, że komunistyczny, że biedny, że okradają, że nie ma dróg. …A tymczasem rozczarowanie dla wjeżdżającego turysty. Drogi już przed stolicą szerokie z nową nawierzchnią, prawie same mercedesy na drogach. Myślałem z początku, że to turyści z innych krajów. Lecz szybko, zmieniłem zdanie. W Tiranie marka niemiecka wyprzedza inne. Jeszcze takich dużych osobowych samochodów niemieckich nie widziałem. …Taką dużą ilość mercedesów widziałem tylko w Republice Południowej Afryki (RPA), gdzie był ich montaż.
Można niemalże kupić wszystko. W kawiarenkach przyulicznych siedzą sami mężczyżni. To skutek bezrobocia jakie zaczyna wkradać się do kraju. Podobał mi się zwyczaj hodowli w ogródkach jak i sprzedawania różnego gatunku ziół w doniczkach zamiast kwiatków. Rośliny wykorzystywane są jako przyprawy na bierząco; przeważała mięta.
Jadąc w Albanii dopiero pozamiejskimi dróżkami z dala od głównych arterii zauważyłem kontrast. Z jednej strony przesadzisty samochód osobowy z drugiej facet idzie drogą pomagając osiołkowi dźwigającemu ładunek. Turystom jadąc w zorganizowanych wycieczkach ten widok jest nieznany,.
W jednym małym miasteczku droga wyglądała jakby łopatą asfalt kładziono. Trzęsło całym samochodem. W pewnym miejscu, w świeżo nałożonym asfalcie, wpadłem z nienacka w dziurę i klops, aż „Zabawka” usiadła na spodzie. Nie sposób było nią wyjechać. Musiałem wezwać kilku mężczyzn do pommocy. I przy pomocy belki wywindowano samochód na powierzcznię. Skutkiem tej „wpadki” oberwał się tylny zdeżak z jednej strony. Musiałem podciągnąć go drutem by nie telepało i pojechać dalej. …Po bokach dróg całe śmieciowisko ciągnące się kilometrami. Widać pastuchów indyków i owiec. …Ale to jest urok albański, znany mi uprzednio z opisywanych w książkach czy prasie. Cieszę się, że w końcu zwiedziłem ten kraj będący w moich podróżniczych planach od dziesięcioleci.
Na granicy albańskiej celnik tylko spojżał na rejestrację z okienka i machną ręką, żeby jechać dalej. Po stronie czarnogórskiej nie widziałem nikogo w okienku, więc nie czekałem i pojechałem dalej, w głąb kraju. Miałem okazję porównać atmosferę i wygląd miejscowości, które znałem z wycieczek za panowania Tito, prezydenta zjadnoczonych krajów w jeden – Jugosławię. Piękną arterią wjechałem w Czarnogórę, czysty, 700 tysięczny kraj nastawiony pod turystów. Przemysł turystyczny napędza całą gospodarkę.
Podobnie jest w krajach: Chorwacji, Bośni i Hercegowinie. Odbiłem od brzegu na Mastar by zajechać krętymi drogami pod górę, do Medugorie. Tam przy sanktuarium Madonny Młodzieży każdego dnia przybywa tysiące ludzi z różnych zakątków świata. Atmosfera niesamowita, wszyscy śpiewają, modlą się, oglądają telebim ze spotkań niemalże przez całą noc. Miasteczko pielgrzymów z całego świata; bez nich nie istnieje.
W Słowenii zatrzymałem się na kąpanie w turystycznym miasteczku – Pula, gdzie zjeżdżają się europejczycy mówiąc, że woda w północnej części Adriatyku okolicy Rijeki jest bardziej brudna. Niemalże na całym wybrzeżu adriatyckim plaża jest to nieskończony pas opalających się turystów.
Przez Triest, będąc wolnym miastem w erze komunizmu, dojechałem do Wenecji. Nic się nie zmieniło od ostatniego razu, kiedy zwiedziłem wodne miasto podczas okrążenia ziemi VW-Cadyy w 23 dni po lądzie. Turystów mrowie i brak miejsca na parkowanie skraca czas wizyty zmotoryzowanym. Drogą na południe zacząłem zamykać pętlę wokół Adratyku.
Według planu zajechałem do San Giowani Rotondo, do miejsca Św. Ojaca Pio, niesamowitego miejsca kultu chrześcijańskiej religii. Wybudowana w nowoczesnym stylu nowa katedra stała się domem na wieki ojca Pio gdzie spoczywa w klasztornej krypcie. Jest co podziwiać, szczególnie gdy na świecie nie przybywa dużo ciekawych miejsc czy budowli w sakralnym stylu. Świat opanowany jest przez nowoczesne technicznie monstrualne budowle – budynki, czy statki, czy miejsca rozrywkowe.
Przez Bari, Lecce, Catanzaro wspaniałą drogą dotarłem do portu Reggio di Calabria na południu półwyspu skąd odbijają promy na Sycylię.

Pozdrawiam Słonecznie! – Jędrek

P.S. Czwarty odcinek wyprawy już z głowy. (I-szy był do Nordkapp, II-gi do Uhty, III-ci Do Istambułu, IV-ty wokół Adriatyku). Pozdrawiam jak zawsze swoich Drogich Patronów i Sponsorów szczególnie Kasię Sadurską, która przyczyniła się do zorganizowania obecnej wyprawy, udzielając mi pożyczki na zakup samochodu.

Troszkę statystyki;
Minęło 50 dni letniej wyprawy dookoła Europy. Przejechałem przeszło 22,679 km po drogach o różnej nawierzchni. 17 letnia „Zabawka” (Volvo-460) dotrzymuje kroku w tej długiej europejskiej eskapadzie. Przejechane kraje startując z Polski to: Niemcy, Dania, Szwecja, Norwegia, Rosja, Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Grecja, Albania, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Słowenia, część Włoch, w tym San Marino.

Posted in Europa 2012 | Comments Off

POLONEZKOY, dawny Adampol

Trzecia moja wizyta w Polonezkoy przy cieśninie bosforskiej i trzeci raz nowe odczucie pobytu w tej dawnej polskiej kolonii, która przeszła metamorfozę i obecnie jest „zielonymi płucami” Istambułu; dawniej będąc polską wsią w każdym calu.
Pierwszy raz zajżałem tam przeszło 30 lat temu podczas wyprawy VW-garbusem (1978). Drugi raz odwiedziłem dawny Adampol 15 lat temu jadąc dookoła świata Harleyem (1998). Obecnie okrążając samochodem Volvo Europę po jej granicach grzechem by było przegapić ten kawałek polskiej ziemii leżącej już w Azji (2012).
Z historii przypomnę: agent księcia Adama Czartoryskiego – Michał Czajkowski nabył w jego imieniu część ziemi na wieczystą dzierżawę od francuskiego Zgromadzenia Lazarystów w Stambule z przeznaczeniem na osadę polską pod nazwą Adampol. Według ustalonego regulaminu osadnik powinien być Polakiem lub przynajmniej Słowianinem i katolikiem.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości po 123 latach niewoli w 1918 roku podpisany został pomiędzy dwoma krajami „Traktat Przyjaźni” nadając urzędową nazwę wsi – Polonozkoy. Dziś Polonezkoy jest wielkim kurortem wczasowym – zieloną oazą dla wielu gości nie tylko z Polski, Turcji lecz z innych krajów swiata. Magnesem jest piękna okolica, niezwykła historia, polskie tradycje i niezwykła gościnność jej mieszkańców.
…Podczas pierwszej wizyty byłem gościem w domu pani Zofii Ryży – ostoi Adampola, wielkiej patriotki polskiej, wiernej tradycjom jej przodków. Od niej dostałem oryginalne zdjęcia lwowskiego cmentarza Orląt przed zdewastowaniem wojennym i zdjęcie czaszki polskiego żołnierza przeszytej ruską kulą przez potylicę. Wzbogacają archiwum „Centrum Wagabundy” w Phoenix, Arizona. Dziś jej dom jest odrestaurowany częściowo przy pomocy polskiej placówki i nazwany „Domem Pamięci Cioci Zosi”. Rolę kustosza tej polskiej placówki sprawuje kuzyn Leslaw Ryży.
…Podczas drugiej wizyty jadąc dookoła świata Harleyem wziął mnie pod opiekę do siebie, jak brata, na kilka dni były wójt Polonezkoy – Fridryk Nowicki.
Obecnie gościłem ponownie w rodzinie cioci Zosi – u kuzyna, Leslawa Ryżego z żoną Helenką, która udostępniła mi na czas pobytu słoneczny pokój. Ich córka Agnieszka nie tylko przyrządzała wspaniałe dania obiadowe ale wprowadziła mnie w historię rodzinną. Z synem Tadeuszem nie było końca w rozmowach. Dzięki ludziom takim jak pan Leslaw Ryży spadek po cioci Zosi pozostaje w polskich rękach.
…Cmentarz też zmienił swoje oblicze. Niegdyś ogrodzony drewnianym płotem i z zarośniętymi grobami, dziś zachęca do odwiedzenia ze wspaniałymi alejkami, bramą z godłem państwowym i ogrodzeniem żelaznym.
W domu Fridrika Nowickiego spotkałem się z serdecznością jego dzieci, Diany i Denisa. Pod nieobecność gospodarza czułem się jak w rodzinie.
Z obietnicą spotkania się jeszcze raz opuściłem ten polski skrawek ziemi.
– Jędrek

Posted in Europa 2012 | Comments Off

Do Istambułu

Na wszystkich przejściach granicznych w Rosji jak za dawnych czasów – przejeżdżających traktowano jak podejżanych. I tym razem było podobnie. Kolejka samochodów czekających nie miała końca tamtej nocy w załatwieniu spraw.
Gdyby nie wyrobił się celnik w swoich obowiązkach to następne kilka godzin musiałbym spędzić na dworcu wodnym w ostatnim punkcie granicznym Rosji. …Skatowany czekaniem razem z innymi wjechałem na prom ledwo żywy.
…Żegnając Rosję po 17 dniach jazdy spotkało mnie miłe odprężenie z przygodnymi rosyjskimi bikerami. Szampan prosto z butelki wypełnił czas płynięcia. …Wzniosłem toast za pomyślność swojej wyprawy. W międzyczasie dowiedziałem się o trwjącym „Biker Show” w Sewastopolu na Krymie. Zdecydowałem tam pojechać.
Już w Ukrainie
…Wydostawszy się z promu na ląd zatrzymałem się na nocleg na wielkim placu przygranicznym. Wszyscy zjeżdżali się w pośpiechu na krótką dżemkę przed jazdą w głąb kraju. Ja udałem się na nocleg w swoim domku na kółkach. …Gdy się obudziłem nikogo już nie było. Pusty plac czekał na następną zmianę.
W planie: odwiedzenie miejsca historycznego w Jałcie – Pałacu Labińskiego w którym rozdano karty rozparcelowania Europy w 1945 roku na swoją korzyść przez dyktatorów: Roosevelta (USA), Cherchila (Anglia) i Stalina (Rosja) pomijając wszelkie prawa międzynarodowe. Po jego zwiedzeniu pospieszyłem na „Bike Show” do Sewastopolu. …Zjeżdżający się motocykliści łatwo zaprowadzili na miejsce imprezy. Organizatorzy potraktowali mnie jak VIPa przydzielając miejsce parkingowe honorowo razem z organizatorami. Miło mi się zrobiło gdy powiedzieli, że słyszeli o moich podróżach harleyem dookoła świata.
…Nie do wiary, stanąłem sobie z boku by posłuchać koncertu, usłyszałem jak ktoś za placami prowadzi rozmowę po polsku. To trzej bikerzy z Warszawy „Dziki Wąż”, „Suchy” i „Prędki”. Ucieszeni ze wzajemnego spotkania poszliśmy oblać tę okazję zimnym piwkiem. Czułem się jak na festiwalu muzyki przeplatanym pokazami akrobatycznymi zawodowych bikerów dla których nie ma przeszkód.
Dwa dni zleciały mi pod wrażeniem wielkości imprezy. Miałem bazę odprążenia pod namiotem bikerów nad którym powiewała polska flaga. Po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia przed wjazdem do Sewastopolu rozjechaliśmy się. Powoli pojechałem starym zwyczajem do centrum miasta by nacieszyć się jego widokiem i atmosferą.
Jeszcze tego dnia pod wieczór dobiłem w rejon Odessy na odpoczynek po wrażeniach i brzęczącej jeszcze w uszach muzyce ze zjazdu motocyklistów.
Ostanie 50 km przed granicą mołdawską były mordercze dla „Zabawki”. Przypadło mi jechać po ciemku, gdyż zatrzymanie się na noc byłoby ryzykiem w tej okolicy. Takie ostrzeżenie usłyszałem zaopatrując się w prowiant w jednym ze sklepików przy drodze. A wydawało mi się swojsko i bezpiecznie. Nie mialem wyjscia, pojechałem dalej w stronę granicy wykończony.

Przekroczenie mołdawskiej granicy nie różniło się od rosyjskiej. Trzymanie kikugodzinne samochodów – to normalka. Trzeba bylo wykupić wizę za 20.- USD i dodatkowo ubezpieczenie na kilkukilometrowy przejazd przez kraj. Biedny kraj ratuje się w różny sposób. Bez „zielonego papierku” czyli ubezpieczenia nie ma mowy o wjeździe. Nie ma mowy tez o milej odprawie. Twarze pracownikow granicznych bez usmiechu wprowadzaly w pesymistyczny nastroj. …Musiałem wrócić się na stronę ukraińską i wykupić dodatkowo.

Oddech lekki w szybszym obrocie formalności przekroczenia granicy odczułem w Rumunii. Zobaczyli, że tabliczka rejestracyjna samochodu jest unijna wbijali wizę bez dodatkowych pytań życząc przyjemnej drogi.
Widząc Czarne Morze pognalem szybciej i dojechałem aleją do granicy bułgarskiej. Bez straty czasu na biurokrację dalej coraz lepszymi drogami udałem się w stronę Varny.
Do Złotych Piasków dojechałem przed południem. Słońce, szum fal, zielona woda zatrzymały mnie do wieczora na plaży. Tam celebrowałem swoje nastepne urodziny. Wykorzystałem pobyt na jazdę rowerową – urodzinowym prezentem wiozącym z Wołgogradu; jeździłem sobie po promenadzie wzdłuż brzegu.
Ostatni odcinek w Bułgarii, kikadziesiąt kilometrów drogi przed turecką granicą widnieje na mapie zachęcająco. Od brzegu morza do ostatniego miasteczka Malka Tarnowo wygląda bezproblemowo. Inaczej było w rzeczywistości. Wąska i kręta droga z niepielęgnowaną nawierzchnią, bez żadnego oznakowania, bez drogowskazów wydawała się dzika. W pewnych momentach, jadąc na azymut, nie wiedziałem na rozwidleniu w którą stronę jechać. Zmuszony byłem stać i tracić cenny czas na samochód przejeżdżający by upewnić się co do słuszności kierunku. Doslownie jak jazda przez dzungle w Brazylii.
Po kilku godzinach jazdy z szybkością 20 km/godz wyczerpany osiągnąłem miasteczko Malka Tarnowo, które wydawało mi się jak wyspa na pustyni. Obiad zjadłem w restauracji z basenem i hotelem. Droga do tej miejscowości nie pasowała swoją jakością. Tu Turcy przyjeżdżają na weekendy i zakupy.

Przed ostatnim południowym punktem przygody – Istambule zatrzymałem się wieczorem na granicy juz po stronie tureckiej. Nie chciałem jechać dalej, wolałem poczekać do rana. Zakurzona „Zabawka” mówiła o jakości dróg przejechanych.
Turcja
Szeroką, gładką autostradą wjechałem do Turcji, kraju łączącego dwa kontynenty. Pomimo, że ograniczenie prędkości wskazywało 70 km/godz max, to wszyscy gnali ponad 100. Nie dało jechać się inaczej. Czuć od razu inny standard życia i zagospodarowania kraju. Choć do centrum Istambułu było kilkadziesiąt kilometrów, odczuwało się jak jadę przez miasto cały czas zabudowaną ulicą biurowcami i blokami mieszkalnymi za którymi prześwitała od czasu do czasu zielona woda.
Po kilkudziesięciu kilometrach znalazłem się na moście, nad Cieśniną Bosforową, łaczącym dwa kontynenty: Europę i Azję. …Zajechanie na stronę azjatycką było w planie. Nie wyobraziłbym sobie być w Istambule bez odwiedzenia „polskiej kolonii” – Polonezkoy, którą znam od przeszło 30 lat. Opuszczenie dawnego „Adampola” byłoby grzechem. „Polonezkoy” to przeciez skrawek polskości w Turcji.

Pozdrawiam Słonecznie!

P.S.
Troszkę statystyki:
Minęło 37 dni podróży dookoła Europy. Przejechałem przeszło 15,000 km po drogach o różnej nawierzchni, od kiepskich piaszczystych z dolami do dobrych. 17 letnia „Zabawka” (Volvo-460, 1995) jedzie dalej bez problemu. Przejechane kraje: Niemcy, Dania, Szwecja, Norwegia, Rosja, Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Bułgaria i część Turcji.

Czwarty odcinek wyprawy już z głowy. (I-szy Do Nordkapp, II-gi Do Uhty, III-ci Droga nad Morze Azowskie)
– Jędrek

Posted in Europa 2012 | Comments Off

Z GPSem AutoGuard Poland przez świat

Skąd Jędrek nadawał pozycję samochodu w swoich światowych podróżach?

GPS – AutoGuard Poland jeździ z Jędrkiem po świecie od 2008 roku, pierwszy raz zamocowany został w
samochodzie Jędrka w Phoenix, Arizona.

2008 – Dookoła Ameryki Północnej.
Jędrek odbył trasę brzegiem Pacyfiku do Alaski. Z Phoenix, Arizona, USA przez San Diego, San Francisco, Vancouver, Kanada do Ancorage, Alaska, USA. Rally „TransCanada” – z Acorage, przez Firebanks, Alaska północnymi drogami do Halifax, Nova Scotia, Canada (10,000 km). Dalej na południe brzegiem Atlantyku przez Boston, New York, Miami, Floryda. Południem przez Texas, New Mexico do Phoenix, Arizona.

2009 – Dookoła Ameryki Centralnej:
Z Phoenix brzegiem Pacyfiku przez Meksyk, odskocznia do Mexico City, Gwatemalę, Nicaraguę, Salwador, Honduras, Costa Ricę do Panamy. Spowrotem brzegiem Caraibskim na Północ przez Costa Ricę, Nicaraguę, Honduras, Salwador, Gwatemalę, Belice, Meksyk do Branzville. Pólnocną częścią Meksyku do Arizony i do bazy w Phoenix.

2010 – Pętla Od Pacyfiku do Atlantyku:
Czekanie na podróż po Afryce, w między czasie GPS przejechał trasę – z Phoenix, Arizony południem Stanów do Florydy i na północ przez Nowy Jork do Chicago i Stewe Point, na wschód przez Las Vegas do Los Angeles i powrót do bazy w Phoenix, Arizona.

2011 – Dookoła Ameryki Południowej:
Z bazy w Phoenix Jędrek dojechał przez kraje Ameryki Centralnej do Panamy. Z Colon w kontenerze do Cartageny, Kolumbia. Dalej z Cartageny brzegiem Pacyfiku na południe kontynentu przez Ekwador, Peru, Chile do Ushuai, Argentyna. Zwrot na północ kontynentu przy brzegu Atlantyku przez Buenos Aires, Urugway, Brazylię, Wenezuelę i północą do Cartageny w Kolumbii zamknąć pętlę.

2012 – Dookoła Europy:
Z Warszawy na zachód do Hamburga, Norwegią do Nordkapp, prze Murmańsk, Pietrozawodzk, Archangielsk dotarł do Sosnogorska – mista na północny Uralu, następnie na południe wzdłuż Uralu do Samary, przez Wołgograd, Astrachań, Soczi, Krymsk, Odessę, do Istambułu. Południem Europy przez Grecję, Albanię, Triest do Gibraltaru, przez Portugalię, Francję do Anglii i Irlandii. Powrót pociągiem Eurostar do Belgii i zamknięcie pętli w Hamburgu. Następnie przez Szczecin, Gdańsk do Warszawy.

2013 – Dokoła ?:

– Centrum Wagabundy

Posted in Europa 2012 | Comments Off

Droga nad Morze Azowskie

Ostatnie pożegnanie w Uhta i wymiana prezentów wzruszyła nas wszystkich. Pod wrażeniem wiadomości o tragicznym zalaniu, przez małą rzeczkę, miasteczka Krymsk z okolicznymi wioskami postanowiłem zmienić w planie marszruty kierunek by dotrzeć do powodzian.
Jadąc wzdłóż gór Ural na południe po stronie zachodniej mijałem miasta różniące się między sobą, obyczajami i strefą klimatyczną. Tak przejechałem przez kilka dni przez: Syktybkar, Kirow, Juszkar-Ola, Kazań, Ulianowsk, Dimitrowgrad do Samary, miasta leżącego na magistrali M32 do Uralska – w Uzbekistanie leżącego na skrawku ziemi europejskiej. Od Samary odbiłem nieco na zachód okrążając Kazachstan i przez Saratow, Wołgograd dobiłem do Astrachania. Dalej pojechałem przez Elista, Stawropol, Majkop zatrzymując się w Soczi na odpoczynek. To miasto było ostatnim w mojej obecnej podróży leżącym w Rosji na południo-wschodzie Europy.

Jadąc na południe wciąż popadywało jeszcze. Nie zatrzymywałem się na dłużej podczas postojów. Chciałem przejechać jak najszybciej wielkie odległości międzymiastowe. Zauważyłem jak od Kirowa zmieniały się wielkości roślin i kolory pól obsianych zbożem od zielonego do żółtego. Kurczące się w szybkim tempie moje rentowe finanse zmusiły mnie do dietetycznego pożywiania się, które wizę z sobą na wszelki wypadek kryzysu ekonomicznego. Skończyło się za rozglądaniem miejsc typu restauracje czy jadłodajnie przy stacjach benzynowych lub kolejowo-autobusowych.
Zatrzymując się w pewnej wiosce nispodziwanie jeden Kaumuk wskazał mi bazę turystyczną. Pojechałem i spotkałem się z wielką przjaźnią Rosjan spędzających urlop nad Wołgą. Zaszokowani samotną jazdą po północnych drogach Rosji starym Volwem zaprosili mnie do towarzystwa na wieczór i ranek. Trudno było im uwierzyć, że tę trasę przebyłem w pojedynkę i bezawaryjnie. Pewny byłem, że do tego sukcesu przłączył się warszawski dealer „Dom Volvo”, który nie wypuścił mnie w daleką podróż bez wymiany zużytych elementów podwozia. Podczas biesiady zajadałem się rybami i rakami prosto z Wołgi przez całą noc nie odmawiając drinków.
W drodze do Soczi, która była w moich planach wyprawy pojechałem na skróty i niemalże bym „Zabawkę” zniszczył jadąc w kurzu po kamienistej drodze. Musiałem przejść na defenzywną jazdę i przez godziny szybkością piechura uparcie pokonać 30 kilometrowy odcinek. Pokonując pewne zakęty zsuwałem się razem z kamienniami do tyłu z kręcącymi się kołami do przodu. Czułem momentami jak traciłem panowanie nad „Zabaką”. Pył dotarł wszędzie: do oczu, nosa, uszu i osadził się na twarzy. Myślałem, że kiepskie drogi mam już za soba, …ale to jest Rosja, trzeba o tym stale pamiętać, że niespodzianki czychają na okrągło.
Gdy wyjechałem z tego zakurzonego piekła poczułem ulgę i satysfakcję mijając samochody stojące z jakimiś awariami.

Miłe spotkanie
Mając w tyle ten fatalny odcinek i jadąc już po względnym asfalcie mingnęło mi coś polskiego z boku. Zatrzymałem się szybko jak mogłem. Z zawróceniem na wąskiej szosie było trochę kłopotów, musiałem przepuść wąż samochodów jadących w obu kierunkach. …Zawróciłem wkońcu. Dogoniłem tę polską flagę Okazało się, że dwóch przyjaciłół z Bieszczad – Andrzej i Teodor wybrali się na rajd urlopowy rowerami z Krymu do rejonów wód mineralnych. Moim zadaniem było uprzedzić ich o tym kiepskim odcinku, o którym nie można było wyczytać z mapy. Spotkanie wprost na drodze ucieszyło wszystkich. Tak jak ja to i oni nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Powiedzieli, że moje uwagi wezmą pod uwagę i może na ten fatalny odcinek załapią się jakimś transportem. Pojechali powoli pod górę, ja zawróciłem. …Gdyby nie polski znak do spotkania by nie doszło w tak specyficznej sytuacji.

Gdy zobaczyłem na tablicy – „Soczi 100 km” – zadowolenie, że odpoczynek po tej spiekocie przyjdzie już wkrótce. Ale to w teorii. Samo południe, wąska droga przepleciona bierzącymi remontami, sznur samochodów z dwóch stron powodowały na mijankach postoje i wydłużały jazdę w czasie. Po pięciu godzinach ślimaczej jazdy stanąłem w centru miasta przyszłej olimpiady.

Krymsk, miasto powodzi
Pognałem w stronę nieszczęścia – kilkudziesięcio tysięcznego miasta zalanego wodą. …Dojeżdżając coraz bliżej zauważyłem zwiększenie policji na drodze. Na wzgórzu jakieś obozowisko polowych namiotów przyciągnęło mnie do podjechania. To wolontariusze z innych rejonów pomagają usunąć skutki powodzi. Zjadłem przy okazji posiłek polowy, smaczną pszeniczną kaszę z kawałkiem mięsa. Nie dowiedzialem się za dużo, nie byli rozmowni.
Podjechałem bliżej miasta i zatrzymałem się przy punkcie pomocy dla powodzian. Pewna mieszkanka wioski poświęciła czas by pokazać mi tragedię.. Fala rzeczna przeszła 2 metrowej wysokości. Usłyszałem, że o godz 19:00 wyłączono ludziom prąd i gaz. Nie raz to robiono więc nikt nie robił z tego tragedii. Wszyscy normalnie poszli wcześniej spać. Nagle o 23:00 w nocy szum wściekłej wody obudził mieszkańców. Nie było już czasu na nic, tylko ratować siebie. Woda wdzierała się każdą szczeliną do domów i rosła w sekundach pod sufit.
Gorzej było z miastem Krymsk, które było w dolinie rzecznej. Tam woda osiągnęła 4 metry wysokości tak, że fala popłynęła nawet ponad dachami niektórych domów. Ze statystyki rządowej podano, że okoł 700 osób zatonęło a z ust pokrzywdzonych, że kilka tysięcy. Wynikiem katastrofy było przerwanie się tamy w jeziorze pod naporem spływających wód z roztopionego śniegu w górach. Rząd o tym wiedział wcześniej lecz nie uprzedził mieszkańców, zostawił ich na pożarcie losu.
Podobne zdarzenie było w 2004 roku, kiedy fala wody pół metra niższa przeszła przez dolinę nie zabierając żywej duszy. …Usterek technicznych nie naprawiono.
Na drugi dzień pojechałem do miasta. Główne ulice były jeszcze sprzątane. W bocznych piekło było widoczne. Domy poprzewracane, popękane pod dach a gdzieniegdzie i zabrane przez wodę. Ludzie bezradnie stali i płakali. Punktów pomocy dla powodzian stało sporo niedaleko jeden od drugiego. Rząd zorganizował akcję ratunkową z rzywnością, odzieżą i zamieszkaniem w namiotach. Wojsko z policją i grupami wolontarnymi pracują przez całą dobę usuwając i naprawiając straszne skutki, nie informując ciekawych.
Towarzyszyła mi w oglądaniu katastrofy TV-Electron. Kilkanaście toreb wiozących z ciuchami zostawiłem dla najbardziej poszkodowanych, którzy zostali z tym co mieli na sobie. Nie chciało się opuszczać ludzi, którzy czekali na jakieś słowa nadziei i pocieszenia.
Wyjeżdżając nie dotarło jeszcze do mnie wszystko. Kupy śmieci sterczących na ulicy czekało na wywózkę, która trwała od tygodnia. Czuć było zapach wilgoci i smród dookoła. Nie wiadomo tak naprawdę ile żywych istot ze zwierzętami popłynęło z wodą i kiedy wszystko wróci do normy.
Cała tragedia trwała od dwóch do czterech godzin. Po tym czasie woda w ciszy stopniowo opadała do rana. Na drugi dzień wszyscy spotkali się na ulicach w smutku i płaczu. …Nie sposób odrobić strat. Wiek i choroby na to nie pozwolą. Załamywali się psychcznie. Odszkodowanie symboliczne w postaci 10 tys rubli otrzymała każda rodzina. Ludzie stali kolejkami zgłaszając stratę majątkową, cały dorobek życia. Potrwa lata, kiedy otrzymają choć częściową rekompensatę.
W smutku pojechałem przez Noworosyjsk w stronę Kercza – miasta otoczonego przez dwa morza – Azowskie i Czarne. Wykorzystując pogodę i słoneczko zatrzymałem się nad Morzem Azowskim by ochłodzić się. Odprawa przejściowa w Porcie skończyła się prawie nad ranem.
Kilka dni upłynęło od zobaczenia tej sceny popowodziowej a wydaję się, że ją wczoraj widziałem. Zostanie napewno w mojej pamięci na zawsze.

Trzeci odcinek wyprawy mam już z głowy. (I-szy był do Nordkapp, II-gi do Uhty). Rosja pozostała w tyle.

Zasyłam Pozdrawienia dla swoich wspaniałych Przyjaciół bez których pożyczki nie dozbierałbym pieniędzy na samochód i nie zacząłbym organizować wyprawę. Pozdrawiam zacnych Patronów i Sponsorów, w tym: GPS-AutoGuard Poland, Dom Volvo, Polski Związek Motorowy, Instytut Transportu Samochodowego, Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Ulicy im. Kazimierza Lisieckiego, Koło Seniorów z Automobilu Polskiego, Gminę Targówek i swoje Centrum Wagabundy.

Podsumowanie:
Od Uhty nad Morze Azowskie dotarłem przez Syktywkar, Kirow, Kazań, Ulianowsk, Samarę, Saratow, Wołgograd, Astrachań, Stawropol, Krasnodar do Kercza już w Ukrainie.
Przejechałem około 14,000 km po drogach od kiepskich do dobrych w tym po rosyjskich – około 10 tys km przez 17 dni. Dzięki pomocy technicznej „Domu Volvo” „Zabawka” jedzie dalej bez problemu. Renta inwalidzka nie starcza mi na benzynę, muszę czekać gdzieś po drodze do wypłaty. – Jędrek

Posted in Europa 2012 | Comments Off

Droga do Uhty

Ostatnie pytanie rosyjskiego konsula w Norwegii brzmiało: kiedy chcę przekroczyć granicę? Wtedy kiedy otrzymam wizę, odpowiedziałem. Z potwierdzeniem opłacenia wizy (120.- USD) odebrałem paszport i zatrzymałem się dopiero na granicy norwesko – rosyjskiej, kilka kilometrów za miastem Kirkenes.
Jak za dawnych czasów odprawa celna trwała długo, tym razem półtorej godziny. Musiałem wypełnić formularze, przejść inspekcję w środku i pod spodem „Zabawki”, odpowiedzieć na kilka niepojętych pytań w cywilizowanym świecie. …Nic się nie zmieniło.
Od środka miasta droga do Murmańska widnieje na drogowskazach po rosyjsku i po angielsku. Nie można przeoczyć. …Ledwo co wyjechałem z terenu przygranicznego rzucił się w oczy wrak samochodu po wypadku sterczący na słupie będący przestrogą dla kierowców. Wyrwy i doły niespodziewanie zwalniały prędkość nie wymagając dodatkowych przepisów ograniczenia szybkości. Dodatkowym ograniczeniem szybkości jest pofalowana szosa wzdłuż i wszeż tak, że wyprzedzające samochody bujają się jak idące kaczki na boki. Czasami asfaltowa nawierzchnia kończyła się bez uprzedzenia znakowego i rozpędem wpadałem w dół podskakując i waląc głową w sufit „Zabawki”.
W drobnym deszczyku pomknąłem dalej na południe w kierunku St. Petersburga szerszą aleją o ruchu dwukierunkowym, tj. ruską magistralą M-18. Będąc W Murmańsku nie było możliwości zwiedzania; deszcz nie przestawał padać. Straciłem kilka godzin szukania odpowiedniego banku by zrealizować walutowe potrzeby.
Zmęczony pogodą dojechałem do Pietrozawodzka. Dojeżdżając do centrum miasta, zatrzymałem się przed przejściem dla pieszych widząc przechodniów szykujących się do przedostania na drugą stronę. Stałem i czekałem aż przejdzie ostani pieszy z pieskiem na smyczy. …Nagle usłyszałem pisk opon i huk, …walnęło coś z tyłu w „Zabawkę”. Wpadła kopnięta aż na pasy, ostatni przechodzień podskoczył do góry ze strachu, ledwo unikając potrącenia. Okulary aż spadły mi z nosa gdziś pod nogi. Wydawało się przez moment groźnie. Skończyło się na strachu i widocznych wklęśnięciach zderzaka i blachy, skrzywionym zamku w kufrze, oberwanej tabliczce rejestracyjnej i pękniętej osłonie świetlnej lewego światła. …Nie wiadomo co pod samochodem się zmieniło. Zajście miało około 15:00, było sucho.
…Ciężarówka miała długie hamowanie i nie wyrobiła się. …Znalazło się kilku świadków od razu. Zadzwonili po policję; …przyjechała po trzech godzinach. W tym czasie nawet jeden Polak Krzyś zgłosił się z gapiów do pomocy. Zrezygnowałem z pomocy przypadkowych pomocników, nie wyglądali mi na poważnych. Wystarczył pan z pieskiem i drugi co przechodził w tym czasie przez pasy. …Przyjechał radiowóz, policjant spisał świadków bez pośpiechu i sporządził protokuł z zajścia wypadku. …Pojechaliśmy po tym wszyscy na policję i tam do I:30 w nocy czekałem na historię wypadku dla ubezpieczenia i poszkodowanego (mnie). Przespałem się w „Zabawce” na policyjnym parkingu by z rana naprawić usterki i pojechać dalej. …No cóż w podróży wszystko jest możliwe. Można też i z podróży nie wrócić do domu. Na wszystko trzeba być przygotowanym. Więc proszę trzymajcie kciuki za powodzenie wyprawy a zostanie zrealizowana jak zawsze.

Odechciało mi się zwiedzania miasta i przyjeziornych terenów. …Jeszcze raz zerknąłem na rosyjską wizę w paszporcie. Jest podana tylko data ważności, bez wyszczególnienia trasy. Więc w skupieniu i napięciu pojechałem dalej na wschód okrążając Onieżskie Jezioro od południa. Pojechałem drugorzędną drogą korzystając z promu w Wytegrze skierowałem się na Kargopol. Po drodze zatrzymałem się na nocleg w góralskim stylu leśniczówce Narodowego Parku Rejonu Archangielskiego. …Żeby nie komary przedłużyłbym odpoczynek.
Wykorzystując słoneczko, pod namową wielu spotkanych ludzi, dałem przekonać się na jazdę przez Wielsk do Archangielska by spowrotem skierować się przez Kołas na drogę do Uhty – mojego krańcowego teoretycznego punktu wyprawy pod Uralem. Przejażdżka do Archangielska była podyktowana więcej ciekawością jak zwiedzeniem. Niczym mnie nie zaskoczyło te miasto, podobnie jak Murmańsk, Nie czuć wielkości i ważności miasta portowego. …Tak znalazłem się w Dwińskiej Zatoce Morza Białego.
Do Uhty jadąc z przeciętną szybkością 40 km na godzinę po piaszczystych, kamienistych i ze starym popękanym z dziurami asfaltem miałem odczucie, że osiągnę cel nie wiedomo kiedy. Dodatkowo dawały się we znaki chłodne dnie i plaga komarów. Ale jechałem. Jednym pocieszeniem były letnie białe noce, które wydłużały dzień. Dwa znaki na drodze wyróżniały się, to: 1.Zakaz wyprzedzania i 2.Wyboista droga. Im dalej na wschód tym miałem odczucie jakby Rosja była tylko drewniana z kiepskimi drogami.
Do Uhty dojechałem wczesnym popołudniem. Myślałem, że to wieś uralska a to duże miasto ze 120 tys mieszkańców z uporządkowanym światłami ruchem ulicznym. Kupiona po drodze bardziej szczegółowa mapa wskazała na jeszcze jedno miasteczko leżące 30 kilometrów dalej na północ – to Sosnogorsk. Jak zwykle z ciekawości pojechałem. Zatrzymałem się w hotelu dla doprowadzenia siebie do jako takiego porządku po podróży.
Przydał mi się dzień relaksu. …Kiedy byłem gotowy do opuszczenia hotelu zagrodził mi jeden gość wyjście. Okazało się, że pani z recepcji zainteresowała się samochodem i zadzwoniła do pobliskiej redakcji. Dziennikarz Denis nie póścił mnie szybko, przeprowadził wywiad.
…Po południu wyjechałem z ostatniego swojego punktu podróży dookoła Europy umytą „Zabawką” i znalazłem się w centrum miasta Uhty – swojego teoretycznie założonego podróżniczego marzenia. Zatrzymałem się spontanicznie w centrum miasta na Placu Lenina z jego pomnikiem. Niespodziewanie wdała się w rozmowę jedna para karmiąca uliczne gołębie, kiedy chciałem zrobić zdjęcie pomnika – wiecznego Boga Rosji. Jeszcze wymiana słów się nie skończyła a podeszli jacyś ludzie z kamerą. To Antoli poinformował swoich znajomych z miejskiej TV pracujących przy tym samym placu. I tak znalazłem się w programie wiadomości TV. Zaproszony zostałem do owiedzin studia TV i w gościnę do Antoliego. Skorzystałem, była okazja uzupełnienia korespondencji. Znajomość przeszła się w przyjaźń. Miałem przewodnika, wikt i opierunek gratis – podobnie jak w moim Centrum Wagabundy.
Z nowymi wrażeniami opóściłem Uhta udając się według planu południem gór Uralu do Samary – miasta ostatniego na południu Uralu, swojej marszruty dookoła Europy po stronie rosyjskiej.

Drugi odcinek wyprawy mam już z głowy. (I-szy był do Nordkapp)
Zasyłam Pozdrawienia z Sosnogorska – miasta najdalej wysuniętego na północno-wschodniej granicy Europy przy górach Ural – swoich wspaniałych Przyjaciół bez których pożyczki nie dozbierałbym pieniędzy na samochód i nie zacząłbym organizować wyprawę. Pozdrawiam zacnych Patronów i Sponsorów, w tym: GPS-AutoGuard Poland, Dom Volvo, Polski Związek Motorowy, Instytut Transportu Samochodowego, Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Ulicy im. Kazimierza Lisieckiego, Koło Seniorów z Automobilu Polskiego, Gminę Targówek i swoje Centrum Wagabundy prosperujące od 1992 roku.

Podsumowanie:
W ciągu 6 dni do Sosnogorska na północy gór Uralu po stronie Europy dojechałem „Zabawką” po opuszczeniu Norwegii przez miasta: Murmańsk, Pietrozawodzk, Wielsk, Archangielsk, Kotłas, Syktywkar, Imwa i Uhta. Przejechałem około 10,000 km po różnej jakości drogach. Dzięki pomocy technicznej „Domu Volvo” „Zabawka” przebrnęła te piekielne drogi w Rosji bez problemu. Renta inwalidzka pomaga mi w zdobywaniu świata.
– Jędrek

Posted in Europa 2012 | Comments Off

Początek podróży w siną dal

Przed wyjazdem z Warszawy wstąpiłem do GPS-AutoGuard Poland na Omulewską by zaprezentować ostatecznie „Zabawkę” (Volvo-460, 1995) w naklejkach, która będzie moim transportem, domem, biurem i hotelem w podróży. Dzięki wyposażeniu w GPS wszyscy zainteresowani będą mogli śledzić na bierząco moją trasę wyprawy. Tym razem GPS Autoguard wyposażył mnie dodatkowo w nawigacyjny system na całej Europie bym nie tracił czasu na wyszukiwanie palcem po mapie punktu docelowego.
O godz. 15:00 kilka chwil minęło podczas pożegnania w przyjaznym „DOMIE VOLVO” na Puławskiej, gdzie „Zabawka” poddana była ostatecznemu doszykowaniu technicznemu w ramach bezpieczeństawa i komfortu jazdy. Całość kosmetyki przekroczyła mój wydatek związany z nabyciem samochodu. Wielkie dzięki im za to. …Kawka Capucino, miła rozmowa, kilka zdjęć przed gmachem biurowym i koponiak Ani na szczęście rozpoczął wojaż po granicach Europy.
Stan licznika w punkcie rozpoczęcia podróży wskazał 243,742 tys km.
Opuszczając Warszawę, rozpadało się na dobre. Bezpieczna jazda zwalniająca tempo podróży przyczyniła się do minięcia wizyt swoich przyjaciół od lat w Poznaniu i Wolfsburgu.
Pierwszym i krótkim odpoczynkiem był Hamburg. Tu w zasadzie obrałem sobie punkt zerowy przecięcia linii okrążającej Europę (stan licznika 244,750). Jak wszystkie drogi prowadzą w Warszawie do Pałacu Kultury tak i w Hamburgu wszystkie drogi prowadzą do dzielnicy St. Pauli. Odwiedziłem egzystujący kościółek polski, który nie pasuje obecnie do charakteru dzielnicy z nocnymi klubami, barami ‘Go-go” i menelami szwendającymi się niemalże przez całą noc. Bazą było miejsce pracy kumpla Mirka w przyulicznym barze na Reeperbahn 122. U niego odpoczywałem i posilałem się smacznymi „hot dogami” zrobionymi na duńską receptę długimi parówkami z suszoną cebulą, majonezem i kwaśnymi ogórkami. Pycha!
W zaparkowanym samochodzie, w dzielnicy mieszkaniowej przespałem się kilka godzin by z rana wyruszyć dalej w drogę. Nie skorzystałem z zaprosin Mirka na nocleg. Nie chciałem przeciągać opóźnionego i tak czasu podróży. Z rana starym zwyczajem pojeździłem po Hamburgu robiąc zdjęcia ciekawych miejsc. Ulice bez trafiku pozwalały na wolną jzadę i obserwowanie zmian budującego się wciąż miasta.

Po lekkim śniadaniu w barze przy stacji benzynowej popędziłem przez Danię w stronę Frederikshaven i dalej promem do Geteborgu w Szwecji. Gdy się zaokrętowałem już nie wychodziłem z samochodu. Padłem na łóżko i przespałem całą 3.5 godzinną drogę.
Do Oslo pojechałem inną drogą, gdyż tę przybrzeżną E6 z Geteborgu znałem z poprzednich podróży. Odwiedziłem przyjaciela z Warszawy – Radka, który osiedlił się w pięknej miejscowości Fagestraun, niedaleko Drobak przed Oslo. W norweskim drewnianym domu musiałem gadać przy objedzie, przygotowanym przez mamę i córkę – żonę Radka. Piękny zwyczaj wspólna kolacja z rodzicami przy świeczkach w niedzielę należy do tradycji rodzinnej. Póżniej był czas wypełniony deserami i napitkami domowej roboty.
Radek wypełnił mój czas przejażdżką do Drobak – małego portowego mini miasteczka, które szczyci się będąc miastem Sw. Mikołaja. Pomiędzy zabytkowymi budynkami znajduje się fabryczka z pamiątkami ze znakiem Sw. Mikołaja, działa tu poczta ze specjalnymi pieczątkami w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Na ulicach wzdłóż ulic zauważa się znaki drogowe z Sw. Mikołajem. W ten sposób Drobak konkuruje z finlandzkim miastem Rowanemi, które znam z odwiedzin podczas okrążania świata motocyklem. Trudno ocenić, które jest ważniejsze dla czczenia tradycji mikołajowej.
Innym ciekawym miejscem jest wybudowanie podwodnego betonowego przejścia dla wszystkich jednostek pływających z łodziami podwodnymi włącznie. Żeby wpłynąć przez fiord do brzegu portowego jednostki pływające muszą kożystać z podanej locji przez kapitanat portowy bo na wodzie nie ma żadnej ostrzegawczej boi. Taką zaporę Norwegia wykorzystała w II wojnie światowej, kiedy okręt niemiecki wojenny zatonął z powodu nieprzestrzegania z zasad manewrowania płynąc w kierunku Oslo.
Odwiedziłem też starych weteranów wojennych – Jerzego Jankowskiego i Bogdana Kubasa, którzy piastują pozycje prezesów w organizacjach kombatanckich i innych polonijnych.
Wypoczęty, pojechałem na zachód kraju drogą E18 by brzegiem fiordowych wcięć lądu udać się w stronę Nordkapp – mekki wszystkich podróżników udających się na pólnoc Norwegii.

Posted in Europa 2012 | Comments Off

Wyprawa Dookoła Europy

Samochodem „Volvo – 460” osobowym

w okresie: czerwiec – wrzesień 2012

15 czerwca 2012 – do przejechania około 30/35 tys km przez 23 kraje.

Wyruszenie, piątek, dnia 15.06.2012 roku o godz 11:00

Główny start – 11:00 , Ratusz Gminy Targówek

TRASA: I ETAP START z WARSZAWY (na zachód) przez Niemcy,
Hamburg (na północ) – Dania, Alberg, Szwecja, Norwegia do North Cupe.
II ETAP Dalej (na południe) – Finlandia, Rosja przez Murmańsk, Kargopol, Archangelsk, Petrozawodsk w stronę gór Ural do Perm.
III ETAP Dalej (wzdłuż gór na południe) przez Ufa, na Krym w Ukrainie, wzdłuż Czarnego Morza przez Rumunię, Bułgarię do Turcji, Istanbuł .
IV ETAP Dalej (na północ) przy Adriatyku przez: Grecję, Albanię, Serbię, Bośnię, Kroatję, Słowenię do Włoch, Wenecja. Po stronie Adriatyku przez Bari, Messina, Rzym, Monaco, Francję, Marsylię, przez Pireneje do Hiszpanii. Po stronie Morza Śródziemego (na południe) przez Barcelonę do Gibraltaru.
V ETAP Dalej po stronie Atlantyku (na północ) do Portugalii. Przez Lizbonę, Cape Finisterre, Francja do Anglii.
VI ETAP Spowrotem z Londynu pociągiem „Eurostar” pod Kanałem La Manche do Belgii i przez Holandię, Niemcy, Gdańsk, WARSZAWA!

* * *
Podróż Dookoła Europy („8-3”) przez około 23 krajów jest jedną z ogniw cyklu samotnej podróży dookoła świata rozpoczętej w 2008 roku przez „Jędrka” – ANDRZEJA SOCHACKIEGO, mającego na koncie siedem wokółświatowych podróży różnymi środkami transportowymi, różną drogą.
GPS AutoGuard S.A. Poland i „Dom Volva” będzie towarzyszył przez cały czas wyprawy, jak zwykle, odznaczając progresywnie w internecie punkty nakreślonej trasy.

( Przygotowała firma GPS AutoGuard )

Warszawa, dnia 13 kwietnia 2012 roku

Posted in Europa 2012 | Comments Off

Szykowanie „Zabawki 3” (Volvo-460)

Po obiecankach cacankach użyczenia samochodu od dealerów VW-gena i Skody na odbycie podróży dookoła Europy zostałem w Polsce po wylądowaniu bez pojazdu.
Przyszła mi z pomocą pewna nieznana niewiasta, którą poznałem w Londynie podczas czekania na połączenie tranzytowe. Pożyczyła mi 3 tys zł na szczęście bym nie wycofał planu odbycia podróży. Dopożyczyłem od przyjaciół resztę i kupiłem stare Volvo wyglądające na oko całkiem całkiem odpowiednim samochodem na moją europejską escapadę.

Sobota, 26 maja.
W słoneczny dzień pojechałem na „ręczną myjkę” i zrobiłem dokładniejsze oględziny nowego nabytku nadając mu imię „Zabawka-3”. 17-letni samochód Volvo-460 z 240 tysiącami przejechanych kilometrów, koloru ciemnozielonego, wymagający nieco prac kosmetycznych będzie moim stalowym przyjacielem przez następnych kilka miesięcy z dala od domu w nieznanym mi świecie.
Wymienione zostało to, co mechanik zaproponował: olej silnikowy, klocki hamulcowe, paski klinowe, dopełnniłem inne płyny, zmieniłem opony, zainstalowałem łóżko z boku siedzenia kierowcy. Przerejstrowałem na swoje nazwisko i przedłużyłem ubezpieczenie. Całość przyszykowania „Zabawki” kosztowała mnie około 8 tys zł. (1 USD = 3.35 zł)
Po kilku dniach jazdy nie stwierdziłem większych usterek. …Ale to nie wszystko.

Miła niespodzianka
Żeby być pwnym pojazdu w drodze miałem w planie sprawdzenie ostateczne u jakiegoś autoryzowanego dealera Volva. …Tak trafiłem pod adres „Volvo – Polska” na ulicę Puławską w Warszawie. Chciałem wiedzieć w jakiej kondycji znajduje się mój nabytek.
Tam podzieliłem się ideą przejechania Europy i promowania w świecie 17 letniego samochodu u dealera „Dom Volvo” z zastępcą dyrektora – Wójcikiem Łukaszem. Z upływem czasu poczułem zainteresowanie moim przedsięwzięciem. Sprawa nabrała rumieńców. Na drugi dzień usłyszałem decyzję: „Pomożemy, żeby ta samotna podróż przebiegła bez przykrych niespodzianek. Proszę podstawić samochód do przeglądu technicznego”. Wyznaczono do pomocy Annę Jaworską z marketingu i Adama Radzika z serwisu technicznego. W opiece takiego zespołu poczułem się jakbym był ich przedstawicielem, których nie sposób zawieść. …Nie wiedziałem czy śmiać się, czy płakać z takiego obrotu sprawy. Tego się nie spodziewałem. Pomyślałem sobie, że są jeszcze osoby, które znają się na aspekcie mojej podróży i jej trudności odbywania w pojedynkę. Będę pewniej i szybciej przemieszczał się po bezdrożach Europy. W ten sposób stałem się po części lojalny tej firmie. Wymowne loga „Volvo” przystroiły „Zabawkę nr 3.

Dzięki uprzejmości dyrekcji gminy Targówek której jestem mieszkańcem od urodzenia i opieki rzecznika prasowego Rafała Lasoty odbyła się 15 czerwca 2012 roku pożegnalna konferencja prasowa przed ostatecznym wyruszeniem w podróż. Padło sporo stereotypowych pytań jak zwykle, kiedy znajdują się młodzi dziennikarze.

Szczęśliwy jak zawsze, wyjechałem z domu na Targówku w siną dal na kilka miesięcy. Po drodze wstąpiłem do „Domu Volvo” by od tego miejsca odliczać przejechane kilometry.

– Jędrek

Posted in Europa 2012 | Comments Off