DOOKOŁA WIELKIEJ BRYTANII

O 11:00 czasu miejscowego wg grafiku odprawy podróż promem trwała dwie i pół godziny. Siedziałem na poczekalni do późnej nocy i korzystałem z WiFi terminalowego. Poznałem kierowców Tirów, którzy czekali z ładunkiem na ten sam prom. Jeden z nich Węgier – Józef znał wszystkie zakamarki i oprowadził mnie po terminalu. W ten sposób skorzystałem z prysznicu i ogolony poszedłem do „Zabawki”, która czekała na parkingu „Ferry Car Terminal”. Spało mi się z przerwami, chłód nie pozwolił się wyspać. W pobliskim M’c Donalds zjadłem śniadanie i o 10:30 stanąłem w linii czekającej na odprawę celną. Samochód rzucał się w oczy swoimi nalepkami i Francuzi nie przepuścili dalej bez wiskania i dodatkowych pytań. Po kilkunastu minutach postoju na boku pojechałem w stronę czekającego promu „Brittany Ferries – Cherbourg II” do Poole.
Po stronie angielskiej przy wyjeździe z promu w kierunku centrum miasta znów dodatkowy i nie potrzebny postój. Tu Anglicy bawili się we Francuzów i wzieli się za kontrol w środku „Zabawki”. …Wyciągnąłem paszport amerykański i powiedziałem, że to moje wszystkie prywatne rzeczy z prośbą o szacunek dla nich. Celnik Anglik przyznał się, że jego dziadek był Polakiem i jest dumny z tego. Gdy powiedziałem, że dziedek napewno by taką robotą by się brzydził. On, spoważniał na minie jakby coś go zabolało i przerwał wiskanie samochodu. Ba, nawet zaczął poprawiać po sobie bałagan. Wytłumaczył mi jak mam wyjechać z portu najkrutszą drogą i pojechać dalej wzdłuż brzegu na zachód wyspy.
Okrążając Europę po jej obrzeżach popędziłem na zachód w stronę „Lend’s End”. Jest to część angielskiego lądu wysuniętego w kraju najdalej na zachód. Jak przywykłem do poznawania krańcowych kawałków ziemi w Europie mam porównanie co do zagospodarowania tych cypelków atrakcyjnych dla podróżników i turystów. Po części opisuję niektóre w swoich sprawozdaniach.
Jechałem do późnego wieczoru. Tego dnia nie dało się uwiecznić widoku na z djęciu z powodu szybko zapadającej ciemności. Spóźniłem się nieco na obejżenie zachodu słońca zatapiającego się w oceanie. Po odpoczynku w kawiarence hotelowej zjechałem na polanę i uciołem sobie dżemkę do rana. …Popatrzyłem sobie jeszcze na zajączki, które wyszły na spacer i baraszkowały sobie nie zwracając uwagi na „Zabawkę”, tak jakby jej nie było. Uchyliłem dżwi, nie uciekły a raczej przybliżyły się bliżej z ciekawości i ostrożnie patrzyły w moją stronę. Widoczne były w świetle lamp wokół nabrzeża. Rzuciłem kromkę chleba i pa, do jutra.
Cypelek jak inne ale innaczej zagospodarowany. Ciężko o wolny kawałek ziemi na budowlę. Wszystko zajęte, dużo biznesów działa, w tym sklepy, kina place do zabaw dla dzieci przyciągają turystów z daleka i bliska. Spało się dobrze ale krótko, gdyż stróż obudził mnie pukaniem do okna oznajmiając, że to nie parking.
Jadąc dalej na północ przez Wales drogi ciągnęły się często przez zielone tunele z rozłożystych drzew i wpadały w Atlantic Higway. Po drodze zaczepiłem o cypelek „St. David Head”. Spodziewałem się jakigoś zagospodarowanego miejsca a zastałem kawałek płaskiego brzegu z plażą porośniętą trawą z kilkoma łódkami i zaparkowanymi samochodami. Okazało się, że są rafy koralowe i świetne miejsce do nurkowania.
Jechałem dalej na północ z przerywającą pracą silnika wypatrując po drodze jakiś mechaniczny warsztat. I tak zajechałem do portu w Heysham by zrealizować swoje następne marzenie, to zwiedzenie wyspy Man, leżącej na Irlandzkim Morzu między Anglią i Irlandią. Gdy dowiedziałem się, że prom odchodzi o 4:00 rano, nie opuszczałem okolic portowych i wieczór spędziłem w Pubie i w poczekalni portowej. W między czasie jeden przypadkowy biker powiedział, że pomoże postawić diagnozę złej pracy silnika, więc podniosłem maskę i wszystko dotknął i poruszał. Nawet znalazł pokrywkę olejową z silnika zawieszoną za przewodami świec na boku silnika. Dzięki mu za to, zaoszczędził kupno nowej.
Ranek, ulewny deszcz, prom dobił do kei w Douglas – stolicy Isla de Man. Panorama domów jak pałacyków na skarpie okrężających zatokę portu wyczuwało się innych duch jakiś starodawny. Widok podobny do brzegów Malty. Nie było wycieczek zorganizowanych. Wykupiłem całodzienny autobusowy bilet i udałem się piętrowcem do dawnych stolic: – Castltown i Peel, które ozdabiały stare zamki. W Castltown – stolicy południowej zamek był twierdzą, więzieniem jak i domem odwiedzin człopnków rodziny królewskiej. Zamek w Peel – stolicy północnej był siedzibą administracyjną wyspy. Man – mała wysepka ma swoje godło, flagę, monety, konstytucję i rząd. Jest pod skrzydłami Anglii wchodząc w skład Wspólnoty Brytyjskiej (United Kingdom).
Zadowolony, że marzenie od lat spełnione wróciłem ostatnim promem na ląd angielski. Noc dospałem w „Zabawce”, która czekała na parkingu. Szukałem warsztatu samochodowego. W okolicach Liverpoolu na poziomie Lancastar wypatrzyłem warsztat i aby silnik był sprawny kazano mi poczekać do poniedziałku. I tak pod bramą warsztatu „MOT” spędziłem czas w deszczową i chłodną noc by być pierwszym klijentem na drugi dzień. Po oględzinach Chris – szef warsztatu, zarządał 150 funtów za naprawę. Nie miałem wyjścia. Czekała mnie droga na wyspę irlandzką, którą chciałem okrążyć bez kłopotu.
Wyrobiłem się na prom „P&O” jeszcze tego samego dnia. Po zapłaceniu w jedną stronę suneliśmy przez dwie godziny po wzburzonym morzu wodolotem bujającym się łagodnie na boki do Larne – portu w Północnej Irlandii. Zdecydowałem okrążyć wyspę od północy w lewą stronę aby odkręcić szyję w drugą stronę dla równowagi. Deszczowa pogoda zwolniła jazdę po drogach podobnych w Anglii. W drugim dniu jazdy zobaczyłem znak 100 km / godz. To oznajmiało, że wjechałem na teren Irlandii kraju z innym system miar. Od tej pory nie muszę przeliczać mil na kilometry i mogłem precyzyjniej określać sobie jazdę na czas. Zaopatrzyłem się w mapę i jechałem wokół następnego kraju.
Gdy zatrzymałem się na stacji benzynowej w okolicy Cork podszedł do mnie Mariusz i zaproponował pomoc. Tak znalazłem się w gościnie w jego domu. Kilka dni upłynęło na pisaniu, zwiedzaniu i spotkaniach z niektórymi osobami z Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego „MyCork”. Dodam, że w Cork mieszka kilkanaście tys Polaków z honorowym konsulatem włącznie. Są polskie sklepy, usługowe miejsca, lekarze. …U Mariusza i Iwony czułem się jak w rodzinie mając swój pokój do dyspozycji. Mariusz – sędzia i trener polonijnego klubu piłkarskiego „Polish Eagles” doprowadził drużynę w 2012 roku do zwycięstwa pucharu przechodniego „Division One” w irlanckiej lidze.
Wstąpiłem po drodze na północ do Dublina – stolicy Irlandii by wysłać meila do dziennikarzy, zadzwonić do rodziny i dowiedzić się adresu jakiegoś stowarzyszenia poloninjnego. Młody konsul nie zrozumiał moich potrzeb. Byłem jego postawą rozczarowany. Bywa, że młodzi pracownicy państwowi nie rozumieją aspektów podróży, nie mają porównania bez praktyki, pracują wg prawideł im narzuconym. Zrobiłem rundę miastoznawczą po stolicy i utrwaliłem ciekawe widoki w aparacie.
Dzień jazdy i znalazłem się w Belfaście – stolicy Północnej Irlandii, wchodzącej w skład Zjednoczonego Królestwa. Tam otoczony byłem troską przez irlancką rodzinę spotkaną na Jersey. Dzięki niej zwiedzenie, załatwianie różnych spraw miałem z głowy. Wycieczka po mieście uwieczniona została obrazkami z portu w którym budowano Titanika, z dzielnicy niezgody pomiędzy protestantami i katolikami, nowej promenady nad zatoką portową z plenarnymi rzeźbami i modelami.
Z Belfast promem udałem się na brzeg Szkocji i pojechałem zachodnią stroną przełęczmi pomiędzy górami nad rzeką na północ by nacieszyć się widokiem dzikiej przyrody górskiej wyłaniającej się z chmur i mgły. Raj dla wędrowników i rybaków. Przejeżdżając przez Glasgow zaczepiła mnie miejska TV by przeprowadzić krótki wywiad przed budynkiem parlamentu szkockiego. Nie przeszkodził w nagraniu programu padający bez ustanku deszcz. Okrążyłem Szkocję od północy po drogach z widokiem na morze. Wracając wschodnim wybrzeżem w stronę Edynburga wstąpiłem do Stone Haven gdzie poznałem Maćka i Przemka, który z talentem malowania systemem „Airbrush” zadziwiał wszystkich. Obiecane mam wymalowanie samochodu w przyszłorocznej wyprawie dookoła Afryki.
W drodze do Londynu gdzie oczekiwał mnie Jerzy Knabe – komandor Polish Yaht Clubu wstąpiłem z pewnym poleceniem odbycia rozmowy do Luton, do PR i Marketingu „Vauxhalla”. Po rozmowie otrzymałem nadzieję na możliwe urzyczenie samochodu na odbycie podróży dookoła Afryki. Z nadzieją wyjechałem na południe do Jurka u którego zastałem korespondenta z PAP-u, mieszkającego w Londynie. Po rezerwacji biletu na prom z Denwer do francuskiego wybrzeża zwiedziłem po krótce Londyn, tam gdzie jeszcze nie byłem w towarzystwie Jurka.

Pozdrawiam Wszystkich z Londynu!
– Jędrek
P.S. Siódmy odcinek wyprawy z głowy. (I-szy był do Nordkapp, II-gi do Uhty, III-ci Do Istambułu, IV-ty wokół Adriatyku, V-ty Od Sycylii do Gibraltaru, VI-ty Zachodem Europy, VII-y Dookoła Wielkiej Brytanii). Pozdrawienia dla Przyjaciół, Patronów i Sponsorów i Sympatyków dalekich podróży.

Troszkę statystyki:
Minęło 97 dni wakacyjnej podróży okrążającej Europę. Przejechałem około 37,625 km od startu spod „Domu Volvo” w Warszawie. Sędziwa „Zabawka” (Volvo-460) po remoncie ciągnie do przodu jak traktorek, Przejechane kraje to: Niemcy, Dania, Szwecja, Norwegia, Rosja, Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Grecja, Albania (135), Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Croesia, Chorwacja, Słowenia, Włochy w tym Sycylia, San Marino, Watykan, Monaco, Francja, Hiszpania, Gibraltar, Portugalia, Jersey (136), Anglia, Wales (137), Man (138), Północna Irlandia (139), Irlandia, Szkocja (140).

Posted in Europa 2012 | Comments Off on DOOKOŁA WIELKIEJ BRYTANII

ZACHODEM EUROPY

Z Gibraltaru jechałem według nakreślonego planu wyprawy – brzegami Atlantyku Europy Zachodniej w stronę Wielkiej Brytanii. Po kilku godzinach jazdy zabawiłem dłużej w Hiszpanii, Puerto Santa Maria u starego przyjaciela sprzed lat, dealera „Harley-Davidson”, kiedy jechałem dookoła świata „Adamem” – Sportsterem 883. …Poznaliśmy się od razu mimo 15 lat przerwy. Dusze podróżnicze nie zmieniają się.
W okolicy Lizbony zboczyłem w stronę Atlantyku do „Cabo da Roca” – miejsca najbardziej wysuniętego na zachód w Europie. Wyjechałem z pamiątkowym dyplomem. Jadąc szosą uważać trzeba było na elektroniczne rejestrowanie szybkości. Stacje benzynowe rozmieszczone daleko jedna od drugiej dodawały strachu przed kończącym się paliwem w baku. (Na wszelki wypadek wiozę dwa litry zapasowego paliwa, które jeszcze nie wykorzystałem). Zauważyłem, że ludzie zakładają odblaskowe kamizelki gdy znajdują się na szosie. Jest to obowiązkowy przepis. W Portugalii powstało dużo autostrad płatnych kosztem starych dróg. Trudno znaleźć drogi wolne od płatnych bramek.
Dotarłem do Fatimy. Pielgrzymów mrowie. Na specjalnym chodniku przed frontem katedry dużo osób sunęło na klęczkach modląc się gorliwie. Zaparkowałem „Zabawkę” na chodniku przed wejściem na plac. Gdy wróciłem policjant stał i czekał na mnie. Po pouczeniu o parkowaniu rozstaliśmy się na wesoło. Kiedyś można było zaparkować pojazd niedaleko klasztoru, dziś przemysł hotelowy i gastronomiczny otoczył miejsce święte ze wszystkich stron. Parkingi są wyznaczone daleko od miejsca sakralnego.
Z Portugalii wjechałem spowrotem w Hiszpanię i dotarłem do „Santiago de Compostela”, leżącego na drodze wyprawy. Ta monstrualna katedra położona na wzgórzu miasta widoczna jest z daleka. Do zwiedzenia potrzeba pół dnia. Wokoło słychać różne języki pielgrzymów. Zmęczeni odpoczywają na placu, śpią, kontenplują. Wszyscy czują się swojsko.
Podczas zatrzymania się na stacji benzynowej zauważyłem szlaban przy wyjeździe. Dobry zwyczaj nie podeżdżania pod prąd ruchu do pompy. Przy wyjeżdzie ze stacji szlaban podnosi się automatycznie.
…Przejeżdżam przez dużo miast z antycznymi budowlami. Zwalniało to tempo podróżowania i zachęcało do zatrzymania się. Przed opuszczeniem Hiszpanii zrobiłem większe zakupy opłacalne lepiej ekonomicznie.
Plan podróży zaprowadził mnie do sakralnego miejsca od przeszło 150 lat, którym jest Lourdes. Słynna katedra znajduje się w kotlinie górskiej nad rzeką. Nie widać jej z daleka. Zszedłem na dół kotliny i oczom nie wierzyłem. Wydająca się mała otworzyła mi oczy szeroko. Żeby objąć na zdjęciu cały front musiałem kikadziesiąt metrów cofnąć się do tyłu. Przy grocie objawień znajdują się krany doprowadzające wodę ze źródła wiecznie czynnego. Setki inwalidów widać wokoło, kalecy na wózkach w asyście sióstr szpitalnych twożą kilkudziesięciometrowy wąż.. Widziałem radość w oczach tych nieszczęśliwych ludzi po powrocie spod groty. Musi w tym coś być, gdyż radość pomaga w zapomnieniu ułomności. Oni poczuli się zdrowsi na ciele i duszy.
Szczęśliwy, że sanktuarium marzeń mam z głowy powoli opuściłem plac i wspiąłem się schodkami na górę gdzie czekała na mnie „Zabawka”.
Jadąc dalej zaczęły piszczyć hamulce z przodu. Zmuszony byłem zatrzymać się w warsztacie naprawczym. W planie miałem wskoczenie na koniec półwyspu Swiętego Mateusza znajdującego się około dwóch godzin jazdy od miasta Brest. Zajechałem z dziwnym przerywaniem silnika podczas jazdy.
Poświęciłem czas na zwiedzenie mini muzeum na samym końcu lądu. Mieszkańcy oddali hołd poległym w obronie swoim sąsiadom z La Concuet i ozdobili ściany zdjęciami poległych bohaterów. Znajdował się pomnik „St-Mathie” (Świętego Mateusza) patrona tego miejsca. Dawniejszy fort wykorzystany jest militarnie do obserwacji wybrzeża na Oceanie.
Wracając na drogę zauważyłem, że nie polepszyło się nic w pracy silnika. Zatrzymałem się u mechanika jednego, drugiego i trzeciego – wszyscy tłumaczyli się, że takich samochodów starych się nie dotykają. Zmuszony byłem zboczyć z drogi około 100 km i zajechać do autoryzowanego dealera Volvo w Rennies. Żeby było szybciej wziąłem autostradę. Dobrze, że krótka droga. Autostrady we Francji są jedne z najdroższych. U dealera jak wszędzie bez pośpiechu, wzieli „Zabawkę” na przegląd i jazdę. Wywnioskowali, że nie mogą pomóc bo nie mają części na stanie. Na to ja – mogę poczekać, niech zamówią. Oni – takiej części nie ma w całej Francji do starego samochodu jakim jest „Zabawka”. Powiedzieli, że usterka nie jest groźna i mogę jechać.
Od tego momentu jechałem wolniej pod wrażeniem, że może być gorzej w każdej chwili. Ciekawymi widokami w miasteczkach były fortyfikacje i kamieniste twierdze podniszczałe przez czas.
Zajechałem do portu Saint-Malo by popłynąć na wyspę Jersey, będącą w marzeniach od dziesięcioleci. Zostawiłem samochód na parkingu i wodolotem katamaranem „Conder ferries” w 45 minut dobiłem ślizgiem do brzegu wyspy oddalonej od Francji około 60 km.
Jersey
Poniedziałek, 3 września, 7:30. Pierwsze kroki w stolicy Jersey – Saint-Heiler skierowałem do turystycznej informacji po plan miasta. Zabawiłem się w turystę i już po 8:00 miałem wykupioną turę objazdową autokarem wycieczkowym po wyspie. Centrum miasta ozdabia pomnik ludzi z flagą unoszoną na znak wolności. Jest to główne miejsce służące do orientacji dla przybyłych turystów i do spotkań.
Lewostronnym ruchem w ciągu dnia okrążyłem całą wyspę z przewodnikiem a zarazem kierowcą. Niezapomniane wrażenia z wyrabiania się po wąskich dróżkach bez mijanek wielkim autobusem gdzie nie ma miejsca na pieszego czy rowerzystę. Ruch kołowy ograniczony – 30 mil / godz.
Przewodnik przedstawił w skrócie historię kraju z tysiącletnią tradycją i opisywał miejsca mu znane na trasie. Wypielęgnowane ogrody milionerów były wizytówką porządku. Budowli klkusetletnich z granitu mijałem całą masę. Wszędzie blisko, całą wyspę objechałem w kilka godzin, Zatrzymywaliśmy się na fotografowanie ciekawych miejsc. Kraj z kilkudziesięcioma tysiącami mieszkańców zagospodarowany jest prawie w każdym calu. Często kawiarenki urzędowały na skrawkach zagrodzonej jezdni.
Wyspa od przeszło 800 stuleci jest pod angielską opieką. Kraj ten ze swoją konstytucją, rządem, flagą i walutą zalicza się do grupy wchodzących w skład „Commweaith Countries”. Wyspę ubezpiecza Anglia.
Podczas II w.ś. okupowana była kilka lat przez Niemców co świadczą pozostałości bunkrowe i tunele podziemne, dziś dostępne do zwiedzania. Obecnie cieszy się ze wszystkimi mieszkańcami ze swej niezależności i z wizytujących turystów pomagających w nakręcaniu przemysłu turystycznego.
Przewodnik wycieczki poznał mnie z jednym Polakiem podczas przystanku objadowego. Mirek, 62 letni technik budowlany nie miał czasu porozmawiać dłużej na zapleczu kuchni. Podporządkowany był rygorom tam panującym i nie chciał podpaść bo w Polsce miał rodzinę, której trzeba pomóc. Dowiedziałem się, że pracuje tam pare tysięcy Polaków wyjechawszy z kraju za chlebem, jest też polski honorowy konsulat. Ziomkowie (duży procent inżynierów) pracują przeważnie przy budowie, w hotelach i restauracjach, gdzie się da. …Smutek wielki.
Szczęśliwy, że zwiedziłem kanałową wyspę wróciłem spowrotem do St-Malo tą samą drogą. Dalej jechałem „Zabawką” ciągle pamiętając o mechaniku. Po dniu jazdy brzegiem kanału La Manche dobrnąłem wieczorem do następnego portu – Cherburga z którego odbijają promy do Poole w Anglii. Dowiedziałem się, że prom odpływa w następnym dniu o 11:30 i są jeszcze miejsca. Po przekalkulowaniu zarezerwowałem miejsce. Zrezygnowałem z jazdy do Calais ze względu pogarszającego się stanu technicznego „Zabawki”. Może w Anglii doprowadzę „Zabawkę” do sprawności.

Pozdrawienia z Cherburga!
– Jędrek
P.S.
Szósty odcinek wyprawy z głowy. (I-szy był do Nordkapp, II-gi do Uhty, III-ci Do Istambułu, IV-ty wokół Adriatyku, V-ty Od Sycylii do Gibraltaru, VI-ty Zachodem Europy). Pozdrawienia dla wszystkich Przyjaciół, Patronów, Sponsorów i Sympatyków dalekich podróży.

Troszkę statystyki:
Minęło 80 dni wakacyjnej podróży okrężającej Europę. Przejechałem około 34,625 km od startu spod „Domu Volvo” w Warszawie. Sędziwa „Zabawka” (Volvo-460, 1995) wymaga remontu, Przejechane kraje to: Niemcy, Dania, Szwecja, Norwegia, Rosja, Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Grecja, Albania, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Słowenia, Włochy, w tym San Marino, Sycylia, Watykan, Monaco, Francja, Hiszpania, Gibraltar i Jersey..

Posted in Europa 2012 | Comments Off on ZACHODEM EUROPY

SZPITALNA PRZYGODA

Tak to w podróżowaniu bywa, że nagłe wypadki przychodzą niespodziwanie. Zawsze podróżnik planuje wyskok w świat bezchorobowo. Zabranie z sobą medykamentów to na wszelki wypadek. Zawsze spowrotem przywoziłem z sobą apteczkę pierwszej pomocy nienaruszoną. Musiałem wyrzucać przestarzałe pastylki, płyny czy maście. Gorzej by było gdyby zaszła konieczność użycia i byłoby ich brak. Woziłem z sobą profilaktycznie, czasami przeszkadzało mi to, zabierało miejsce w ekwipunku. Ale gdzie szukać jak potrzeba w drodze farmaceutycznego środka nie znając jego nazwy. Lekarza czasami też trudno znaleźć na czas.

Jechało mi się ciężko, bo w kurzy, brzęku i powoli, lecz wspaniale, do przodu, pokonując wyboistą powierzchnię przez połowę zaplanowanej trasy, tam gdzie miasto od miasta, w rejonie gór Ural, leżało setki kilometrów a nie mówiąc o jakimś szpitalu po drodze w razie potrzeby. Szukanie w nieznanym terenie, to dopiero przygoda. Nie wszystko można zaplanować a szczególnie chorobę. Do sześćdziesiątego roku życia nie potrzebowałem lekarza. …Kiedyś, podczas spotkonia prasowego jedna znana mi już z wielu poprzednich spotkań dziennikarka zapytała wprost: panie Andrzeju niech mi pan powie daczego pan tak często i daleko podróże? …Pani Teresko, bo ja nie choruję. Na to ona po chwili: …no właśnie!? Tylko tyle od niej usłyszałem. A jak wymownie to zabrzmiało, że aż w duchu żal mi jej się zrobił. Zrozumiałem wtedy, że zdrowie dla człowieka jest najważniejszym powodem do radości. Ja nie dostrzegałem tego, myślałem, że zdrowie do lat starszych każdy ma, tylko mu brakuje do podróżowania chęci, odwagi lub predyspozycji. Przejściowe bolączki w podróży szybko się zapomina.
Według starego powiedzenia” „Przyjdzie kryska na Matyska” dla twardziela. Tak się stało tym razem w mojej podróży. Jechałem sobie wygodnie czasami bez robienia przerw na gimnastykę. Tak zleciało przeszło 22 tys km, aż niespodziewanie opuszczając Sycylię poczułem ból w lewej nodze a dosłownie w łydce. Pomyślałem sobie, że na Etnie dużo łaziłem i odbiło się na kondycji. Jadąc, oglądając mijające i niepowtarzające się ciekawe widoki, zapominałem o dyskomforcie fizycznym. Z dnia na dzień noga zaczęła pobolewać, tak jak by była przeforsowana. Wziąłem profilaktycznie pastylki na cholesterol, gdyż ostatnio zajadałem się kanapkami mięsnymi z żółtym serem. Może się zaczął osiadać w żyłach zmniejszając światło przepływu krwi. Na trasie takie kanapki były najbardziej dostępne w stacjach postojowych.
Zbytnio się tym nie przejmowałem, gdyż nie raz po dłuższym etapie musiałem poruszać się dłużej by kondycja wróciła do normy. Tym razem po kąpieli morskiej na Sysylii coś z łydką było inaczej, trochę wydawała się twardsza i trochę rosła w obwodzie. Po następnych dniach nie zauważyłem poprawy. …Aby do Rzymu, pomyślałem, tam zatrzymam się na dłużej i zajmę się naprawą osobistej ustrki.

Był piątek, 17 sierpnia 2012, 54-ty dzień podróży – kiedy wjechałem do Rzymu od strony Watykanu z samego rana i zatrzymałem się w okolicy Placu św. Piotra na jednej z uliczek. A, że było jeszcze wcześnie (8:30) zaparkowałem bez problemu tuż za budowlą z figurami okrążającą plac w uliczce równoległej do głównej – Via della Conzilacione. Wszystko zmienia się na świecie piorunująco i w Rzymie też. Po śmierci Jana Pawła II polskie miejsca informacyjne znikneły, nic nie znalazłem funkcjonującego sprzed laty. Zastanawiałem się co zrobić, od czego zacząć. Wszystko było jeszcze pozamykane. W planie miałem spotkanie ze starym przyjacielem o. jezuitem – Kazimierzem Przydatkiem, znanym mi od czasów prywatnej audiencji na dziedzińcu papieskim kiedy jechałem VW-Pryszczem dookoła świata, od niego chciałem zacząć wędrówkę po Rzymie, odwiedzić stare znajome polonijne miejsca.
Gdzie go spotkać, w starym miejscu już nie pracował. Z pomocą przyszli mi oo.Jezuici udostępniając jego telefon. Zadzwoniłem. Ojciec Kazimierz ucieszył się jak ja, że się spotkamy, Ale powiedziałem mu, że zadzwonię jeszcze raz, chciałem spotkać się z lekarzem i dowiedzieć się co dzieje się z nogą.
Żeby nie tracić poszedłem na pogotowie ratunkowe (Pronto Soccorso) w watykańskim szpitalu „Santo Spirito” przy ul. Lungotevere in Sassia.
…Co za miłe podejście, pielęgniarek na recepcji, widząc moje zaniepokojenie wzięły szybko sprawę w swoje ręce. Po chwili znalazłem się w pokoju przejściowym. Pani doktor orzekła – trzeba zostać w szpitalu i zbadać szczegółowo przyczynę puchnięcia, gdyż może być problem z krążeniem krwi w nodze.
…Podsunęła mi skierowanie do podpisania. …Ale co miałem zrobić kiedy samochód stoi na ulicy bez żadnej ochrony, o tak sobie przy chodniku, niezabezpieczony. Dała mi kwadrans na załatwienie spraw z parkowaniem. Pobiegłem szybko do samochodu, rozglądałem się za policją, gorączka z nieba wypędzała wszystkich w cień. …Jechał samochód policyjny, to karabinierzy. Mówię o swoim problemie, czy może stać dłużej w tym miejscu. Nie mają żadnego sprzeciwu, nikomu nie przeszkadza, ale od decyzji są władze miejskie. Zauważyłem wóz policji municypalnej (miejskiej), podbiegłem i powtarzam problem. Oni na to: dziś jest OK ale jutro jest nowy dzień i nie wiedzą co będzie… To tyle co mogłem załatwić.
Zdecydowałem zostawić go „na pastwę losu”, nie miałem wyjścia, musiałem zaryzykować, zdrowie ważnniejsze. …Umieściłem kopię skierowania do szpitala z przodu za szybą, wziąłem dokumenty, pozamykałem drzwi i wróciłem na pogotowie. Pani doktor czekała cierpliwie. Kiedy stanąłem w drzwiach zasapany, wskazała mi wózek. …Jedna z pielęgniarek zawiozła mnie do laboratorium na zbadanie ultrasądowe przepływu krwi w nodze i na rutynowe kardiologiczne badanie, po tym jeszcze prześwietlenie klatki piersiowej i …na salę chorych. Zaproponowała mi łóżko pod oknem, jak lubię miejsce to żebym sobie odpoczął i poczekał na lekarza. Odpowiadało mi to miejsce, powietrza było pod dostatkiem. W między czasie zabandażowano chorą nogę aż po pachwinę żeby nie puchła więcej, pobrano mi krew i wstawiono przewód w żyłę prawej ręki w razie potrzeby na „dokarmienie”. …Od tego czasu nie spieszyli się, ja leżałem i czekałem podniecony „co będzie dalej”. Tak upłynęło kilka godzin i nikt z personelu lekarskiego się nie zjawiał.
Przed kolacją, po oględzinach i sprawdzeniu wyników lekarz dyżurny powiedział, że muszę zostać kilka dni pod opieką, bo sprawa jest poważna, jedna żyła w nodze jest zablokowana w pewnym miejscu i trzeba odblokować by nie doszło do zawału serca; a to zajmie trochę czasu,. Nie miałem wyjścia, musiałem być posłuszny co do werdyktu. …Nie sprecyzował ile dni to zajmie.
Do nocy sala zapełniła się, razem nas chorych w różnym wieku, każdy na co innego, było pięciu. Do północy pielęgniarki nie dały zasnąć. Co jakiś czas jakieś sprawdziany: to temperatura, to ciśnienie, to poziom cukru we krwi czy zastrzyki i pastylki wypełnniały czas.

W sobotę obudziłem się wcześnie z myśłą co jest z „Zabawką”, czy jeszcze stoi w całości. Jak sprawdzić stan samochodu. Zwierzyłem się o swoim problemie jednej z pielęgniarek, ta zadzwoniła do kapelana szpitala, którym był Polak padre Mariano. Około południa zjawił się wesoły na twarzy o. Marian i już mi się humor poprawił. Wziął klucze od „Zabawki”, przyniósł mi laptopa i ręcznik. Zrozumiałem, że z samochodem jest w porządku. Przyniósł mi też kilka kanapek bym nie stracił na wdze. Powiedział, że będzie się starał przeparkować samochód bliżej szpitala jak będzie możliwe. Żebym się nie martwił, gdybym coś potrzebował będzie do usług.
Niedziela (trzeci dzień) skontaktowałem się z o. Kazimierzem Przydatkiem, może zajży do mnie gdy znajdzie czas. Zauważyłem też, że łydka staje się bardziej elastyczna. Dodatni obiaw kuracji polepszył samopoczucie. Jest nadzieja na szybsze wypisanie. Zacząłem lekkie ćwiczenia na leżąco by rozruszać zwiotczałe mięśnia. Humor wrócił do normy.
Czekałem niecierpliwie na poniedziałek i orzeczenie lekarzy w lepszym samopoczuciu. Nadrabiałem zaległości w pisanniu. Mam połączenie z ViFi szpitalnym ale nie chcą udostępnić hasła, bym wysłał korespondencję elektronową. Uzupełnię po wyjściu ze szpitala. Może zatrzymam się w „Domu Pielgrzyma J.P.II”.

Pielęgniarki, doktorzy pracowali w weekend jak w normalny dzień.
Zauważyłem, że przy łóżkach pacjentów stały eleganckie pantofle a nie jak w USA niemal wszyscy chodzą w pepegach niezależnie czy są w długich spodniach czy krótkich. Co kraj to obyczaj.

Poniedziałek. Czwarty dzień pobytu w watykańskim szpitalu „Santo Spirito”.
Z rana rutyalne czynności i zabiegi z pacjentami. Noga wyglądała w normie, opuchnelizna zeszła, stała się elastyczna jak zawsze. Czekałem z niecierpliwością na obchód i może ostateczny werdykt. Sam ordynator przyszedł i po rozmowie dał mi pozwolenie opuszczenia po objedzie ale pod warunkiem, że przerwę podróż na jakiś czas. Za dwa dni mam spotkać się z lekarzem w Polsce.
Przemilczałem wszystkie uwagi i przytaknąłem głową.
Na własne ryzyko, ostrożnie pojadę dalej do zamknięcia pętli wokół Europy. Postaram wykonać wszystkie zalecenia lekarskie, będę uważał na dietę i trzymał się blisko lekarza po drodze.

O. Mario przyszedł dowiedzieć się i pożegnać. …Ostatni poobiedni zastrzyk. …Opuściłem wreszcie szpital, poszedłem powoli lecz szczęśliwy do samochodu. Noga już nie boli i wygląda w normie. Żar buchał z nieba.

No cóż, niespodziewana mała przerwa w podróżowaniu była mini przygodą w przygodzie. Trzeba będzie wyciągnąć wnioski i nie być pochopnym w decyzjach.
– Jędrek

Posted in Europa 2012 | Comments Off on SZPITALNA PRZYGODA

PÓŁNOCĄ MORZA ŚRODZIEMNEGO ( od Sycylii do Gibraltaru)

Było jeszcze słońce na niebie jak wjechłem „Zabawką” na prom z Reggio di Cabria do Messyny na Sycylii. 500 kilometrowa droga od Taranto skończyła się szybko, nie była męcząca jadąc wzdłuż brzegu podziwiając odcienie wody i złoty piasek na plażach. Robiłem przystanki na odpoczynek przy wodzie o turkusowym odcieniu. Została krótka droga z kontynentu na wyspę, którą widać było przez cały czas płynięcia.
Sycylia
Nie tankowałem na portowej stacji, pojechałem w stronę Palerma od północy przy wodzie, na zachód w stronę Palermo.
Choć jechałem częściowo drugi raz po tych samych miejscach to wydawało mi się, że jeszcze tam nie byłem. Pamięć nie wszystko utrwala a świat zmienia się szybko. Życie ludzi jest aktywniejsze po zachodzie słońca, jak w krajach południowych gdzie dnie są gorące i trzeba uciekać przed słońcem. Jadąc przez niekończące się miasteczka wydłużały czas jazdy. Sycylia ma swój odrębny styl życia, ludzie są uśmiechnięci i życzliwi. Czuje się życie na wyciągniętą rękę. Widać dużo biegaczy, rowerzystów i motocyklistów we dwójkę. To wyspa dla wczasowiczów wędrowników i zakochanych, tam nie ma pośpiechu, tubylcy przyzwyczajeni do turystów, mają cierpliwość na wąskich i krętych drogach, nie poganiają, nie trąbią, czekają na dogodny moment wyprzedzenia. Czasami nie wiadomo czy jedzie się szosą czy ulicą. Drogi nie omijają miast, przelatują okrężając domy stojące na drodze. Wiele razy są tak wąskie, że trzeba się cofać by ustąpić miejsca np. autobusowi. Za miastem przy drogach są wgłebienia boczne ze znakiep „P”, są to miejsca na krótki postój czy odpoczynek. Dla szybkiego poruszania się wybudowane są niebotoczne autostrady, które zniwelowały prawie do zera poziom terenowy. Jadąc nimi wydaje się, jakby nie było gór a przecież Sycylia to górzysta wyspa.

Zajechałem pod dom przyjaciół z poprzedniej wizyty wyspy, chciałem zrobić im niespodziankę. Pech! Wyprowadzili się z Palermo do miasta, które mam już za sobą. Nie chciało mi się już wracać.
Okrążając wyspę zajechałem do Agrigento, do miasta wykopalisk z okresu starego Rzymu. Tam była siedziba władców i stamtąd wychodziły rozkazy. Okazałe ruiny „La Valle dei Templi” są dostępne dla publiki.
Okrążajac wyspę i szukając interesującego i spokojnego miejsca do postoju przypadkowo zajechałem do Mariny w Auola. Niespodzianka, podczas pytania właściciela mariny o miejsce parkingowe podszedł jeden młodzieniec i wtrącił się po polsku w rozmowę. Zwrócił się do patrona, że zajmie się mną. I tak zaczęła się przyjaźń między Radkiem i mną. Nie puścił mnie przez dwa dni, miałem pokój, wikt i opierunek gratis. Radek pracuje od kilku miesięcy w marinie, jest prawą ręką bosa i opiekuje się całym sprzętem żeglarsko-motorowym. Okazało się, że pracuje tam jescze kilku Polaków.
Wieczorem zorganizował spotkanie ze mną i musiałem pogadać na temat moich podróży a szczególnie zainteresował ich temat „Dookoła świata jachtem”. Zazdrościli mi wojaży. Powiedziałem, że mogą zrobić więcej niż ja, są młodsi a ja pomogę im w spełnieniu marzeń. Na drugi dzień Radek zorganizował pływanie na mniejszym jachcie przy brzegu mariny. Piekące słońce nie pozwoliło pływać długo. Kąpiel w seledynowej wodzie była o wiele przyjemniejsza niż pływanie w tym upalnym dniu.
Jeden z członków mariny, pewien adwokat namówił mnie na przelot skonstruowaną przez niego lotnią pontonową. Zaciekawiła mnie ta konstrukcja kombinacji motorowej lotni z pontonem. Może znajdę zapaleńca, który pojdzie w ślady Sycylijczyka. Dokumenty konstrukcyjne i pomoc w budowie zapewniona. Opalony i zmęczony atrakcjami pojechałem dalej. Na spokojne miejsce muszę poczekać.

Zatrzymałem się by spędzić dłuższą chwilę w Siracusa. Pochodziłem po mieście z odkrytymi murami z czasów rzymskich. Zwiedziłem Sanktuarium Matki Boskiej, którego podwaliny stanowi skała, pokazana w środku „Katedry de la Crime”. Miłym akcentem pobytu w Siracusa zastałem karteczkę w samochodzie z pozdrowieniami i telefonem od Polki tam mieszkającej. Nie doszło do spotkania, pojechałem dalej.
Niespodziankę zrobiła mi „Zabawka” wjeżdżając na najwyższy punkt w miasteczku Taormina zabudowanym domami przylepionymi prawie do pionowej skały. Wjechać wiechałem, gorzej było zjechać bez mijanek w zapadłej nocy. Kosztowało mnie więcej zdrowia niż radości. Udało się zjechać bez obtarcia o ściany lub samochody. Jest to miejsce turystyczno-wczasowe. Kawiarenek, restauracji, hotelików jest jedna na drugiej. Przyciąga turystów widok na morze prawie z każdego okna. Połaziłem trochę na samym szczycie od kawiarenki do kawiarenki skąd widoki przepiękne miasta w dole z domami i ulicami oświetlonymi, aż noga pobolewać zaczęła.
Zamknąłem kilkudniową ciekawą przygodę wokół Sycyli w Messinie skąd promem wróciłem na macierzysty ląd Włoch.
Azymut – północ Półwyspu Appenińskiego
Pomknąłem brzegiem morza w stronę Monte Casino. W okolicy Salerno zatrzymałem się na noc, na pakingu turystycznym gdzie jest cicho i bezpiecznie. Czuło się wilgoć w powietrzu, było ciepło. Przejeżdżając przez Neapol pamiętam jego przedmieścia pokryte kostką bazaltową ułożoną faliście. Wszystko brzęczało w Zabawce. Jadąc w stronę Monte Casino czułem się podniecony. Historia odzywa się w środku i nie ma na to rady. Zabawką dojechałem do stóp klasztoru. Popatrzyłem z góry na polski cmentarz. Piękny krzyż rzucał się w oczy patrząc z ganku klasztornego. Zajechałem na Polski Cmentarz, największy z wojennych cmentarzy u stóp góry. Paliły się znicze i świeże kwiaty leżały na płycie. Odrestaurowany wygląda pięknie tak z daleka jak i z bliska. Na parkingu zatrzymało się dużo samochodów z różną rejestracją. Wieczorem pojechałem w stronę Rzymu.
Do Watykanu wjechałem z rana. Zaparkowałem samochód niedaleko Bazyliki Św. Piotra na jednej z bocznych uliczek, równoległej do głównej – Via della Conzilacione. Zamiast zwiedzać udałem się na pogotowie ratunkowe (Pronto Soccorso) w watykańskim szpitalu „Santo Spirito” gdyż denerwował mnie stan nogi. Opuchlizna nie przechodziła i stawała się łydka twardsza. Przyjeli mnie uprzejmie i skierowali na badanie. Okazało się, że muszę zaliczyć kilka dni leczenia szpitalnego.
Po kilku dniach, gdy podszedłem do „Zabawki” rzucił mi się w oczy oberwany zderzak tylny. Jednym końcem leżał na jezdni. Obszedłem dookoła. Zauważyłem zamek w drzwiach pasażera zdemolowany, napis plastykowy leżał przy kole. Zakurzona okropnie. W środku list od spotkanych Polaków pod Monte Casino treści: „Panie Andrzeju, czujemy, że spotkało Pana nieszczęście, nie wiemy jakie. Staliśmy kilka godzin przy samochodzie z nadzieją, że Pan lub ktoś znajomy przyjdzie. Martwimy się o Pana, ale jesteśmy dobrej myśli, że Pan żyje. Musimy jechać. Będziemy w kontakcie. Romek i Ania z Grodziszcza”
Wsiadłem i zapaliłem. Odpalił od razu. Nadzieja, że pojadę dalej. Zderzak podczepiłem do góry drutem. Wykupiłem lekarstwa i powoli odjechałem. Pokręciłem się po Rzymie i wyjechałem na drogę w stronę Genui. Wstąpiłem do Pisy by sprawdzić czy wieża nie upadła. Stanąłem „Zabawką” tam gdzie piesi tylko chodzą dla dowodu, że wieża stoi lecz bez pozwolenia wejścia na nią. Ostatnim noclegiem na postoju przy autostradzie opuszczam kraj tysiąca mostów i tuneli. Południem lądu a północą Morza Środziemnego przejechałem powoli przez Monaco, Niceę, Cannes i Marsylię w stronę granicy gór Pirenejów. Nie zatrzymywałem się na zwiedzanie gdyż tę trasę pokonywałem wielokrotnie. Drogami przymorskimi nie da się szybko jechać z powodu ciągnących się plaż jednej za drugą i chodzących wzdłóż drogi urlopowiczów. Misteczka graniczne nie zmieniają wyglądu i atmosfery. Gdyby nie tablice oznajmiające kraj nie wiadomo kiedy by się ją przekraczało.
Nocleg w okolicy Girona przypadł na postoju przy autostradzie. Wyspany pojechałem drogami na południe Hiszpanii. Zafascynowany zatoczkami z zieloną wodą i stojącymi jachtami zjeżdżałem z drogi by zrelaksować się ym widokiem z bliska. Kilka lat temu tę trasę pokonałem Harleyem jadąc autostradą. Różnica wielka, obecnie nie da się przyspieszyć bo szosa przechodzi przez miasta a w nich zamienia się w ulicę. Stroną dodatnią jest możliwość zaopatrzenia się i odpoczynku w jakimś miejscu wybranym.
W pobliżu Gibraltaru kilkaset metrów przydał się kilkugodzinny relaks na plaży przed wjechaniem w miasto-kraj z odmienną atmosferą. Woda zimna jak w Bałtyku tylko przezroczysta i więcej słona, można swobodnie leżyć na plecach bez poruszania rękami.
Wjechałem „Zabawką” na szczyt góry tam gdzie szlak turystyczny pozwala. Kiedyś Harleyem dotarłem na szczycie góry do samego końca drogi. Obecnie płatny turyzm opanował wszystko. Nawet małpy żyjące luźno bawiące się dawniej z turystami, spędził w obszar płatnych wycieczek. Kraj anglosaski należący do grupy „British Isles” odróżnia się stylem życia, językiem i walutą od otaczającej go Hiszpanii. Mi nie robi różnicy, po angielsku i po hiszpańsku mogę rozmawiać na krzyż. Dla łatwiejszego poruszania się przybyło więcej dróg jednokierunkowych. Pół dnia zleciało szybko na tej górze podziwiając widok Cieśniny Gibraltarskiej pomiędzy Atlatykiem i Morzem Śródziemnym.

Pozdrawiam Wszystkich znad Cieśniny Gibraltarskiej!
– Jędrek

P.S. Piąty odcinek wyprawy już z głowy. (I-szy był do Nordkapp, II-gi do Uhty, III-ci Do Istambułu, IV-ty wokół Adriatyku, V-ty Od Sycylii do Gibraltaru). Pozdrawienia dla wsszystkich Przyjaciół, Patronów i Sponsorów

Troszkę statystyki:
Minęło 65 dni wakacyjnej wyprawy okrężającej Europę. Przejechałem około 27,625 km od startu spod „Domu Volvo” w Warszawie. Sędziwa „Zabawka” (Volvo-460, 1995) jedzie od początku bez większej usterki, Przejechane kraje to: Niemcy, Dania, Szwecja, Norwegia, Rosja, Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Grecja, Albania, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Słowenia, Włochy, w tym San Marino, Sycylia, Watykan, Monaco, Francja, Hiszpania i Gibraltar.

Posted in Europa 2012 | Comments Off on PÓŁNOCĄ MORZA ŚRODZIEMNEGO ( od Sycylii do Gibraltaru)

DOOKOŁA ADRIATYKU, do Sycylii

Po krótkim pobycie w Polonezkoy pod Istambułem obrałem azymut po krajach okrążających Morza: Egiejskie i Adriatyckie. Z mostu nad Bosforem skierowałem się na zachód jak najbliżej brzegu by dotrzeć do największej budowli muzułmańskiej w tym kraju – „Błękitnego Meczetu” (Eminonu Sultan Ahmet). Położony na wzgórzu widoczny jest z kilkudziesięciu kilometrów. Dojazd pod niego był utrudniony z powodu natężonego ruchu ulicznego. Gdy byłem tu pierwszy raz, około 30 lat temu, mogłem podjechać niemalże pod samą buduwlę..
Z krótkimi przystankami, brzegiem Egiejskiego Morza pojechałem przez Thessaloniki w stronę Aten. Jechałem zgodnie z nakreślonym planem przedwyprawowym okrążającym Egiejskie Morze. Drogi lepsze niż w Turcji. Widać ujednolicenie unijnych znaków, nawierzchnie nowe i po części wyreperowane. Stare Volvo rozpędzało się do 130 km na godzinę, aż byłem zaskoczony.
Dzięki GPS-wi wmontowanemu w „Zabawkę” z AutoGuardu dotarłem w pobliże dzielnicy zamieszkałej przez Polaków. …Rozczarowanie. Polaków została niewielka grupa, Dom Polski nie funkcjonuje, gazety polskie wychodzą w znikomych nakładach, egzystuje niewiele sklepów polskich i biznesów. Polacy w panice przed bankrutctwem kraju porozjeżdżali się w rózne strony Europy. Część z nich wróciła do Polski.
Zajżałem na górę Akropolis by przypomnieć sobie jej widok jak i amfiteatr „Herodium”. Jest w ciągłej konserwacji i w budowaniu dróg łatwiejszego obejścia i podejścia pod historyczny monument.
Ciekawił mnie tym razem półwysep Poloponezyjski. Objechałem go dookoła. Niedaleko Kalamaty, wysuniętego na południu miasta zażywałem kąpieli w parnym i upalnym dniu. W wodzie przezroczystej świeciły na dnie kolorowe kamyczki. Cały półwysep oblężony jest kamienistymi plażami. Bez karimaty opalanie na takiej plaży jest niewygodne. Opuszczając jazdę przybrzegową półwysep miałem dwie drogi do wyboru przedostania się na macierzysty ląd: jedna to tradycyjna promem, druga przez nowy wiszący most. Choć była droższa wybrałem ją z ciekawości. W rezultacie wysoko nad wodą jechało się cicho po moście wiszącym na czterech masywnych filarach podziwiając z perspektywy długą zatokę.
Przed granicą albańską złapała burza z piorunami, ulewny deszcz sparaliżował ruch. Utworzyły się rzeczki przepływające w poprzek dróg. „Zabawka” jak spychacz pokonywała głębokie na pół metra strumyki zadziwiając kierowców małych ciężarówek. Ja sam się dziwiłem, że z taką lekkością bez zalania silnika jechała pchając falę utworzonej wody przelewającej się po masce. Brawo dla Volva, starego przyjaciela. Do granicy pozostało 60 km, ale jadąc w deszcz po drogach słabo oznaczonych i krętych zajęło mi co najmniej trzy godziny.
Zatrzymałem się na parkingu przygranicznym już w Albanii. W restauracji kelner widząc, że jestem z Polski przywitał mnie słowem „dzieńdobry” zadziwiająco. …A to przez kontakt w handlu z Polkami. W ramach przyjaźni polsko-albańskiej postawił mi piwko „Tirana”. …Oglądałem sobie TV do późna w nacy…
Albania jest 135 krajem w moich podróżach. Nasłuchałem się o tym kraju co niemiara, że komunistyczny, że biedny, że okradają, że nie ma dróg. …A tymczasem rozczarowanie dla wjeżdżającego turysty. Drogi już przed stolicą szerokie z nową nawierzchnią, prawie same mercedesy na drogach. Myślałem z początku, że to turyści z innych krajów. Lecz szybko, zmieniłem zdanie. W Tiranie marka niemiecka wyprzedza inne. Jeszcze takich dużych osobowych samochodów niemieckich nie widziałem. …Taką dużą ilość mercedesów widziałem tylko w Republice Południowej Afryki (RPA), gdzie był ich montaż.
Można niemalże kupić wszystko. W kawiarenkach przyulicznych siedzą sami mężczyżni. To skutek bezrobocia jakie zaczyna wkradać się do kraju. Podobał mi się zwyczaj hodowli w ogródkach jak i sprzedawania różnego gatunku ziół w doniczkach zamiast kwiatków. Rośliny wykorzystywane są jako przyprawy na bierząco; przeważała mięta.
Jadąc w Albanii dopiero pozamiejskimi dróżkami z dala od głównych arterii zauważyłem kontrast. Z jednej strony przesadzisty samochód osobowy z drugiej facet idzie drogą pomagając osiołkowi dźwigającemu ładunek. Turystom jadąc w zorganizowanych wycieczkach ten widok jest nieznany,.
W jednym małym miasteczku droga wyglądała jakby łopatą asfalt kładziono. Trzęsło całym samochodem. W pewnym miejscu, w świeżo nałożonym asfalcie, wpadłem z nienacka w dziurę i klops, aż „Zabawka” usiadła na spodzie. Nie sposób było nią wyjechać. Musiałem wezwać kilku mężczyzn do pommocy. I przy pomocy belki wywindowano samochód na powierzcznię. Skutkiem tej „wpadki” oberwał się tylny zdeżak z jednej strony. Musiałem podciągnąć go drutem by nie telepało i pojechać dalej. …Po bokach dróg całe śmieciowisko ciągnące się kilometrami. Widać pastuchów indyków i owiec. …Ale to jest urok albański, znany mi uprzednio z opisywanych w książkach czy prasie. Cieszę się, że w końcu zwiedziłem ten kraj będący w moich podróżniczych planach od dziesięcioleci.
Na granicy albańskiej celnik tylko spojżał na rejestrację z okienka i machną ręką, żeby jechać dalej. Po stronie czarnogórskiej nie widziałem nikogo w okienku, więc nie czekałem i pojechałem dalej, w głąb kraju. Miałem okazję porównać atmosferę i wygląd miejscowości, które znałem z wycieczek za panowania Tito, prezydenta zjadnoczonych krajów w jeden – Jugosławię. Piękną arterią wjechałem w Czarnogórę, czysty, 700 tysięczny kraj nastawiony pod turystów. Przemysł turystyczny napędza całą gospodarkę.
Podobnie jest w krajach: Chorwacji, Bośni i Hercegowinie. Odbiłem od brzegu na Mastar by zajechać krętymi drogami pod górę, do Medugorie. Tam przy sanktuarium Madonny Młodzieży każdego dnia przybywa tysiące ludzi z różnych zakątków świata. Atmosfera niesamowita, wszyscy śpiewają, modlą się, oglądają telebim ze spotkań niemalże przez całą noc. Miasteczko pielgrzymów z całego świata; bez nich nie istnieje.
W Słowenii zatrzymałem się na kąpanie w turystycznym miasteczku – Pula, gdzie zjeżdżają się europejczycy mówiąc, że woda w północnej części Adriatyku okolicy Rijeki jest bardziej brudna. Niemalże na całym wybrzeżu adriatyckim plaża jest to nieskończony pas opalających się turystów.
Przez Triest, będąc wolnym miastem w erze komunizmu, dojechałem do Wenecji. Nic się nie zmieniło od ostatniego razu, kiedy zwiedziłem wodne miasto podczas okrążenia ziemi VW-Cadyy w 23 dni po lądzie. Turystów mrowie i brak miejsca na parkowanie skraca czas wizyty zmotoryzowanym. Drogą na południe zacząłem zamykać pętlę wokół Adratyku.
Według planu zajechałem do San Giowani Rotondo, do miejsca Św. Ojaca Pio, niesamowitego miejsca kultu chrześcijańskiej religii. Wybudowana w nowoczesnym stylu nowa katedra stała się domem na wieki ojca Pio gdzie spoczywa w klasztornej krypcie. Jest co podziwiać, szczególnie gdy na świecie nie przybywa dużo ciekawych miejsc czy budowli w sakralnym stylu. Świat opanowany jest przez nowoczesne technicznie monstrualne budowle – budynki, czy statki, czy miejsca rozrywkowe.
Przez Bari, Lecce, Catanzaro wspaniałą drogą dotarłem do portu Reggio di Calabria na południu półwyspu skąd odbijają promy na Sycylię.

Pozdrawiam Słonecznie! – Jędrek

P.S. Czwarty odcinek wyprawy już z głowy. (I-szy był do Nordkapp, II-gi do Uhty, III-ci Do Istambułu, IV-ty wokół Adriatyku). Pozdrawiam jak zawsze swoich Drogich Patronów i Sponsorów szczególnie Kasię Sadurską, która przyczyniła się do zorganizowania obecnej wyprawy, udzielając mi pożyczki na zakup samochodu.

Troszkę statystyki;
Minęło 50 dni letniej wyprawy dookoła Europy. Przejechałem przeszło 22,679 km po drogach o różnej nawierzchni. 17 letnia „Zabawka” (Volvo-460) dotrzymuje kroku w tej długiej europejskiej eskapadzie. Przejechane kraje startując z Polski to: Niemcy, Dania, Szwecja, Norwegia, Rosja, Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Grecja, Albania, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Słowenia, część Włoch, w tym San Marino.

Posted in Europa 2012 | Comments Off on DOOKOŁA ADRIATYKU, do Sycylii

POLONEZKOY, dawny Adampol

Trzecia moja wizyta w Polonezkoy przy cieśninie bosforskiej i trzeci raz nowe odczucie pobytu w tej dawnej polskiej kolonii, która przeszła metamorfozę i obecnie jest „zielonymi płucami” Istambułu; dawniej będąc polską wsią w każdym calu.
Pierwszy raz zajżałem tam przeszło 30 lat temu podczas wyprawy VW-garbusem (1978). Drugi raz odwiedziłem dawny Adampol 15 lat temu jadąc dookoła świata Harleyem (1998). Obecnie okrążając samochodem Volvo Europę po jej granicach grzechem by było przegapić ten kawałek polskiej ziemii leżącej już w Azji (2012).
Z historii przypomnę: agent księcia Adama Czartoryskiego – Michał Czajkowski nabył w jego imieniu część ziemi na wieczystą dzierżawę od francuskiego Zgromadzenia Lazarystów w Stambule z przeznaczeniem na osadę polską pod nazwą Adampol. Według ustalonego regulaminu osadnik powinien być Polakiem lub przynajmniej Słowianinem i katolikiem.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości po 123 latach niewoli w 1918 roku podpisany został pomiędzy dwoma krajami „Traktat Przyjaźni” nadając urzędową nazwę wsi – Polonozkoy. Dziś Polonezkoy jest wielkim kurortem wczasowym – zieloną oazą dla wielu gości nie tylko z Polski, Turcji lecz z innych krajów swiata. Magnesem jest piękna okolica, niezwykła historia, polskie tradycje i niezwykła gościnność jej mieszkańców.
…Podczas pierwszej wizyty byłem gościem w domu pani Zofii Ryży – ostoi Adampola, wielkiej patriotki polskiej, wiernej tradycjom jej przodków. Od niej dostałem oryginalne zdjęcia lwowskiego cmentarza Orląt przed zdewastowaniem wojennym i zdjęcie czaszki polskiego żołnierza przeszytej ruską kulą przez potylicę. Wzbogacają archiwum „Centrum Wagabundy” w Phoenix, Arizona. Dziś jej dom jest odrestaurowany częściowo przy pomocy polskiej placówki i nazwany „Domem Pamięci Cioci Zosi”. Rolę kustosza tej polskiej placówki sprawuje kuzyn Leslaw Ryży.
…Podczas drugiej wizyty jadąc dookoła świata Harleyem wziął mnie pod opiekę do siebie, jak brata, na kilka dni były wójt Polonezkoy – Fridryk Nowicki.
Obecnie gościłem ponownie w rodzinie cioci Zosi – u kuzyna, Leslawa Ryżego z żoną Helenką, która udostępniła mi na czas pobytu słoneczny pokój. Ich córka Agnieszka nie tylko przyrządzała wspaniałe dania obiadowe ale wprowadziła mnie w historię rodzinną. Z synem Tadeuszem nie było końca w rozmowach. Dzięki ludziom takim jak pan Leslaw Ryży spadek po cioci Zosi pozostaje w polskich rękach.
…Cmentarz też zmienił swoje oblicze. Niegdyś ogrodzony drewnianym płotem i z zarośniętymi grobami, dziś zachęca do odwiedzenia ze wspaniałymi alejkami, bramą z godłem państwowym i ogrodzeniem żelaznym.
W domu Fridrika Nowickiego spotkałem się z serdecznością jego dzieci, Diany i Denisa. Pod nieobecność gospodarza czułem się jak w rodzinie.
Z obietnicą spotkania się jeszcze raz opuściłem ten polski skrawek ziemi.
– Jędrek

Posted in Europa 2012 | Comments Off on POLONEZKOY, dawny Adampol

Do Istambułu

Na wszystkich przejściach granicznych w Rosji jak za dawnych czasów – przejeżdżających traktowano jak podejżanych. I tym razem było podobnie. Kolejka samochodów czekających nie miała końca tamtej nocy w załatwieniu spraw.
Gdyby nie wyrobił się celnik w swoich obowiązkach to następne kilka godzin musiałbym spędzić na dworcu wodnym w ostatnim punkcie granicznym Rosji. …Skatowany czekaniem razem z innymi wjechałem na prom ledwo żywy.
…Żegnając Rosję po 17 dniach jazdy spotkało mnie miłe odprężenie z przygodnymi rosyjskimi bikerami. Szampan prosto z butelki wypełnił czas płynięcia. …Wzniosłem toast za pomyślność swojej wyprawy. W międzyczasie dowiedziałem się o trwjącym „Biker Show” w Sewastopolu na Krymie. Zdecydowałem tam pojechać.
Już w Ukrainie
…Wydostawszy się z promu na ląd zatrzymałem się na nocleg na wielkim placu przygranicznym. Wszyscy zjeżdżali się w pośpiechu na krótką dżemkę przed jazdą w głąb kraju. Ja udałem się na nocleg w swoim domku na kółkach. …Gdy się obudziłem nikogo już nie było. Pusty plac czekał na następną zmianę.
W planie: odwiedzenie miejsca historycznego w Jałcie – Pałacu Labińskiego w którym rozdano karty rozparcelowania Europy w 1945 roku na swoją korzyść przez dyktatorów: Roosevelta (USA), Cherchila (Anglia) i Stalina (Rosja) pomijając wszelkie prawa międzynarodowe. Po jego zwiedzeniu pospieszyłem na „Bike Show” do Sewastopolu. …Zjeżdżający się motocykliści łatwo zaprowadzili na miejsce imprezy. Organizatorzy potraktowali mnie jak VIPa przydzielając miejsce parkingowe honorowo razem z organizatorami. Miło mi się zrobiło gdy powiedzieli, że słyszeli o moich podróżach harleyem dookoła świata.
…Nie do wiary, stanąłem sobie z boku by posłuchać koncertu, usłyszałem jak ktoś za placami prowadzi rozmowę po polsku. To trzej bikerzy z Warszawy „Dziki Wąż”, „Suchy” i „Prędki”. Ucieszeni ze wzajemnego spotkania poszliśmy oblać tę okazję zimnym piwkiem. Czułem się jak na festiwalu muzyki przeplatanym pokazami akrobatycznymi zawodowych bikerów dla których nie ma przeszkód.
Dwa dni zleciały mi pod wrażeniem wielkości imprezy. Miałem bazę odprążenia pod namiotem bikerów nad którym powiewała polska flaga. Po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia przed wjazdem do Sewastopolu rozjechaliśmy się. Powoli pojechałem starym zwyczajem do centrum miasta by nacieszyć się jego widokiem i atmosferą.
Jeszcze tego dnia pod wieczór dobiłem w rejon Odessy na odpoczynek po wrażeniach i brzęczącej jeszcze w uszach muzyce ze zjazdu motocyklistów.
Ostanie 50 km przed granicą mołdawską były mordercze dla „Zabawki”. Przypadło mi jechać po ciemku, gdyż zatrzymanie się na noc byłoby ryzykiem w tej okolicy. Takie ostrzeżenie usłyszałem zaopatrując się w prowiant w jednym ze sklepików przy drodze. A wydawało mi się swojsko i bezpiecznie. Nie mialem wyjscia, pojechałem dalej w stronę granicy wykończony.

Przekroczenie mołdawskiej granicy nie różniło się od rosyjskiej. Trzymanie kikugodzinne samochodów – to normalka. Trzeba bylo wykupić wizę za 20.- USD i dodatkowo ubezpieczenie na kilkukilometrowy przejazd przez kraj. Biedny kraj ratuje się w różny sposób. Bez „zielonego papierku” czyli ubezpieczenia nie ma mowy o wjeździe. Nie ma mowy tez o milej odprawie. Twarze pracownikow granicznych bez usmiechu wprowadzaly w pesymistyczny nastroj. …Musiałem wrócić się na stronę ukraińską i wykupić dodatkowo.

Oddech lekki w szybszym obrocie formalności przekroczenia granicy odczułem w Rumunii. Zobaczyli, że tabliczka rejestracyjna samochodu jest unijna wbijali wizę bez dodatkowych pytań życząc przyjemnej drogi.
Widząc Czarne Morze pognalem szybciej i dojechałem aleją do granicy bułgarskiej. Bez straty czasu na biurokrację dalej coraz lepszymi drogami udałem się w stronę Varny.
Do Złotych Piasków dojechałem przed południem. Słońce, szum fal, zielona woda zatrzymały mnie do wieczora na plaży. Tam celebrowałem swoje nastepne urodziny. Wykorzystałem pobyt na jazdę rowerową – urodzinowym prezentem wiozącym z Wołgogradu; jeździłem sobie po promenadzie wzdłuż brzegu.
Ostatni odcinek w Bułgarii, kikadziesiąt kilometrów drogi przed turecką granicą widnieje na mapie zachęcająco. Od brzegu morza do ostatniego miasteczka Malka Tarnowo wygląda bezproblemowo. Inaczej było w rzeczywistości. Wąska i kręta droga z niepielęgnowaną nawierzchnią, bez żadnego oznakowania, bez drogowskazów wydawała się dzika. W pewnych momentach, jadąc na azymut, nie wiedziałem na rozwidleniu w którą stronę jechać. Zmuszony byłem stać i tracić cenny czas na samochód przejeżdżający by upewnić się co do słuszności kierunku. Doslownie jak jazda przez dzungle w Brazylii.
Po kilku godzinach jazdy z szybkością 20 km/godz wyczerpany osiągnąłem miasteczko Malka Tarnowo, które wydawało mi się jak wyspa na pustyni. Obiad zjadłem w restauracji z basenem i hotelem. Droga do tej miejscowości nie pasowała swoją jakością. Tu Turcy przyjeżdżają na weekendy i zakupy.

Przed ostatnim południowym punktem przygody – Istambule zatrzymałem się wieczorem na granicy juz po stronie tureckiej. Nie chciałem jechać dalej, wolałem poczekać do rana. Zakurzona „Zabawka” mówiła o jakości dróg przejechanych.
Turcja
Szeroką, gładką autostradą wjechałem do Turcji, kraju łączącego dwa kontynenty. Pomimo, że ograniczenie prędkości wskazywało 70 km/godz max, to wszyscy gnali ponad 100. Nie dało jechać się inaczej. Czuć od razu inny standard życia i zagospodarowania kraju. Choć do centrum Istambułu było kilkadziesiąt kilometrów, odczuwało się jak jadę przez miasto cały czas zabudowaną ulicą biurowcami i blokami mieszkalnymi za którymi prześwitała od czasu do czasu zielona woda.
Po kilkudziesięciu kilometrach znalazłem się na moście, nad Cieśniną Bosforową, łaczącym dwa kontynenty: Europę i Azję. …Zajechanie na stronę azjatycką było w planie. Nie wyobraziłbym sobie być w Istambule bez odwiedzenia „polskiej kolonii” – Polonezkoy, którą znam od przeszło 30 lat. Opuszczenie dawnego „Adampola” byłoby grzechem. „Polonezkoy” to przeciez skrawek polskości w Turcji.

Pozdrawiam Słonecznie!

P.S.
Troszkę statystyki:
Minęło 37 dni podróży dookoła Europy. Przejechałem przeszło 15,000 km po drogach o różnej nawierzchni, od kiepskich piaszczystych z dolami do dobrych. 17 letnia „Zabawka” (Volvo-460, 1995) jedzie dalej bez problemu. Przejechane kraje: Niemcy, Dania, Szwecja, Norwegia, Rosja, Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Bułgaria i część Turcji.

Czwarty odcinek wyprawy już z głowy. (I-szy Do Nordkapp, II-gi Do Uhty, III-ci Droga nad Morze Azowskie)
– Jędrek

Posted in Europa 2012 | Comments Off on Do Istambułu

Z GPSem AutoGuard Poland przez świat

Skąd Jędrek nadawał pozycję samochodu w swoich światowych podróżach?

GPS – AutoGuard Poland jeździ z Jędrkiem po świecie od 2008 roku, pierwszy raz zamocowany został w
samochodzie Jędrka w Phoenix, Arizona.

2008 – Dookoła Ameryki Północnej.
Jędrek odbył trasę brzegiem Pacyfiku do Alaski. Z Phoenix, Arizona, USA przez San Diego, San Francisco, Vancouver, Kanada do Ancorage, Alaska, USA. Rally „TransCanada” – z Acorage, przez Firebanks, Alaska północnymi drogami do Halifax, Nova Scotia, Canada (10,000 km). Dalej na południe brzegiem Atlantyku przez Boston, New York, Miami, Floryda. Południem przez Texas, New Mexico do Phoenix, Arizona.

2009 – Dookoła Ameryki Centralnej:
Z Phoenix brzegiem Pacyfiku przez Meksyk, odskocznia do Mexico City, Gwatemalę, Nicaraguę, Salwador, Honduras, Costa Ricę do Panamy. Spowrotem brzegiem Caraibskim na Północ przez Costa Ricę, Nicaraguę, Honduras, Salwador, Gwatemalę, Belice, Meksyk do Branzville. Pólnocną częścią Meksyku do Arizony i do bazy w Phoenix.

2010 – Pętla Od Pacyfiku do Atlantyku:
Czekanie na podróż po Afryce, w między czasie GPS przejechał trasę – z Phoenix, Arizony południem Stanów do Florydy i na północ przez Nowy Jork do Chicago i Stewe Point, na wschód przez Las Vegas do Los Angeles i powrót do bazy w Phoenix, Arizona.

2011 – Dookoła Ameryki Południowej:
Z bazy w Phoenix Jędrek dojechał przez kraje Ameryki Centralnej do Panamy. Z Colon w kontenerze do Cartageny, Kolumbia. Dalej z Cartageny brzegiem Pacyfiku na południe kontynentu przez Ekwador, Peru, Chile do Ushuai, Argentyna. Zwrot na północ kontynentu przy brzegu Atlantyku przez Buenos Aires, Urugway, Brazylię, Wenezuelę i północą do Cartageny w Kolumbii zamknąć pętlę.

2012 – Dookoła Europy:
Z Warszawy na zachód do Hamburga, Norwegią do Nordkapp, prze Murmańsk, Pietrozawodzk, Archangielsk dotarł do Sosnogorska – mista na północny Uralu, następnie na południe wzdłuż Uralu do Samary, przez Wołgograd, Astrachań, Soczi, Krymsk, Odessę, do Istambułu. Południem Europy przez Grecję, Albanię, Triest do Gibraltaru, przez Portugalię, Francję do Anglii i Irlandii. Powrót pociągiem Eurostar do Belgii i zamknięcie pętli w Hamburgu. Następnie przez Szczecin, Gdańsk do Warszawy.

2013 – Dokoła ?:

– Centrum Wagabundy

Posted in Europa 2012 | Comments Off on Z GPSem AutoGuard Poland przez świat

Droga nad Morze Azowskie

Ostatnie pożegnanie w Uhta i wymiana prezentów wzruszyła nas wszystkich. Pod wrażeniem wiadomości o tragicznym zalaniu, przez małą rzeczkę, miasteczka Krymsk z okolicznymi wioskami postanowiłem zmienić w planie marszruty kierunek by dotrzeć do powodzian.
Jadąc wzdłóż gór Ural na południe po stronie zachodniej mijałem miasta różniące się między sobą, obyczajami i strefą klimatyczną. Tak przejechałem przez kilka dni przez: Syktybkar, Kirow, Juszkar-Ola, Kazań, Ulianowsk, Dimitrowgrad do Samary, miasta leżącego na magistrali M32 do Uralska – w Uzbekistanie leżącego na skrawku ziemi europejskiej. Od Samary odbiłem nieco na zachód okrążając Kazachstan i przez Saratow, Wołgograd dobiłem do Astrachania. Dalej pojechałem przez Elista, Stawropol, Majkop zatrzymując się w Soczi na odpoczynek. To miasto było ostatnim w mojej obecnej podróży leżącym w Rosji na południo-wschodzie Europy.

Jadąc na południe wciąż popadywało jeszcze. Nie zatrzymywałem się na dłużej podczas postojów. Chciałem przejechać jak najszybciej wielkie odległości międzymiastowe. Zauważyłem jak od Kirowa zmieniały się wielkości roślin i kolory pól obsianych zbożem od zielonego do żółtego. Kurczące się w szybkim tempie moje rentowe finanse zmusiły mnie do dietetycznego pożywiania się, które wizę z sobą na wszelki wypadek kryzysu ekonomicznego. Skończyło się za rozglądaniem miejsc typu restauracje czy jadłodajnie przy stacjach benzynowych lub kolejowo-autobusowych.
Zatrzymując się w pewnej wiosce nispodziwanie jeden Kaumuk wskazał mi bazę turystyczną. Pojechałem i spotkałem się z wielką przjaźnią Rosjan spędzających urlop nad Wołgą. Zaszokowani samotną jazdą po północnych drogach Rosji starym Volwem zaprosili mnie do towarzystwa na wieczór i ranek. Trudno było im uwierzyć, że tę trasę przebyłem w pojedynkę i bezawaryjnie. Pewny byłem, że do tego sukcesu przłączył się warszawski dealer „Dom Volvo”, który nie wypuścił mnie w daleką podróż bez wymiany zużytych elementów podwozia. Podczas biesiady zajadałem się rybami i rakami prosto z Wołgi przez całą noc nie odmawiając drinków.
W drodze do Soczi, która była w moich planach wyprawy pojechałem na skróty i niemalże bym „Zabawkę” zniszczył jadąc w kurzu po kamienistej drodze. Musiałem przejść na defenzywną jazdę i przez godziny szybkością piechura uparcie pokonać 30 kilometrowy odcinek. Pokonując pewne zakęty zsuwałem się razem z kamienniami do tyłu z kręcącymi się kołami do przodu. Czułem momentami jak traciłem panowanie nad „Zabaką”. Pył dotarł wszędzie: do oczu, nosa, uszu i osadził się na twarzy. Myślałem, że kiepskie drogi mam już za soba, …ale to jest Rosja, trzeba o tym stale pamiętać, że niespodzianki czychają na okrągło.
Gdy wyjechałem z tego zakurzonego piekła poczułem ulgę i satysfakcję mijając samochody stojące z jakimiś awariami.

Miłe spotkanie
Mając w tyle ten fatalny odcinek i jadąc już po względnym asfalcie mingnęło mi coś polskiego z boku. Zatrzymałem się szybko jak mogłem. Z zawróceniem na wąskiej szosie było trochę kłopotów, musiałem przepuść wąż samochodów jadących w obu kierunkach. …Zawróciłem wkońcu. Dogoniłem tę polską flagę Okazało się, że dwóch przyjaciłół z Bieszczad – Andrzej i Teodor wybrali się na rajd urlopowy rowerami z Krymu do rejonów wód mineralnych. Moim zadaniem było uprzedzić ich o tym kiepskim odcinku, o którym nie można było wyczytać z mapy. Spotkanie wprost na drodze ucieszyło wszystkich. Tak jak ja to i oni nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Powiedzieli, że moje uwagi wezmą pod uwagę i może na ten fatalny odcinek załapią się jakimś transportem. Pojechali powoli pod górę, ja zawróciłem. …Gdyby nie polski znak do spotkania by nie doszło w tak specyficznej sytuacji.

Gdy zobaczyłem na tablicy – „Soczi 100 km” – zadowolenie, że odpoczynek po tej spiekocie przyjdzie już wkrótce. Ale to w teorii. Samo południe, wąska droga przepleciona bierzącymi remontami, sznur samochodów z dwóch stron powodowały na mijankach postoje i wydłużały jazdę w czasie. Po pięciu godzinach ślimaczej jazdy stanąłem w centru miasta przyszłej olimpiady.

Krymsk, miasto powodzi
Pognałem w stronę nieszczęścia – kilkudziesięcio tysięcznego miasta zalanego wodą. …Dojeżdżając coraz bliżej zauważyłem zwiększenie policji na drodze. Na wzgórzu jakieś obozowisko polowych namiotów przyciągnęło mnie do podjechania. To wolontariusze z innych rejonów pomagają usunąć skutki powodzi. Zjadłem przy okazji posiłek polowy, smaczną pszeniczną kaszę z kawałkiem mięsa. Nie dowiedzialem się za dużo, nie byli rozmowni.
Podjechałem bliżej miasta i zatrzymałem się przy punkcie pomocy dla powodzian. Pewna mieszkanka wioski poświęciła czas by pokazać mi tragedię.. Fala rzeczna przeszła 2 metrowej wysokości. Usłyszałem, że o godz 19:00 wyłączono ludziom prąd i gaz. Nie raz to robiono więc nikt nie robił z tego tragedii. Wszyscy normalnie poszli wcześniej spać. Nagle o 23:00 w nocy szum wściekłej wody obudził mieszkańców. Nie było już czasu na nic, tylko ratować siebie. Woda wdzierała się każdą szczeliną do domów i rosła w sekundach pod sufit.
Gorzej było z miastem Krymsk, które było w dolinie rzecznej. Tam woda osiągnęła 4 metry wysokości tak, że fala popłynęła nawet ponad dachami niektórych domów. Ze statystyki rządowej podano, że okoł 700 osób zatonęło a z ust pokrzywdzonych, że kilka tysięcy. Wynikiem katastrofy było przerwanie się tamy w jeziorze pod naporem spływających wód z roztopionego śniegu w górach. Rząd o tym wiedział wcześniej lecz nie uprzedził mieszkańców, zostawił ich na pożarcie losu.
Podobne zdarzenie było w 2004 roku, kiedy fala wody pół metra niższa przeszła przez dolinę nie zabierając żywej duszy. …Usterek technicznych nie naprawiono.
Na drugi dzień pojechałem do miasta. Główne ulice były jeszcze sprzątane. W bocznych piekło było widoczne. Domy poprzewracane, popękane pod dach a gdzieniegdzie i zabrane przez wodę. Ludzie bezradnie stali i płakali. Punktów pomocy dla powodzian stało sporo niedaleko jeden od drugiego. Rząd zorganizował akcję ratunkową z rzywnością, odzieżą i zamieszkaniem w namiotach. Wojsko z policją i grupami wolontarnymi pracują przez całą dobę usuwając i naprawiając straszne skutki, nie informując ciekawych.
Towarzyszyła mi w oglądaniu katastrofy TV-Electron. Kilkanaście toreb wiozących z ciuchami zostawiłem dla najbardziej poszkodowanych, którzy zostali z tym co mieli na sobie. Nie chciało się opuszczać ludzi, którzy czekali na jakieś słowa nadziei i pocieszenia.
Wyjeżdżając nie dotarło jeszcze do mnie wszystko. Kupy śmieci sterczących na ulicy czekało na wywózkę, która trwała od tygodnia. Czuć było zapach wilgoci i smród dookoła. Nie wiadomo tak naprawdę ile żywych istot ze zwierzętami popłynęło z wodą i kiedy wszystko wróci do normy.
Cała tragedia trwała od dwóch do czterech godzin. Po tym czasie woda w ciszy stopniowo opadała do rana. Na drugi dzień wszyscy spotkali się na ulicach w smutku i płaczu. …Nie sposób odrobić strat. Wiek i choroby na to nie pozwolą. Załamywali się psychcznie. Odszkodowanie symboliczne w postaci 10 tys rubli otrzymała każda rodzina. Ludzie stali kolejkami zgłaszając stratę majątkową, cały dorobek życia. Potrwa lata, kiedy otrzymają choć częściową rekompensatę.
W smutku pojechałem przez Noworosyjsk w stronę Kercza – miasta otoczonego przez dwa morza – Azowskie i Czarne. Wykorzystując pogodę i słoneczko zatrzymałem się nad Morzem Azowskim by ochłodzić się. Odprawa przejściowa w Porcie skończyła się prawie nad ranem.
Kilka dni upłynęło od zobaczenia tej sceny popowodziowej a wydaję się, że ją wczoraj widziałem. Zostanie napewno w mojej pamięci na zawsze.

Trzeci odcinek wyprawy mam już z głowy. (I-szy był do Nordkapp, II-gi do Uhty). Rosja pozostała w tyle.

Zasyłam Pozdrawienia dla swoich wspaniałych Przyjaciół bez których pożyczki nie dozbierałbym pieniędzy na samochód i nie zacząłbym organizować wyprawę. Pozdrawiam zacnych Patronów i Sponsorów, w tym: GPS-AutoGuard Poland, Dom Volvo, Polski Związek Motorowy, Instytut Transportu Samochodowego, Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Ulicy im. Kazimierza Lisieckiego, Koło Seniorów z Automobilu Polskiego, Gminę Targówek i swoje Centrum Wagabundy.

Podsumowanie:
Od Uhty nad Morze Azowskie dotarłem przez Syktywkar, Kirow, Kazań, Ulianowsk, Samarę, Saratow, Wołgograd, Astrachań, Stawropol, Krasnodar do Kercza już w Ukrainie.
Przejechałem około 14,000 km po drogach od kiepskich do dobrych w tym po rosyjskich – około 10 tys km przez 17 dni. Dzięki pomocy technicznej „Domu Volvo” „Zabawka” jedzie dalej bez problemu. Renta inwalidzka nie starcza mi na benzynę, muszę czekać gdzieś po drodze do wypłaty. – Jędrek

Posted in Europa 2012 | Comments Off on Droga nad Morze Azowskie

Droga do Uhty

Ostatnie pytanie rosyjskiego konsula w Norwegii brzmiało: kiedy chcę przekroczyć granicę? Wtedy kiedy otrzymam wizę, odpowiedziałem. Z potwierdzeniem opłacenia wizy (120.- USD) odebrałem paszport i zatrzymałem się dopiero na granicy norwesko – rosyjskiej, kilka kilometrów za miastem Kirkenes.
Jak za dawnych czasów odprawa celna trwała długo, tym razem półtorej godziny. Musiałem wypełnić formularze, przejść inspekcję w środku i pod spodem „Zabawki”, odpowiedzieć na kilka niepojętych pytań w cywilizowanym świecie. …Nic się nie zmieniło.
Od środka miasta droga do Murmańska widnieje na drogowskazach po rosyjsku i po angielsku. Nie można przeoczyć. …Ledwo co wyjechałem z terenu przygranicznego rzucił się w oczy wrak samochodu po wypadku sterczący na słupie będący przestrogą dla kierowców. Wyrwy i doły niespodziewanie zwalniały prędkość nie wymagając dodatkowych przepisów ograniczenia szybkości. Dodatkowym ograniczeniem szybkości jest pofalowana szosa wzdłuż i wszeż tak, że wyprzedzające samochody bujają się jak idące kaczki na boki. Czasami asfaltowa nawierzchnia kończyła się bez uprzedzenia znakowego i rozpędem wpadałem w dół podskakując i waląc głową w sufit „Zabawki”.
W drobnym deszczyku pomknąłem dalej na południe w kierunku St. Petersburga szerszą aleją o ruchu dwukierunkowym, tj. ruską magistralą M-18. Będąc W Murmańsku nie było możliwości zwiedzania; deszcz nie przestawał padać. Straciłem kilka godzin szukania odpowiedniego banku by zrealizować walutowe potrzeby.
Zmęczony pogodą dojechałem do Pietrozawodzka. Dojeżdżając do centrum miasta, zatrzymałem się przed przejściem dla pieszych widząc przechodniów szykujących się do przedostania na drugą stronę. Stałem i czekałem aż przejdzie ostani pieszy z pieskiem na smyczy. …Nagle usłyszałem pisk opon i huk, …walnęło coś z tyłu w „Zabawkę”. Wpadła kopnięta aż na pasy, ostatni przechodzień podskoczył do góry ze strachu, ledwo unikając potrącenia. Okulary aż spadły mi z nosa gdziś pod nogi. Wydawało się przez moment groźnie. Skończyło się na strachu i widocznych wklęśnięciach zderzaka i blachy, skrzywionym zamku w kufrze, oberwanej tabliczce rejestracyjnej i pękniętej osłonie świetlnej lewego światła. …Nie wiadomo co pod samochodem się zmieniło. Zajście miało około 15:00, było sucho.
…Ciężarówka miała długie hamowanie i nie wyrobiła się. …Znalazło się kilku świadków od razu. Zadzwonili po policję; …przyjechała po trzech godzinach. W tym czasie nawet jeden Polak Krzyś zgłosił się z gapiów do pomocy. Zrezygnowałem z pomocy przypadkowych pomocników, nie wyglądali mi na poważnych. Wystarczył pan z pieskiem i drugi co przechodził w tym czasie przez pasy. …Przyjechał radiowóz, policjant spisał świadków bez pośpiechu i sporządził protokuł z zajścia wypadku. …Pojechaliśmy po tym wszyscy na policję i tam do I:30 w nocy czekałem na historię wypadku dla ubezpieczenia i poszkodowanego (mnie). Przespałem się w „Zabawce” na policyjnym parkingu by z rana naprawić usterki i pojechać dalej. …No cóż w podróży wszystko jest możliwe. Można też i z podróży nie wrócić do domu. Na wszystko trzeba być przygotowanym. Więc proszę trzymajcie kciuki za powodzenie wyprawy a zostanie zrealizowana jak zawsze.

Odechciało mi się zwiedzania miasta i przyjeziornych terenów. …Jeszcze raz zerknąłem na rosyjską wizę w paszporcie. Jest podana tylko data ważności, bez wyszczególnienia trasy. Więc w skupieniu i napięciu pojechałem dalej na wschód okrążając Onieżskie Jezioro od południa. Pojechałem drugorzędną drogą korzystając z promu w Wytegrze skierowałem się na Kargopol. Po drodze zatrzymałem się na nocleg w góralskim stylu leśniczówce Narodowego Parku Rejonu Archangielskiego. …Żeby nie komary przedłużyłbym odpoczynek.
Wykorzystując słoneczko, pod namową wielu spotkanych ludzi, dałem przekonać się na jazdę przez Wielsk do Archangielska by spowrotem skierować się przez Kołas na drogę do Uhty – mojego krańcowego teoretycznego punktu wyprawy pod Uralem. Przejażdżka do Archangielska była podyktowana więcej ciekawością jak zwiedzeniem. Niczym mnie nie zaskoczyło te miasto, podobnie jak Murmańsk, Nie czuć wielkości i ważności miasta portowego. …Tak znalazłem się w Dwińskiej Zatoce Morza Białego.
Do Uhty jadąc z przeciętną szybkością 40 km na godzinę po piaszczystych, kamienistych i ze starym popękanym z dziurami asfaltem miałem odczucie, że osiągnę cel nie wiedomo kiedy. Dodatkowo dawały się we znaki chłodne dnie i plaga komarów. Ale jechałem. Jednym pocieszeniem były letnie białe noce, które wydłużały dzień. Dwa znaki na drodze wyróżniały się, to: 1.Zakaz wyprzedzania i 2.Wyboista droga. Im dalej na wschód tym miałem odczucie jakby Rosja była tylko drewniana z kiepskimi drogami.
Do Uhty dojechałem wczesnym popołudniem. Myślałem, że to wieś uralska a to duże miasto ze 120 tys mieszkańców z uporządkowanym światłami ruchem ulicznym. Kupiona po drodze bardziej szczegółowa mapa wskazała na jeszcze jedno miasteczko leżące 30 kilometrów dalej na północ – to Sosnogorsk. Jak zwykle z ciekawości pojechałem. Zatrzymałem się w hotelu dla doprowadzenia siebie do jako takiego porządku po podróży.
Przydał mi się dzień relaksu. …Kiedy byłem gotowy do opuszczenia hotelu zagrodził mi jeden gość wyjście. Okazało się, że pani z recepcji zainteresowała się samochodem i zadzwoniła do pobliskiej redakcji. Dziennikarz Denis nie póścił mnie szybko, przeprowadził wywiad.
…Po południu wyjechałem z ostatniego swojego punktu podróży dookoła Europy umytą „Zabawką” i znalazłem się w centrum miasta Uhty – swojego teoretycznie założonego podróżniczego marzenia. Zatrzymałem się spontanicznie w centrum miasta na Placu Lenina z jego pomnikiem. Niespodziewanie wdała się w rozmowę jedna para karmiąca uliczne gołębie, kiedy chciałem zrobić zdjęcie pomnika – wiecznego Boga Rosji. Jeszcze wymiana słów się nie skończyła a podeszli jacyś ludzie z kamerą. To Antoli poinformował swoich znajomych z miejskiej TV pracujących przy tym samym placu. I tak znalazłem się w programie wiadomości TV. Zaproszony zostałem do owiedzin studia TV i w gościnę do Antoliego. Skorzystałem, była okazja uzupełnienia korespondencji. Znajomość przeszła się w przyjaźń. Miałem przewodnika, wikt i opierunek gratis – podobnie jak w moim Centrum Wagabundy.
Z nowymi wrażeniami opóściłem Uhta udając się według planu południem gór Uralu do Samary – miasta ostatniego na południu Uralu, swojej marszruty dookoła Europy po stronie rosyjskiej.

Drugi odcinek wyprawy mam już z głowy. (I-szy był do Nordkapp)
Zasyłam Pozdrawienia z Sosnogorska – miasta najdalej wysuniętego na północno-wschodniej granicy Europy przy górach Ural – swoich wspaniałych Przyjaciół bez których pożyczki nie dozbierałbym pieniędzy na samochód i nie zacząłbym organizować wyprawę. Pozdrawiam zacnych Patronów i Sponsorów, w tym: GPS-AutoGuard Poland, Dom Volvo, Polski Związek Motorowy, Instytut Transportu Samochodowego, Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Ulicy im. Kazimierza Lisieckiego, Koło Seniorów z Automobilu Polskiego, Gminę Targówek i swoje Centrum Wagabundy prosperujące od 1992 roku.

Podsumowanie:
W ciągu 6 dni do Sosnogorska na północy gór Uralu po stronie Europy dojechałem „Zabawką” po opuszczeniu Norwegii przez miasta: Murmańsk, Pietrozawodzk, Wielsk, Archangielsk, Kotłas, Syktywkar, Imwa i Uhta. Przejechałem około 10,000 km po różnej jakości drogach. Dzięki pomocy technicznej „Domu Volvo” „Zabawka” przebrnęła te piekielne drogi w Rosji bez problemu. Renta inwalidzka pomaga mi w zdobywaniu świata.
– Jędrek

Posted in Europa 2012 | Comments Off on Droga do Uhty