Echo spotkania w „Centrum Wagabundy”

W listopadowy czwartek, dzień pracy był niewygodnym dniem na wieczorne rozrywki czy spotkania. Różne rodzinne problemy, ludzie zmęczeni oczekiwali odpoczynku w domu. …Ale nie wszyscy. …Wieczór, godzina 19:00, zaczęli przybywać sympatycy klubu i ciekawscy prelekcji z trasy okrążającej Europę po jej obrzeżach. Spora grupka osób z duszą podróżniczą czekała na opowiadanie naszego Jędrka. Kilka osób przyjechało z innych stanów a nawet byli i z Peru i prosto z Polski. Spotkaniem celebrowaliśmy również 20-lecie istnienia klubu-przystani razem ze wszystkimi z nas mających wspólne zainteresowanie w poznawaniu zakątków świata. Wzniesiony toast za istnienie tego polskiego miejsca – jedynego prywatnego klubu w Arizonie, który otwarty jest na okrągło dla wędrujących po świecie, w którym każdy może odnaleźć siebie – wprawia nas w dumę.
Wspomnieć warto, że „Centrum Wagabundy” jest potoczną nazwą. Jest to w zasadzie założona i zarejestrowana w 1992 roku przez naszego „Jędrka” Andrzeja Sochackiego fundacja, której prawdziwa nazwa brzmi: „The Foundation of the Vagaband Center”. Więcej o działalności naszego klubu jest przedstawione na stronie internetowej w: www.azpolonia.com.
Jędrka znamy z wielu spotkań, z wielu relacji o swoich podróżach. Odbył ich dużo, że aż nie pamiętam ile. Napewno trudno by było zliczyć jemu samemu wszystkie kraje, które przemierzył.
Atmosfera się uciszyła kiedy Jędrek zaczął zdawać sprawozdanie z tegorocznej europejskiej podróży. Aż nie do wiary co usłyszeliśmy. Niedość, że go okradli po drodze z zasobów to i „Skoda Poland” – sponsor użyczenia samochodu nawalił w ostatniej chwili, kiedy był już w Polsce. …Nie załamał się, dopomogli mu przyjaciele, którzy pożyczyli mu na samochód i doprowadzenie technicznie sprawnego do podróży.
…I tak kupił z gazety stare 17-letnie „Volvo-460” z 250 tys przejechanych kilometrów, wyremontował prawie na ulicy i przyszykował go do wędrówki po bezdrożach Europy. Żeby być pewnym jakie miejsca są newralgiczne w samochodzie dzień przed wyruszeniem poprosił o oględziny autoryzowanego warszawskiego dealera „Dom Volvo”. Załoga, widząc zapaleńca postanowiła przyjść z pomocą i naprawiła to co było konieczne gratis życząc podróżnikowi wykonania nałożonego zadania.
Wyjechał z błogosławieństwem bożym, przyjaciół i zamocowanym GPS AutoGuard w siną dal ekonomicznie na styk. …Nie zakładał chorób i remontów po drodze. Trasa wiodła z Polski przez Hamburg na północ Europy skandynwskimi krajami w kierunku Nordkapp gdzie był koniec pierwszego etapu. Drugi etap najgorszy przebiegał po drogach północnych Rosji w stronę gór Ural. …Dojechał wyczerpany ale bez problemów technicznych po piasku i kamieniach do uralskiego miasteczka Sosnogorsk za Uhta, nie leżącego na mapie, które było punktem zwrotnym w podróży. Od tego miejsca jechał na południe wzdłuż Uralu by dojechać do rejonu Morza Czarnego. „Zabawka” (imię samochodu) zgodnie z założeniem spisała się na medal. Jadąc już „z górki” po atlantyckiej stronie byliśmy wszyscy przekonani, że Jędrek ma za sobą już najgorsze.
Ale za wcześnie cieszyliśmy się. Samochód stawał się coraz wolniejszy aż wymagał naprawy. I tak któryś raz po drodze zajechał do mechanika w Irlandii by już po przecięciu pętli w Hamburgu na placu Beatlesów dojechać bez większych przeszkód do Warszawy.
Ogólnie Jędrek przejechał około 40 tys kilometrów obrzeżami Europę w 100 dni przez 34 kraje ościenne. Raz znalazł się w szpitalu, wypadków – 0, złapania kapci – 0, kradzieży – 0.
Pokazanie nam podczas ciekawego spotkania zmagań na trasie udowodniły, że Jędrek jest podróżnikiem-optymistą z powołania, który zawsze wybrnie z nieprzyjemnych sytuacji. Zresztą pokazał to we wszystkich swoich dotychczasowych światowych podróżach. A odbył ich siedem do tej pory różnymi środkami transportowymi. Niech żałują ci, którzy nie przyszli. Pytań było jak zawsze, co nie miara do późnej nocy; to jest normalką na naszych spotkaniach w „Centrum Wagabundy”.
Gość z Peru czuł się jak w rodzinie rozmawiając z Jędrkiem w swoim języku. …W przystani zawsze jest przyjazna atmosfera, gdyż klub otwarty jast dla wszystkich bez wyjątku. Szersze sprawozdanie z podróży na bieżąco znajduje się na stronach internetu jak i w „Auto-News. PL”.
– Asia Marciniak
rzecznik prasowy klubu

Posted in Rózne | Comments Off on Echo spotkania w „Centrum Wagabundy”

Wywiad dla telewizji Polsat 2

Wywiad można znależć pod adresem: http://tvpolish.com/index.php?option=com_content&view=article&id=5&Itemid=7&lang=en

Posted in Europa 2012 | Comments Off on Wywiad dla telewizji Polsat 2

Powrót do domu, do Arizony

Promocja 17-letniego samochodu po drogach czasami niewidocznych na mapie myśłę, że się udała. Gdy dojechałem północnymi bezdrożami Rosji odwiedzając Murmańsk i Archangielsk do Uxta – miasta na pónocno-wschodniej stronie pod górami Ural wszyscy dziwili się jak ja tam się znalazłem. Dzięki Bogu była słoneczna pogoda i drogi nie były nasiąknięte wodą. Udało się, starszy kierowca i starszy samochód i jakoś dogadywaliśmy się pokonując nierówności terenu.
Po zameldowaniu się w miejscu startu u dealera „Dom Volvo” i GPS AutoGuard w Warszawie następne dnie wypełniły spotaknia towarzyskie i konferencja prasowa w Gminie Targówek. Szkoda było przemilczeć stylu w jakim wykonałem ten rajd nie mający równych sobie. Stalowy przyjaciel pozostał pod opieką entuzjasty moich dokonań – Wiesława Mrówczyńskiego, nestora rajdowego jak i dziennikarza. Ten facet wie i czuje moje dokonania mówiąc, że te wyczyny nie mają równych w świecie, tylko nie może zrozumieć dlaczego w ojczystym kraju są tak pomijane przez mass media, które zachłystują się obcymi osiągnięciami.
Resztę pobytu w Warszawie poświęciłem sprawom związanym z tworzeniem „Centrum Wagabundy” – ośrodka podróżników w miejscu urodzenia. Zarezerwowanym lotem, na wózku inwalidzkim, wylądowałem liniami „American Airlines” na ziemii amerykńskiej.
Po wylądowaniu w Chicago fani mojego podróżowania wzieli mnie w opiekę. W odróżnieniu od pobytu w Polsce odbyłem kilka spotkań w radiu, telewizji i redakcjach. W towarzystwie starych przyjaciół Zbyszka i Teresy, u których zatrzymałem się, wróciłem samochodem do Arizony, gdzie czekała na mnie stęskniona rodzinka. Czekała na mnie również niespodzianka w „Centrum Wagabundy”. Żona Ewa z dzieciakami zorganizowali przyjęcie celebrując 20 lecie działalności fundacji – klubu wszystkich podróżników i mój powrót z okrążenia następnego kontynentu. Zbyszek – dusza historyczna, Tereska – dusza muzykalna, podróżujący od lat po całych Stanach, podzielili się swoimi ciekawymi przygodami. Tereska popisała się występem solowym z karaoke.
Po małym odprężeniu następne dnie mijały na zaległej pracy wokół domu i wypadach w towarzystwie swoich najbliższych.

…Przygoda po obrzeżach Afryki zaczęła kwitnąć w moich planach.

Pozdrawiam Słonecznie z Arizony – miejsca z bezchmurnym niebem. – Jędrek

Posted in Europa 2012 | Comments Off on Powrót do domu, do Arizony

Wspomnienia o drogach

Dlaczego wybrałem kierunek okrążenia Europy z zachodu na wschód?
Po prostu, najgorsze drogi były w planie na początku wyprawy mając na uwadze stary samochód po eksploatowaniu przez 17 lat w polskich warunkach drogowych i pogodowych. Dlatego okres jazdy przez Skandynawię przeznaczyłem na wyrobienie zaufania co do sprzętu. Samochód używany w mieście nie zdaje czasami egzaminu w jeździe długodystansowej poza miastem.
Po troskliwej naprawie przed wyprawą u warszawskiego dealera „Dom Volvo” byłem co do hamulców i zawieszenia spokojnniejszy. Już na samym początku w Rosji, po przekroczeniu granicy norweskiej nawierzchnia dróg dała się we znaki. Niby asfalt pokazany na mapie a w rzeczywistości księżycowe jamy ciągnęły się setkami kilometrów. Jadąc dalej doły, wyrwy, dziury na drogach były do siebie podobne i trzeba było je pokonać. Po takich drogach dobrze by było odbyć wyprawę jakimś terenowym samochodem a na to nie było mnie stać.
..Zostały na zawsze w pamięci przejechane drogi północnej Rosjii, piaszczyste ze stercząstymi ostrymi skalnymi wierzchołkami nie wyglądającymi groźnie. Najechanie z szybkością na taki kamień doprowadzało do awarii przegubów, drążków kierowniczych lub w najmniejszym stopniu do przebicia opony i postój murowany, który w warunkach bezdroży przeciąga się na następny dzień. O pomocy drogowej zorganizowanej nie było mowy. …Na szczęście mnie to ominęło. Nie bałem się wyzwania jazdy po drogach rosyjskich ale podszedłem do nich z respektem. Wykorzystałem swoje wieloletnie doświadczenie jazdy by szybkość zredukawać do zera jak przyszła konieczność.
W swoim czasie doświdczyłem przykrości kiedy wysiadły amortyzatory, przeguby i wyginały się drążki kierownicze nie mówiąc o wgnieceniach podwozia z układem wydechowym włącznie.
Po osiągnięciu północno wschodniego misteczka na Uralu – Sosnogorska, którego mapy drogowe świata nie pokazują, odczułem pewną ulgę. Od tego miasta jechałem nieco swobodniej na południe Uralu ale ciągle skoncentrowany by później na zachód zbliżyć się bardziej do dróg o lepszym standarcie nawierzchni.
Odprężenie całkowite nastąpiło, kiedy wjechałem w granicę dróg Unii Europejskiej. Tylko przypadkowo można było zahaczyć o nierówności, jak to zwykle bywa, gdy ktoś nie dopilnuje zakończenia prac drogowych lub reperacji na bieżąco. W byłych krajach „Zachodniej Europy” jechało się z maksymalną szybkością tak w dzień jak i w nocy, byle by nie przekroczyć „radarowej”szybkości.
Po stu dniach okrążenia Europy wróciłem do Polski zadowolony i optymistycznie nastawiony do przyszłej podróży którą będzie okrążenie Afryki po jej obrzeżach. Jak zwykle z towarzyszącym GPS AutoGuard-Poland.
– Jędrek

Posted in Europa 2012 | Comments Off on Wspomnienia o drogach

Ostatni odcinek wyprawy

W ulewnej nocy dobił prom we Francji do Dunkierki. Nie czekając do rana pojechałem błądząc po przyportowych drogach do Belgii spotkać się ze spotkaną polską rodziną we Włoszech. U Piotrka i Basi zatrzymałem się do następnego dnia. Odpocząłęm i północną drogą dojechałem do Hamburga by przeciąć linię pętli wokół Europy na Placu St. Pauli w rejonie znanej makiety Beatlesów.
…Jadąc przez Niemcy wracałem wspomnieniem do pomocy pana Sobiesława Zasady co do przywiezienia lawetą sławnego „Pryszcza” VW-garbuska do Warszawy z niemieckiego muzeum po 18 letnim eksponowaniu jak i rozmowy z nim i jego wstawiennictwa w sprawie urzyczenia VW-Caddy z Poznania do udanej wyprawy w 23 dni dookoła świata po lądzie w 2007 roku.
Ucieszony, że wyprawa udała się szczęśliwie i dobiega końca opuściłem Hamburg w stronę Polskiego Świnoujścia. Dalej przez Koszalin i Gdańsk wróciłem do punktu startu w Warszawie na plac dealera samochodowego przed gmach „Dom Volvo” odliczając 38,598 km okrężnej drogi po obrzeżach Europy. Wszyscy byli zadowoleni i gratulowali tej udanej wyprawy 17 letnim samochodem – Volvo-460. GPS AutoGuard odnotował szlak podróży dookoła Europy imponująco na mapce dostępnej dla każdego w internecie. Anioł Stróż miał mnie cały czas w opiece. Było różnie jak zawsze, nie zawsze lekko i bezpiecznie w tej solowej eskapadzie.

Ściskam Wszystkich z Warszawy – miejsca wyjazdu i zakończenia! – Jędrek

P.S. Ósmy odcinek wyprawy z głowy. (I-szy był do Nordkapp, II-gi do Uhty, III-ci Do Istambułu, IV-ty wokół Adriatyku, V-ty Od Sycylii do Gibraltaru, VI-ty Zachodem Europy, VII-y Dookoła Wielkiej Brytanii, VIII-y Powrót do domu). Serdeczne Pozdrawienia dla Przyjaciół, Patronów i Sponsorów, Sympatyków dalekich podróży i wszystkich którzy trzymali kciuki za powodzenie samotnej wyprawy. Szczególne podziękowanie przekazuję dla GPS AutoGuard Poland za pomoc w nawigacji i odnotowywania pozycji dzień po dniu na szlaku i dla dealera „Dom Volvo” bez którego pomocy technicznej wyprawa nie byłaby zakończona sukcesem.

Troszkę statystyki:
Minęło 100 dni samotnej podróży dookoła Europy po jej obrzeżach. Przejechałem około 38,598 km od startu spod „Domu Volvo” w Warszawie. Sędziwa „Zabawka” (Volvo-460, 1995) mająca około 280 tys km na liczniku spisała się imponująco, Przejechane kraje to: Niemcy, Dania, Szwecja, Norwegia, Rosja, Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Grecja, Albania, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Słowenia, Włochy, w tym San Marino, Sycylia, Watykan, Monaco, Francja, Hiszpania, Gibraltar, Jersey, Anglia, Wales, Man, Północna Irlandia, Irlandia, Szkocja, Belgia, Holandia, Niemcy i Polska, razem 34 kraje.

Moje wydatki:
Volvo-460 (1995) – 1,500.- USD
Remont i części – 2,500.- USD
Wypadków – 0
Przebić opon – 0
Szpital (4 dni) – 2,700.- USD
Lekarstwa – 600.- USD
Paliwo – około 8 tys USD
Naprawy – 800.- USD
Transport, żywność, hotele – 5 tys USD
Inne wydatki – 2000.- USD Razem około – 23,000 USD

„DOM VOLVO” – dodatkowa naprawa i części – wartość 8,500.- zł, GPS AutoGuard Poland – urzyczenie gratis systemu nawigacyjnego i pozycyjnego.

Posted in Europa 2012 | Comments Off on Ostatni odcinek wyprawy

DOOKOŁA WIELKIEJ BRYTANII

O 11:00 czasu miejscowego wg grafiku odprawy podróż promem trwała dwie i pół godziny. Siedziałem na poczekalni do późnej nocy i korzystałem z WiFi terminalowego. Poznałem kierowców Tirów, którzy czekali z ładunkiem na ten sam prom. Jeden z nich Węgier – Józef znał wszystkie zakamarki i oprowadził mnie po terminalu. W ten sposób skorzystałem z prysznicu i ogolony poszedłem do „Zabawki”, która czekała na parkingu „Ferry Car Terminal”. Spało mi się z przerwami, chłód nie pozwolił się wyspać. W pobliskim M’c Donalds zjadłem śniadanie i o 10:30 stanąłem w linii czekającej na odprawę celną. Samochód rzucał się w oczy swoimi nalepkami i Francuzi nie przepuścili dalej bez wiskania i dodatkowych pytań. Po kilkunastu minutach postoju na boku pojechałem w stronę czekającego promu „Brittany Ferries – Cherbourg II” do Poole.
Po stronie angielskiej przy wyjeździe z promu w kierunku centrum miasta znów dodatkowy i nie potrzebny postój. Tu Anglicy bawili się we Francuzów i wzieli się za kontrol w środku „Zabawki”. …Wyciągnąłem paszport amerykański i powiedziałem, że to moje wszystkie prywatne rzeczy z prośbą o szacunek dla nich. Celnik Anglik przyznał się, że jego dziadek był Polakiem i jest dumny z tego. Gdy powiedziałem, że dziedek napewno by taką robotą by się brzydził. On, spoważniał na minie jakby coś go zabolało i przerwał wiskanie samochodu. Ba, nawet zaczął poprawiać po sobie bałagan. Wytłumaczył mi jak mam wyjechać z portu najkrutszą drogą i pojechać dalej wzdłuż brzegu na zachód wyspy.
Okrążając Europę po jej obrzeżach popędziłem na zachód w stronę „Lend’s End”. Jest to część angielskiego lądu wysuniętego w kraju najdalej na zachód. Jak przywykłem do poznawania krańcowych kawałków ziemi w Europie mam porównanie co do zagospodarowania tych cypelków atrakcyjnych dla podróżników i turystów. Po części opisuję niektóre w swoich sprawozdaniach.
Jechałem do późnego wieczoru. Tego dnia nie dało się uwiecznić widoku na z djęciu z powodu szybko zapadającej ciemności. Spóźniłem się nieco na obejżenie zachodu słońca zatapiającego się w oceanie. Po odpoczynku w kawiarence hotelowej zjechałem na polanę i uciołem sobie dżemkę do rana. …Popatrzyłem sobie jeszcze na zajączki, które wyszły na spacer i baraszkowały sobie nie zwracając uwagi na „Zabawkę”, tak jakby jej nie było. Uchyliłem dżwi, nie uciekły a raczej przybliżyły się bliżej z ciekawości i ostrożnie patrzyły w moją stronę. Widoczne były w świetle lamp wokół nabrzeża. Rzuciłem kromkę chleba i pa, do jutra.
Cypelek jak inne ale innaczej zagospodarowany. Ciężko o wolny kawałek ziemi na budowlę. Wszystko zajęte, dużo biznesów działa, w tym sklepy, kina place do zabaw dla dzieci przyciągają turystów z daleka i bliska. Spało się dobrze ale krótko, gdyż stróż obudził mnie pukaniem do okna oznajmiając, że to nie parking.
Jadąc dalej na północ przez Wales drogi ciągnęły się często przez zielone tunele z rozłożystych drzew i wpadały w Atlantic Higway. Po drodze zaczepiłem o cypelek „St. David Head”. Spodziewałem się jakigoś zagospodarowanego miejsca a zastałem kawałek płaskiego brzegu z plażą porośniętą trawą z kilkoma łódkami i zaparkowanymi samochodami. Okazało się, że są rafy koralowe i świetne miejsce do nurkowania.
Jechałem dalej na północ z przerywającą pracą silnika wypatrując po drodze jakiś mechaniczny warsztat. I tak zajechałem do portu w Heysham by zrealizować swoje następne marzenie, to zwiedzenie wyspy Man, leżącej na Irlandzkim Morzu między Anglią i Irlandią. Gdy dowiedziałem się, że prom odchodzi o 4:00 rano, nie opuszczałem okolic portowych i wieczór spędziłem w Pubie i w poczekalni portowej. W między czasie jeden przypadkowy biker powiedział, że pomoże postawić diagnozę złej pracy silnika, więc podniosłem maskę i wszystko dotknął i poruszał. Nawet znalazł pokrywkę olejową z silnika zawieszoną za przewodami świec na boku silnika. Dzięki mu za to, zaoszczędził kupno nowej.
Ranek, ulewny deszcz, prom dobił do kei w Douglas – stolicy Isla de Man. Panorama domów jak pałacyków na skarpie okrężających zatokę portu wyczuwało się innych duch jakiś starodawny. Widok podobny do brzegów Malty. Nie było wycieczek zorganizowanych. Wykupiłem całodzienny autobusowy bilet i udałem się piętrowcem do dawnych stolic: – Castltown i Peel, które ozdabiały stare zamki. W Castltown – stolicy południowej zamek był twierdzą, więzieniem jak i domem odwiedzin człopnków rodziny królewskiej. Zamek w Peel – stolicy północnej był siedzibą administracyjną wyspy. Man – mała wysepka ma swoje godło, flagę, monety, konstytucję i rząd. Jest pod skrzydłami Anglii wchodząc w skład Wspólnoty Brytyjskiej (United Kingdom).
Zadowolony, że marzenie od lat spełnione wróciłem ostatnim promem na ląd angielski. Noc dospałem w „Zabawce”, która czekała na parkingu. Szukałem warsztatu samochodowego. W okolicach Liverpoolu na poziomie Lancastar wypatrzyłem warsztat i aby silnik był sprawny kazano mi poczekać do poniedziałku. I tak pod bramą warsztatu „MOT” spędziłem czas w deszczową i chłodną noc by być pierwszym klijentem na drugi dzień. Po oględzinach Chris – szef warsztatu, zarządał 150 funtów za naprawę. Nie miałem wyjścia. Czekała mnie droga na wyspę irlandzką, którą chciałem okrążyć bez kłopotu.
Wyrobiłem się na prom „P&O” jeszcze tego samego dnia. Po zapłaceniu w jedną stronę suneliśmy przez dwie godziny po wzburzonym morzu wodolotem bujającym się łagodnie na boki do Larne – portu w Północnej Irlandii. Zdecydowałem okrążyć wyspę od północy w lewą stronę aby odkręcić szyję w drugą stronę dla równowagi. Deszczowa pogoda zwolniła jazdę po drogach podobnych w Anglii. W drugim dniu jazdy zobaczyłem znak 100 km / godz. To oznajmiało, że wjechałem na teren Irlandii kraju z innym system miar. Od tej pory nie muszę przeliczać mil na kilometry i mogłem precyzyjniej określać sobie jazdę na czas. Zaopatrzyłem się w mapę i jechałem wokół następnego kraju.
Gdy zatrzymałem się na stacji benzynowej w okolicy Cork podszedł do mnie Mariusz i zaproponował pomoc. Tak znalazłem się w gościnie w jego domu. Kilka dni upłynęło na pisaniu, zwiedzaniu i spotkaniach z niektórymi osobami z Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego „MyCork”. Dodam, że w Cork mieszka kilkanaście tys Polaków z honorowym konsulatem włącznie. Są polskie sklepy, usługowe miejsca, lekarze. …U Mariusza i Iwony czułem się jak w rodzinie mając swój pokój do dyspozycji. Mariusz – sędzia i trener polonijnego klubu piłkarskiego „Polish Eagles” doprowadził drużynę w 2012 roku do zwycięstwa pucharu przechodniego „Division One” w irlanckiej lidze.
Wstąpiłem po drodze na północ do Dublina – stolicy Irlandii by wysłać meila do dziennikarzy, zadzwonić do rodziny i dowiedzić się adresu jakiegoś stowarzyszenia poloninjnego. Młody konsul nie zrozumiał moich potrzeb. Byłem jego postawą rozczarowany. Bywa, że młodzi pracownicy państwowi nie rozumieją aspektów podróży, nie mają porównania bez praktyki, pracują wg prawideł im narzuconym. Zrobiłem rundę miastoznawczą po stolicy i utrwaliłem ciekawe widoki w aparacie.
Dzień jazdy i znalazłem się w Belfaście – stolicy Północnej Irlandii, wchodzącej w skład Zjednoczonego Królestwa. Tam otoczony byłem troską przez irlancką rodzinę spotkaną na Jersey. Dzięki niej zwiedzenie, załatwianie różnych spraw miałem z głowy. Wycieczka po mieście uwieczniona została obrazkami z portu w którym budowano Titanika, z dzielnicy niezgody pomiędzy protestantami i katolikami, nowej promenady nad zatoką portową z plenarnymi rzeźbami i modelami.
Z Belfast promem udałem się na brzeg Szkocji i pojechałem zachodnią stroną przełęczmi pomiędzy górami nad rzeką na północ by nacieszyć się widokiem dzikiej przyrody górskiej wyłaniającej się z chmur i mgły. Raj dla wędrowników i rybaków. Przejeżdżając przez Glasgow zaczepiła mnie miejska TV by przeprowadzić krótki wywiad przed budynkiem parlamentu szkockiego. Nie przeszkodził w nagraniu programu padający bez ustanku deszcz. Okrążyłem Szkocję od północy po drogach z widokiem na morze. Wracając wschodnim wybrzeżem w stronę Edynburga wstąpiłem do Stone Haven gdzie poznałem Maćka i Przemka, który z talentem malowania systemem „Airbrush” zadziwiał wszystkich. Obiecane mam wymalowanie samochodu w przyszłorocznej wyprawie dookoła Afryki.
W drodze do Londynu gdzie oczekiwał mnie Jerzy Knabe – komandor Polish Yaht Clubu wstąpiłem z pewnym poleceniem odbycia rozmowy do Luton, do PR i Marketingu „Vauxhalla”. Po rozmowie otrzymałem nadzieję na możliwe urzyczenie samochodu na odbycie podróży dookoła Afryki. Z nadzieją wyjechałem na południe do Jurka u którego zastałem korespondenta z PAP-u, mieszkającego w Londynie. Po rezerwacji biletu na prom z Denwer do francuskiego wybrzeża zwiedziłem po krótce Londyn, tam gdzie jeszcze nie byłem w towarzystwie Jurka.

Pozdrawiam Wszystkich z Londynu!
– Jędrek
P.S. Siódmy odcinek wyprawy z głowy. (I-szy był do Nordkapp, II-gi do Uhty, III-ci Do Istambułu, IV-ty wokół Adriatyku, V-ty Od Sycylii do Gibraltaru, VI-ty Zachodem Europy, VII-y Dookoła Wielkiej Brytanii). Pozdrawienia dla Przyjaciół, Patronów i Sponsorów i Sympatyków dalekich podróży.

Troszkę statystyki:
Minęło 97 dni wakacyjnej podróży okrążającej Europę. Przejechałem około 37,625 km od startu spod „Domu Volvo” w Warszawie. Sędziwa „Zabawka” (Volvo-460) po remoncie ciągnie do przodu jak traktorek, Przejechane kraje to: Niemcy, Dania, Szwecja, Norwegia, Rosja, Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Grecja, Albania (135), Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Croesia, Chorwacja, Słowenia, Włochy w tym Sycylia, San Marino, Watykan, Monaco, Francja, Hiszpania, Gibraltar, Portugalia, Jersey (136), Anglia, Wales (137), Man (138), Północna Irlandia (139), Irlandia, Szkocja (140).

Posted in Europa 2012 | Comments Off on DOOKOŁA WIELKIEJ BRYTANII

ZACHODEM EUROPY

Z Gibraltaru jechałem według nakreślonego planu wyprawy – brzegami Atlantyku Europy Zachodniej w stronę Wielkiej Brytanii. Po kilku godzinach jazdy zabawiłem dłużej w Hiszpanii, Puerto Santa Maria u starego przyjaciela sprzed lat, dealera „Harley-Davidson”, kiedy jechałem dookoła świata „Adamem” – Sportsterem 883. …Poznaliśmy się od razu mimo 15 lat przerwy. Dusze podróżnicze nie zmieniają się.
W okolicy Lizbony zboczyłem w stronę Atlantyku do „Cabo da Roca” – miejsca najbardziej wysuniętego na zachód w Europie. Wyjechałem z pamiątkowym dyplomem. Jadąc szosą uważać trzeba było na elektroniczne rejestrowanie szybkości. Stacje benzynowe rozmieszczone daleko jedna od drugiej dodawały strachu przed kończącym się paliwem w baku. (Na wszelki wypadek wiozę dwa litry zapasowego paliwa, które jeszcze nie wykorzystałem). Zauważyłem, że ludzie zakładają odblaskowe kamizelki gdy znajdują się na szosie. Jest to obowiązkowy przepis. W Portugalii powstało dużo autostrad płatnych kosztem starych dróg. Trudno znaleźć drogi wolne od płatnych bramek.
Dotarłem do Fatimy. Pielgrzymów mrowie. Na specjalnym chodniku przed frontem katedry dużo osób sunęło na klęczkach modląc się gorliwie. Zaparkowałem „Zabawkę” na chodniku przed wejściem na plac. Gdy wróciłem policjant stał i czekał na mnie. Po pouczeniu o parkowaniu rozstaliśmy się na wesoło. Kiedyś można było zaparkować pojazd niedaleko klasztoru, dziś przemysł hotelowy i gastronomiczny otoczył miejsce święte ze wszystkich stron. Parkingi są wyznaczone daleko od miejsca sakralnego.
Z Portugalii wjechałem spowrotem w Hiszpanię i dotarłem do „Santiago de Compostela”, leżącego na drodze wyprawy. Ta monstrualna katedra położona na wzgórzu miasta widoczna jest z daleka. Do zwiedzenia potrzeba pół dnia. Wokoło słychać różne języki pielgrzymów. Zmęczeni odpoczywają na placu, śpią, kontenplują. Wszyscy czują się swojsko.
Podczas zatrzymania się na stacji benzynowej zauważyłem szlaban przy wyjeździe. Dobry zwyczaj nie podeżdżania pod prąd ruchu do pompy. Przy wyjeżdzie ze stacji szlaban podnosi się automatycznie.
…Przejeżdżam przez dużo miast z antycznymi budowlami. Zwalniało to tempo podróżowania i zachęcało do zatrzymania się. Przed opuszczeniem Hiszpanii zrobiłem większe zakupy opłacalne lepiej ekonomicznie.
Plan podróży zaprowadził mnie do sakralnego miejsca od przeszło 150 lat, którym jest Lourdes. Słynna katedra znajduje się w kotlinie górskiej nad rzeką. Nie widać jej z daleka. Zszedłem na dół kotliny i oczom nie wierzyłem. Wydająca się mała otworzyła mi oczy szeroko. Żeby objąć na zdjęciu cały front musiałem kikadziesiąt metrów cofnąć się do tyłu. Przy grocie objawień znajdują się krany doprowadzające wodę ze źródła wiecznie czynnego. Setki inwalidów widać wokoło, kalecy na wózkach w asyście sióstr szpitalnych twożą kilkudziesięciometrowy wąż.. Widziałem radość w oczach tych nieszczęśliwych ludzi po powrocie spod groty. Musi w tym coś być, gdyż radość pomaga w zapomnieniu ułomności. Oni poczuli się zdrowsi na ciele i duszy.
Szczęśliwy, że sanktuarium marzeń mam z głowy powoli opuściłem plac i wspiąłem się schodkami na górę gdzie czekała na mnie „Zabawka”.
Jadąc dalej zaczęły piszczyć hamulce z przodu. Zmuszony byłem zatrzymać się w warsztacie naprawczym. W planie miałem wskoczenie na koniec półwyspu Swiętego Mateusza znajdującego się około dwóch godzin jazdy od miasta Brest. Zajechałem z dziwnym przerywaniem silnika podczas jazdy.
Poświęciłem czas na zwiedzenie mini muzeum na samym końcu lądu. Mieszkańcy oddali hołd poległym w obronie swoim sąsiadom z La Concuet i ozdobili ściany zdjęciami poległych bohaterów. Znajdował się pomnik „St-Mathie” (Świętego Mateusza) patrona tego miejsca. Dawniejszy fort wykorzystany jest militarnie do obserwacji wybrzeża na Oceanie.
Wracając na drogę zauważyłem, że nie polepszyło się nic w pracy silnika. Zatrzymałem się u mechanika jednego, drugiego i trzeciego – wszyscy tłumaczyli się, że takich samochodów starych się nie dotykają. Zmuszony byłem zboczyć z drogi około 100 km i zajechać do autoryzowanego dealera Volvo w Rennies. Żeby było szybciej wziąłem autostradę. Dobrze, że krótka droga. Autostrady we Francji są jedne z najdroższych. U dealera jak wszędzie bez pośpiechu, wzieli „Zabawkę” na przegląd i jazdę. Wywnioskowali, że nie mogą pomóc bo nie mają części na stanie. Na to ja – mogę poczekać, niech zamówią. Oni – takiej części nie ma w całej Francji do starego samochodu jakim jest „Zabawka”. Powiedzieli, że usterka nie jest groźna i mogę jechać.
Od tego momentu jechałem wolniej pod wrażeniem, że może być gorzej w każdej chwili. Ciekawymi widokami w miasteczkach były fortyfikacje i kamieniste twierdze podniszczałe przez czas.
Zajechałem do portu Saint-Malo by popłynąć na wyspę Jersey, będącą w marzeniach od dziesięcioleci. Zostawiłem samochód na parkingu i wodolotem katamaranem „Conder ferries” w 45 minut dobiłem ślizgiem do brzegu wyspy oddalonej od Francji około 60 km.
Jersey
Poniedziałek, 3 września, 7:30. Pierwsze kroki w stolicy Jersey – Saint-Heiler skierowałem do turystycznej informacji po plan miasta. Zabawiłem się w turystę i już po 8:00 miałem wykupioną turę objazdową autokarem wycieczkowym po wyspie. Centrum miasta ozdabia pomnik ludzi z flagą unoszoną na znak wolności. Jest to główne miejsce służące do orientacji dla przybyłych turystów i do spotkań.
Lewostronnym ruchem w ciągu dnia okrążyłem całą wyspę z przewodnikiem a zarazem kierowcą. Niezapomniane wrażenia z wyrabiania się po wąskich dróżkach bez mijanek wielkim autobusem gdzie nie ma miejsca na pieszego czy rowerzystę. Ruch kołowy ograniczony – 30 mil / godz.
Przewodnik przedstawił w skrócie historię kraju z tysiącletnią tradycją i opisywał miejsca mu znane na trasie. Wypielęgnowane ogrody milionerów były wizytówką porządku. Budowli klkusetletnich z granitu mijałem całą masę. Wszędzie blisko, całą wyspę objechałem w kilka godzin, Zatrzymywaliśmy się na fotografowanie ciekawych miejsc. Kraj z kilkudziesięcioma tysiącami mieszkańców zagospodarowany jest prawie w każdym calu. Często kawiarenki urzędowały na skrawkach zagrodzonej jezdni.
Wyspa od przeszło 800 stuleci jest pod angielską opieką. Kraj ten ze swoją konstytucją, rządem, flagą i walutą zalicza się do grupy wchodzących w skład „Commweaith Countries”. Wyspę ubezpiecza Anglia.
Podczas II w.ś. okupowana była kilka lat przez Niemców co świadczą pozostałości bunkrowe i tunele podziemne, dziś dostępne do zwiedzania. Obecnie cieszy się ze wszystkimi mieszkańcami ze swej niezależności i z wizytujących turystów pomagających w nakręcaniu przemysłu turystycznego.
Przewodnik wycieczki poznał mnie z jednym Polakiem podczas przystanku objadowego. Mirek, 62 letni technik budowlany nie miał czasu porozmawiać dłużej na zapleczu kuchni. Podporządkowany był rygorom tam panującym i nie chciał podpaść bo w Polsce miał rodzinę, której trzeba pomóc. Dowiedziałem się, że pracuje tam pare tysięcy Polaków wyjechawszy z kraju za chlebem, jest też polski honorowy konsulat. Ziomkowie (duży procent inżynierów) pracują przeważnie przy budowie, w hotelach i restauracjach, gdzie się da. …Smutek wielki.
Szczęśliwy, że zwiedziłem kanałową wyspę wróciłem spowrotem do St-Malo tą samą drogą. Dalej jechałem „Zabawką” ciągle pamiętając o mechaniku. Po dniu jazdy brzegiem kanału La Manche dobrnąłem wieczorem do następnego portu – Cherburga z którego odbijają promy do Poole w Anglii. Dowiedziałem się, że prom odpływa w następnym dniu o 11:30 i są jeszcze miejsca. Po przekalkulowaniu zarezerwowałem miejsce. Zrezygnowałem z jazdy do Calais ze względu pogarszającego się stanu technicznego „Zabawki”. Może w Anglii doprowadzę „Zabawkę” do sprawności.

Pozdrawienia z Cherburga!
– Jędrek
P.S.
Szósty odcinek wyprawy z głowy. (I-szy był do Nordkapp, II-gi do Uhty, III-ci Do Istambułu, IV-ty wokół Adriatyku, V-ty Od Sycylii do Gibraltaru, VI-ty Zachodem Europy). Pozdrawienia dla wszystkich Przyjaciół, Patronów, Sponsorów i Sympatyków dalekich podróży.

Troszkę statystyki:
Minęło 80 dni wakacyjnej podróży okrężającej Europę. Przejechałem około 34,625 km od startu spod „Domu Volvo” w Warszawie. Sędziwa „Zabawka” (Volvo-460, 1995) wymaga remontu, Przejechane kraje to: Niemcy, Dania, Szwecja, Norwegia, Rosja, Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Grecja, Albania, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Słowenia, Włochy, w tym San Marino, Sycylia, Watykan, Monaco, Francja, Hiszpania, Gibraltar i Jersey..

Posted in Europa 2012 | Comments Off on ZACHODEM EUROPY

SZPITALNA PRZYGODA

Tak to w podróżowaniu bywa, że nagłe wypadki przychodzą niespodziwanie. Zawsze podróżnik planuje wyskok w świat bezchorobowo. Zabranie z sobą medykamentów to na wszelki wypadek. Zawsze spowrotem przywoziłem z sobą apteczkę pierwszej pomocy nienaruszoną. Musiałem wyrzucać przestarzałe pastylki, płyny czy maście. Gorzej by było gdyby zaszła konieczność użycia i byłoby ich brak. Woziłem z sobą profilaktycznie, czasami przeszkadzało mi to, zabierało miejsce w ekwipunku. Ale gdzie szukać jak potrzeba w drodze farmaceutycznego środka nie znając jego nazwy. Lekarza czasami też trudno znaleźć na czas.

Jechało mi się ciężko, bo w kurzy, brzęku i powoli, lecz wspaniale, do przodu, pokonując wyboistą powierzchnię przez połowę zaplanowanej trasy, tam gdzie miasto od miasta, w rejonie gór Ural, leżało setki kilometrów a nie mówiąc o jakimś szpitalu po drodze w razie potrzeby. Szukanie w nieznanym terenie, to dopiero przygoda. Nie wszystko można zaplanować a szczególnie chorobę. Do sześćdziesiątego roku życia nie potrzebowałem lekarza. …Kiedyś, podczas spotkonia prasowego jedna znana mi już z wielu poprzednich spotkań dziennikarka zapytała wprost: panie Andrzeju niech mi pan powie daczego pan tak często i daleko podróże? …Pani Teresko, bo ja nie choruję. Na to ona po chwili: …no właśnie!? Tylko tyle od niej usłyszałem. A jak wymownie to zabrzmiało, że aż w duchu żal mi jej się zrobił. Zrozumiałem wtedy, że zdrowie dla człowieka jest najważniejszym powodem do radości. Ja nie dostrzegałem tego, myślałem, że zdrowie do lat starszych każdy ma, tylko mu brakuje do podróżowania chęci, odwagi lub predyspozycji. Przejściowe bolączki w podróży szybko się zapomina.
Według starego powiedzenia” „Przyjdzie kryska na Matyska” dla twardziela. Tak się stało tym razem w mojej podróży. Jechałem sobie wygodnie czasami bez robienia przerw na gimnastykę. Tak zleciało przeszło 22 tys km, aż niespodziewanie opuszczając Sycylię poczułem ból w lewej nodze a dosłownie w łydce. Pomyślałem sobie, że na Etnie dużo łaziłem i odbiło się na kondycji. Jadąc, oglądając mijające i niepowtarzające się ciekawe widoki, zapominałem o dyskomforcie fizycznym. Z dnia na dzień noga zaczęła pobolewać, tak jak by była przeforsowana. Wziąłem profilaktycznie pastylki na cholesterol, gdyż ostatnio zajadałem się kanapkami mięsnymi z żółtym serem. Może się zaczął osiadać w żyłach zmniejszając światło przepływu krwi. Na trasie takie kanapki były najbardziej dostępne w stacjach postojowych.
Zbytnio się tym nie przejmowałem, gdyż nie raz po dłuższym etapie musiałem poruszać się dłużej by kondycja wróciła do normy. Tym razem po kąpieli morskiej na Sysylii coś z łydką było inaczej, trochę wydawała się twardsza i trochę rosła w obwodzie. Po następnych dniach nie zauważyłem poprawy. …Aby do Rzymu, pomyślałem, tam zatrzymam się na dłużej i zajmę się naprawą osobistej ustrki.

Był piątek, 17 sierpnia 2012, 54-ty dzień podróży – kiedy wjechałem do Rzymu od strony Watykanu z samego rana i zatrzymałem się w okolicy Placu św. Piotra na jednej z uliczek. A, że było jeszcze wcześnie (8:30) zaparkowałem bez problemu tuż za budowlą z figurami okrążającą plac w uliczce równoległej do głównej – Via della Conzilacione. Wszystko zmienia się na świecie piorunująco i w Rzymie też. Po śmierci Jana Pawła II polskie miejsca informacyjne znikneły, nic nie znalazłem funkcjonującego sprzed laty. Zastanawiałem się co zrobić, od czego zacząć. Wszystko było jeszcze pozamykane. W planie miałem spotkanie ze starym przyjacielem o. jezuitem – Kazimierzem Przydatkiem, znanym mi od czasów prywatnej audiencji na dziedzińcu papieskim kiedy jechałem VW-Pryszczem dookoła świata, od niego chciałem zacząć wędrówkę po Rzymie, odwiedzić stare znajome polonijne miejsca.
Gdzie go spotkać, w starym miejscu już nie pracował. Z pomocą przyszli mi oo.Jezuici udostępniając jego telefon. Zadzwoniłem. Ojciec Kazimierz ucieszył się jak ja, że się spotkamy, Ale powiedziałem mu, że zadzwonię jeszcze raz, chciałem spotkać się z lekarzem i dowiedzieć się co dzieje się z nogą.
Żeby nie tracić poszedłem na pogotowie ratunkowe (Pronto Soccorso) w watykańskim szpitalu „Santo Spirito” przy ul. Lungotevere in Sassia.
…Co za miłe podejście, pielęgniarek na recepcji, widząc moje zaniepokojenie wzięły szybko sprawę w swoje ręce. Po chwili znalazłem się w pokoju przejściowym. Pani doktor orzekła – trzeba zostać w szpitalu i zbadać szczegółowo przyczynę puchnięcia, gdyż może być problem z krążeniem krwi w nodze.
…Podsunęła mi skierowanie do podpisania. …Ale co miałem zrobić kiedy samochód stoi na ulicy bez żadnej ochrony, o tak sobie przy chodniku, niezabezpieczony. Dała mi kwadrans na załatwienie spraw z parkowaniem. Pobiegłem szybko do samochodu, rozglądałem się za policją, gorączka z nieba wypędzała wszystkich w cień. …Jechał samochód policyjny, to karabinierzy. Mówię o swoim problemie, czy może stać dłużej w tym miejscu. Nie mają żadnego sprzeciwu, nikomu nie przeszkadza, ale od decyzji są władze miejskie. Zauważyłem wóz policji municypalnej (miejskiej), podbiegłem i powtarzam problem. Oni na to: dziś jest OK ale jutro jest nowy dzień i nie wiedzą co będzie… To tyle co mogłem załatwić.
Zdecydowałem zostawić go „na pastwę losu”, nie miałem wyjścia, musiałem zaryzykować, zdrowie ważnniejsze. …Umieściłem kopię skierowania do szpitala z przodu za szybą, wziąłem dokumenty, pozamykałem drzwi i wróciłem na pogotowie. Pani doktor czekała cierpliwie. Kiedy stanąłem w drzwiach zasapany, wskazała mi wózek. …Jedna z pielęgniarek zawiozła mnie do laboratorium na zbadanie ultrasądowe przepływu krwi w nodze i na rutynowe kardiologiczne badanie, po tym jeszcze prześwietlenie klatki piersiowej i …na salę chorych. Zaproponowała mi łóżko pod oknem, jak lubię miejsce to żebym sobie odpoczął i poczekał na lekarza. Odpowiadało mi to miejsce, powietrza było pod dostatkiem. W między czasie zabandażowano chorą nogę aż po pachwinę żeby nie puchła więcej, pobrano mi krew i wstawiono przewód w żyłę prawej ręki w razie potrzeby na „dokarmienie”. …Od tego czasu nie spieszyli się, ja leżałem i czekałem podniecony „co będzie dalej”. Tak upłynęło kilka godzin i nikt z personelu lekarskiego się nie zjawiał.
Przed kolacją, po oględzinach i sprawdzeniu wyników lekarz dyżurny powiedział, że muszę zostać kilka dni pod opieką, bo sprawa jest poważna, jedna żyła w nodze jest zablokowana w pewnym miejscu i trzeba odblokować by nie doszło do zawału serca; a to zajmie trochę czasu,. Nie miałem wyjścia, musiałem być posłuszny co do werdyktu. …Nie sprecyzował ile dni to zajmie.
Do nocy sala zapełniła się, razem nas chorych w różnym wieku, każdy na co innego, było pięciu. Do północy pielęgniarki nie dały zasnąć. Co jakiś czas jakieś sprawdziany: to temperatura, to ciśnienie, to poziom cukru we krwi czy zastrzyki i pastylki wypełnniały czas.

W sobotę obudziłem się wcześnie z myśłą co jest z „Zabawką”, czy jeszcze stoi w całości. Jak sprawdzić stan samochodu. Zwierzyłem się o swoim problemie jednej z pielęgniarek, ta zadzwoniła do kapelana szpitala, którym był Polak padre Mariano. Około południa zjawił się wesoły na twarzy o. Marian i już mi się humor poprawił. Wziął klucze od „Zabawki”, przyniósł mi laptopa i ręcznik. Zrozumiałem, że z samochodem jest w porządku. Przyniósł mi też kilka kanapek bym nie stracił na wdze. Powiedział, że będzie się starał przeparkować samochód bliżej szpitala jak będzie możliwe. Żebym się nie martwił, gdybym coś potrzebował będzie do usług.
Niedziela (trzeci dzień) skontaktowałem się z o. Kazimierzem Przydatkiem, może zajży do mnie gdy znajdzie czas. Zauważyłem też, że łydka staje się bardziej elastyczna. Dodatni obiaw kuracji polepszył samopoczucie. Jest nadzieja na szybsze wypisanie. Zacząłem lekkie ćwiczenia na leżąco by rozruszać zwiotczałe mięśnia. Humor wrócił do normy.
Czekałem niecierpliwie na poniedziałek i orzeczenie lekarzy w lepszym samopoczuciu. Nadrabiałem zaległości w pisanniu. Mam połączenie z ViFi szpitalnym ale nie chcą udostępnić hasła, bym wysłał korespondencję elektronową. Uzupełnię po wyjściu ze szpitala. Może zatrzymam się w „Domu Pielgrzyma J.P.II”.

Pielęgniarki, doktorzy pracowali w weekend jak w normalny dzień.
Zauważyłem, że przy łóżkach pacjentów stały eleganckie pantofle a nie jak w USA niemal wszyscy chodzą w pepegach niezależnie czy są w długich spodniach czy krótkich. Co kraj to obyczaj.

Poniedziałek. Czwarty dzień pobytu w watykańskim szpitalu „Santo Spirito”.
Z rana rutyalne czynności i zabiegi z pacjentami. Noga wyglądała w normie, opuchnelizna zeszła, stała się elastyczna jak zawsze. Czekałem z niecierpliwością na obchód i może ostateczny werdykt. Sam ordynator przyszedł i po rozmowie dał mi pozwolenie opuszczenia po objedzie ale pod warunkiem, że przerwę podróż na jakiś czas. Za dwa dni mam spotkać się z lekarzem w Polsce.
Przemilczałem wszystkie uwagi i przytaknąłem głową.
Na własne ryzyko, ostrożnie pojadę dalej do zamknięcia pętli wokół Europy. Postaram wykonać wszystkie zalecenia lekarskie, będę uważał na dietę i trzymał się blisko lekarza po drodze.

O. Mario przyszedł dowiedzieć się i pożegnać. …Ostatni poobiedni zastrzyk. …Opuściłem wreszcie szpital, poszedłem powoli lecz szczęśliwy do samochodu. Noga już nie boli i wygląda w normie. Żar buchał z nieba.

No cóż, niespodziewana mała przerwa w podróżowaniu była mini przygodą w przygodzie. Trzeba będzie wyciągnąć wnioski i nie być pochopnym w decyzjach.
– Jędrek

Posted in Europa 2012 | Comments Off on SZPITALNA PRZYGODA

PÓŁNOCĄ MORZA ŚRODZIEMNEGO ( od Sycylii do Gibraltaru)

Było jeszcze słońce na niebie jak wjechłem „Zabawką” na prom z Reggio di Cabria do Messyny na Sycylii. 500 kilometrowa droga od Taranto skończyła się szybko, nie była męcząca jadąc wzdłuż brzegu podziwiając odcienie wody i złoty piasek na plażach. Robiłem przystanki na odpoczynek przy wodzie o turkusowym odcieniu. Została krótka droga z kontynentu na wyspę, którą widać było przez cały czas płynięcia.
Sycylia
Nie tankowałem na portowej stacji, pojechałem w stronę Palerma od północy przy wodzie, na zachód w stronę Palermo.
Choć jechałem częściowo drugi raz po tych samych miejscach to wydawało mi się, że jeszcze tam nie byłem. Pamięć nie wszystko utrwala a świat zmienia się szybko. Życie ludzi jest aktywniejsze po zachodzie słońca, jak w krajach południowych gdzie dnie są gorące i trzeba uciekać przed słońcem. Jadąc przez niekończące się miasteczka wydłużały czas jazdy. Sycylia ma swój odrębny styl życia, ludzie są uśmiechnięci i życzliwi. Czuje się życie na wyciągniętą rękę. Widać dużo biegaczy, rowerzystów i motocyklistów we dwójkę. To wyspa dla wczasowiczów wędrowników i zakochanych, tam nie ma pośpiechu, tubylcy przyzwyczajeni do turystów, mają cierpliwość na wąskich i krętych drogach, nie poganiają, nie trąbią, czekają na dogodny moment wyprzedzenia. Czasami nie wiadomo czy jedzie się szosą czy ulicą. Drogi nie omijają miast, przelatują okrężając domy stojące na drodze. Wiele razy są tak wąskie, że trzeba się cofać by ustąpić miejsca np. autobusowi. Za miastem przy drogach są wgłebienia boczne ze znakiep „P”, są to miejsca na krótki postój czy odpoczynek. Dla szybkiego poruszania się wybudowane są niebotoczne autostrady, które zniwelowały prawie do zera poziom terenowy. Jadąc nimi wydaje się, jakby nie było gór a przecież Sycylia to górzysta wyspa.

Zajechałem pod dom przyjaciół z poprzedniej wizyty wyspy, chciałem zrobić im niespodziankę. Pech! Wyprowadzili się z Palermo do miasta, które mam już za sobą. Nie chciało mi się już wracać.
Okrążając wyspę zajechałem do Agrigento, do miasta wykopalisk z okresu starego Rzymu. Tam była siedziba władców i stamtąd wychodziły rozkazy. Okazałe ruiny „La Valle dei Templi” są dostępne dla publiki.
Okrążajac wyspę i szukając interesującego i spokojnego miejsca do postoju przypadkowo zajechałem do Mariny w Auola. Niespodzianka, podczas pytania właściciela mariny o miejsce parkingowe podszedł jeden młodzieniec i wtrącił się po polsku w rozmowę. Zwrócił się do patrona, że zajmie się mną. I tak zaczęła się przyjaźń między Radkiem i mną. Nie puścił mnie przez dwa dni, miałem pokój, wikt i opierunek gratis. Radek pracuje od kilku miesięcy w marinie, jest prawą ręką bosa i opiekuje się całym sprzętem żeglarsko-motorowym. Okazało się, że pracuje tam jescze kilku Polaków.
Wieczorem zorganizował spotkanie ze mną i musiałem pogadać na temat moich podróży a szczególnie zainteresował ich temat „Dookoła świata jachtem”. Zazdrościli mi wojaży. Powiedziałem, że mogą zrobić więcej niż ja, są młodsi a ja pomogę im w spełnieniu marzeń. Na drugi dzień Radek zorganizował pływanie na mniejszym jachcie przy brzegu mariny. Piekące słońce nie pozwoliło pływać długo. Kąpiel w seledynowej wodzie była o wiele przyjemniejsza niż pływanie w tym upalnym dniu.
Jeden z członków mariny, pewien adwokat namówił mnie na przelot skonstruowaną przez niego lotnią pontonową. Zaciekawiła mnie ta konstrukcja kombinacji motorowej lotni z pontonem. Może znajdę zapaleńca, który pojdzie w ślady Sycylijczyka. Dokumenty konstrukcyjne i pomoc w budowie zapewniona. Opalony i zmęczony atrakcjami pojechałem dalej. Na spokojne miejsce muszę poczekać.

Zatrzymałem się by spędzić dłuższą chwilę w Siracusa. Pochodziłem po mieście z odkrytymi murami z czasów rzymskich. Zwiedziłem Sanktuarium Matki Boskiej, którego podwaliny stanowi skała, pokazana w środku „Katedry de la Crime”. Miłym akcentem pobytu w Siracusa zastałem karteczkę w samochodzie z pozdrowieniami i telefonem od Polki tam mieszkającej. Nie doszło do spotkania, pojechałem dalej.
Niespodziankę zrobiła mi „Zabawka” wjeżdżając na najwyższy punkt w miasteczku Taormina zabudowanym domami przylepionymi prawie do pionowej skały. Wjechać wiechałem, gorzej było zjechać bez mijanek w zapadłej nocy. Kosztowało mnie więcej zdrowia niż radości. Udało się zjechać bez obtarcia o ściany lub samochody. Jest to miejsce turystyczno-wczasowe. Kawiarenek, restauracji, hotelików jest jedna na drugiej. Przyciąga turystów widok na morze prawie z każdego okna. Połaziłem trochę na samym szczycie od kawiarenki do kawiarenki skąd widoki przepiękne miasta w dole z domami i ulicami oświetlonymi, aż noga pobolewać zaczęła.
Zamknąłem kilkudniową ciekawą przygodę wokół Sycyli w Messinie skąd promem wróciłem na macierzysty ląd Włoch.
Azymut – północ Półwyspu Appenińskiego
Pomknąłem brzegiem morza w stronę Monte Casino. W okolicy Salerno zatrzymałem się na noc, na pakingu turystycznym gdzie jest cicho i bezpiecznie. Czuło się wilgoć w powietrzu, było ciepło. Przejeżdżając przez Neapol pamiętam jego przedmieścia pokryte kostką bazaltową ułożoną faliście. Wszystko brzęczało w Zabawce. Jadąc w stronę Monte Casino czułem się podniecony. Historia odzywa się w środku i nie ma na to rady. Zabawką dojechałem do stóp klasztoru. Popatrzyłem z góry na polski cmentarz. Piękny krzyż rzucał się w oczy patrząc z ganku klasztornego. Zajechałem na Polski Cmentarz, największy z wojennych cmentarzy u stóp góry. Paliły się znicze i świeże kwiaty leżały na płycie. Odrestaurowany wygląda pięknie tak z daleka jak i z bliska. Na parkingu zatrzymało się dużo samochodów z różną rejestracją. Wieczorem pojechałem w stronę Rzymu.
Do Watykanu wjechałem z rana. Zaparkowałem samochód niedaleko Bazyliki Św. Piotra na jednej z bocznych uliczek, równoległej do głównej – Via della Conzilacione. Zamiast zwiedzać udałem się na pogotowie ratunkowe (Pronto Soccorso) w watykańskim szpitalu „Santo Spirito” gdyż denerwował mnie stan nogi. Opuchlizna nie przechodziła i stawała się łydka twardsza. Przyjeli mnie uprzejmie i skierowali na badanie. Okazało się, że muszę zaliczyć kilka dni leczenia szpitalnego.
Po kilku dniach, gdy podszedłem do „Zabawki” rzucił mi się w oczy oberwany zderzak tylny. Jednym końcem leżał na jezdni. Obszedłem dookoła. Zauważyłem zamek w drzwiach pasażera zdemolowany, napis plastykowy leżał przy kole. Zakurzona okropnie. W środku list od spotkanych Polaków pod Monte Casino treści: „Panie Andrzeju, czujemy, że spotkało Pana nieszczęście, nie wiemy jakie. Staliśmy kilka godzin przy samochodzie z nadzieją, że Pan lub ktoś znajomy przyjdzie. Martwimy się o Pana, ale jesteśmy dobrej myśli, że Pan żyje. Musimy jechać. Będziemy w kontakcie. Romek i Ania z Grodziszcza”
Wsiadłem i zapaliłem. Odpalił od razu. Nadzieja, że pojadę dalej. Zderzak podczepiłem do góry drutem. Wykupiłem lekarstwa i powoli odjechałem. Pokręciłem się po Rzymie i wyjechałem na drogę w stronę Genui. Wstąpiłem do Pisy by sprawdzić czy wieża nie upadła. Stanąłem „Zabawką” tam gdzie piesi tylko chodzą dla dowodu, że wieża stoi lecz bez pozwolenia wejścia na nią. Ostatnim noclegiem na postoju przy autostradzie opuszczam kraj tysiąca mostów i tuneli. Południem lądu a północą Morza Środziemnego przejechałem powoli przez Monaco, Niceę, Cannes i Marsylię w stronę granicy gór Pirenejów. Nie zatrzymywałem się na zwiedzanie gdyż tę trasę pokonywałem wielokrotnie. Drogami przymorskimi nie da się szybko jechać z powodu ciągnących się plaż jednej za drugą i chodzących wzdłóż drogi urlopowiczów. Misteczka graniczne nie zmieniają wyglądu i atmosfery. Gdyby nie tablice oznajmiające kraj nie wiadomo kiedy by się ją przekraczało.
Nocleg w okolicy Girona przypadł na postoju przy autostradzie. Wyspany pojechałem drogami na południe Hiszpanii. Zafascynowany zatoczkami z zieloną wodą i stojącymi jachtami zjeżdżałem z drogi by zrelaksować się ym widokiem z bliska. Kilka lat temu tę trasę pokonałem Harleyem jadąc autostradą. Różnica wielka, obecnie nie da się przyspieszyć bo szosa przechodzi przez miasta a w nich zamienia się w ulicę. Stroną dodatnią jest możliwość zaopatrzenia się i odpoczynku w jakimś miejscu wybranym.
W pobliżu Gibraltaru kilkaset metrów przydał się kilkugodzinny relaks na plaży przed wjechaniem w miasto-kraj z odmienną atmosferą. Woda zimna jak w Bałtyku tylko przezroczysta i więcej słona, można swobodnie leżyć na plecach bez poruszania rękami.
Wjechałem „Zabawką” na szczyt góry tam gdzie szlak turystyczny pozwala. Kiedyś Harleyem dotarłem na szczycie góry do samego końca drogi. Obecnie płatny turyzm opanował wszystko. Nawet małpy żyjące luźno bawiące się dawniej z turystami, spędził w obszar płatnych wycieczek. Kraj anglosaski należący do grupy „British Isles” odróżnia się stylem życia, językiem i walutą od otaczającej go Hiszpanii. Mi nie robi różnicy, po angielsku i po hiszpańsku mogę rozmawiać na krzyż. Dla łatwiejszego poruszania się przybyło więcej dróg jednokierunkowych. Pół dnia zleciało szybko na tej górze podziwiając widok Cieśniny Gibraltarskiej pomiędzy Atlatykiem i Morzem Śródziemnym.

Pozdrawiam Wszystkich znad Cieśniny Gibraltarskiej!
– Jędrek

P.S. Piąty odcinek wyprawy już z głowy. (I-szy był do Nordkapp, II-gi do Uhty, III-ci Do Istambułu, IV-ty wokół Adriatyku, V-ty Od Sycylii do Gibraltaru). Pozdrawienia dla wsszystkich Przyjaciół, Patronów i Sponsorów

Troszkę statystyki:
Minęło 65 dni wakacyjnej wyprawy okrężającej Europę. Przejechałem około 27,625 km od startu spod „Domu Volvo” w Warszawie. Sędziwa „Zabawka” (Volvo-460, 1995) jedzie od początku bez większej usterki, Przejechane kraje to: Niemcy, Dania, Szwecja, Norwegia, Rosja, Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Grecja, Albania, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Słowenia, Włochy, w tym San Marino, Sycylia, Watykan, Monaco, Francja, Hiszpania i Gibraltar.

Posted in Europa 2012 | Comments Off on PÓŁNOCĄ MORZA ŚRODZIEMNEGO ( od Sycylii do Gibraltaru)

DOOKOŁA ADRIATYKU, do Sycylii

Po krótkim pobycie w Polonezkoy pod Istambułem obrałem azymut po krajach okrążających Morza: Egiejskie i Adriatyckie. Z mostu nad Bosforem skierowałem się na zachód jak najbliżej brzegu by dotrzeć do największej budowli muzułmańskiej w tym kraju – „Błękitnego Meczetu” (Eminonu Sultan Ahmet). Położony na wzgórzu widoczny jest z kilkudziesięciu kilometrów. Dojazd pod niego był utrudniony z powodu natężonego ruchu ulicznego. Gdy byłem tu pierwszy raz, około 30 lat temu, mogłem podjechać niemalże pod samą buduwlę..
Z krótkimi przystankami, brzegiem Egiejskiego Morza pojechałem przez Thessaloniki w stronę Aten. Jechałem zgodnie z nakreślonym planem przedwyprawowym okrążającym Egiejskie Morze. Drogi lepsze niż w Turcji. Widać ujednolicenie unijnych znaków, nawierzchnie nowe i po części wyreperowane. Stare Volvo rozpędzało się do 130 km na godzinę, aż byłem zaskoczony.
Dzięki GPS-wi wmontowanemu w „Zabawkę” z AutoGuardu dotarłem w pobliże dzielnicy zamieszkałej przez Polaków. …Rozczarowanie. Polaków została niewielka grupa, Dom Polski nie funkcjonuje, gazety polskie wychodzą w znikomych nakładach, egzystuje niewiele sklepów polskich i biznesów. Polacy w panice przed bankrutctwem kraju porozjeżdżali się w rózne strony Europy. Część z nich wróciła do Polski.
Zajżałem na górę Akropolis by przypomnieć sobie jej widok jak i amfiteatr „Herodium”. Jest w ciągłej konserwacji i w budowaniu dróg łatwiejszego obejścia i podejścia pod historyczny monument.
Ciekawił mnie tym razem półwysep Poloponezyjski. Objechałem go dookoła. Niedaleko Kalamaty, wysuniętego na południu miasta zażywałem kąpieli w parnym i upalnym dniu. W wodzie przezroczystej świeciły na dnie kolorowe kamyczki. Cały półwysep oblężony jest kamienistymi plażami. Bez karimaty opalanie na takiej plaży jest niewygodne. Opuszczając jazdę przybrzegową półwysep miałem dwie drogi do wyboru przedostania się na macierzysty ląd: jedna to tradycyjna promem, druga przez nowy wiszący most. Choć była droższa wybrałem ją z ciekawości. W rezultacie wysoko nad wodą jechało się cicho po moście wiszącym na czterech masywnych filarach podziwiając z perspektywy długą zatokę.
Przed granicą albańską złapała burza z piorunami, ulewny deszcz sparaliżował ruch. Utworzyły się rzeczki przepływające w poprzek dróg. „Zabawka” jak spychacz pokonywała głębokie na pół metra strumyki zadziwiając kierowców małych ciężarówek. Ja sam się dziwiłem, że z taką lekkością bez zalania silnika jechała pchając falę utworzonej wody przelewającej się po masce. Brawo dla Volva, starego przyjaciela. Do granicy pozostało 60 km, ale jadąc w deszcz po drogach słabo oznaczonych i krętych zajęło mi co najmniej trzy godziny.
Zatrzymałem się na parkingu przygranicznym już w Albanii. W restauracji kelner widząc, że jestem z Polski przywitał mnie słowem „dzieńdobry” zadziwiająco. …A to przez kontakt w handlu z Polkami. W ramach przyjaźni polsko-albańskiej postawił mi piwko „Tirana”. …Oglądałem sobie TV do późna w nacy…
Albania jest 135 krajem w moich podróżach. Nasłuchałem się o tym kraju co niemiara, że komunistyczny, że biedny, że okradają, że nie ma dróg. …A tymczasem rozczarowanie dla wjeżdżającego turysty. Drogi już przed stolicą szerokie z nową nawierzchnią, prawie same mercedesy na drogach. Myślałem z początku, że to turyści z innych krajów. Lecz szybko, zmieniłem zdanie. W Tiranie marka niemiecka wyprzedza inne. Jeszcze takich dużych osobowych samochodów niemieckich nie widziałem. …Taką dużą ilość mercedesów widziałem tylko w Republice Południowej Afryki (RPA), gdzie był ich montaż.
Można niemalże kupić wszystko. W kawiarenkach przyulicznych siedzą sami mężczyżni. To skutek bezrobocia jakie zaczyna wkradać się do kraju. Podobał mi się zwyczaj hodowli w ogródkach jak i sprzedawania różnego gatunku ziół w doniczkach zamiast kwiatków. Rośliny wykorzystywane są jako przyprawy na bierząco; przeważała mięta.
Jadąc w Albanii dopiero pozamiejskimi dróżkami z dala od głównych arterii zauważyłem kontrast. Z jednej strony przesadzisty samochód osobowy z drugiej facet idzie drogą pomagając osiołkowi dźwigającemu ładunek. Turystom jadąc w zorganizowanych wycieczkach ten widok jest nieznany,.
W jednym małym miasteczku droga wyglądała jakby łopatą asfalt kładziono. Trzęsło całym samochodem. W pewnym miejscu, w świeżo nałożonym asfalcie, wpadłem z nienacka w dziurę i klops, aż „Zabawka” usiadła na spodzie. Nie sposób było nią wyjechać. Musiałem wezwać kilku mężczyzn do pommocy. I przy pomocy belki wywindowano samochód na powierzcznię. Skutkiem tej „wpadki” oberwał się tylny zdeżak z jednej strony. Musiałem podciągnąć go drutem by nie telepało i pojechać dalej. …Po bokach dróg całe śmieciowisko ciągnące się kilometrami. Widać pastuchów indyków i owiec. …Ale to jest urok albański, znany mi uprzednio z opisywanych w książkach czy prasie. Cieszę się, że w końcu zwiedziłem ten kraj będący w moich podróżniczych planach od dziesięcioleci.
Na granicy albańskiej celnik tylko spojżał na rejestrację z okienka i machną ręką, żeby jechać dalej. Po stronie czarnogórskiej nie widziałem nikogo w okienku, więc nie czekałem i pojechałem dalej, w głąb kraju. Miałem okazję porównać atmosferę i wygląd miejscowości, które znałem z wycieczek za panowania Tito, prezydenta zjadnoczonych krajów w jeden – Jugosławię. Piękną arterią wjechałem w Czarnogórę, czysty, 700 tysięczny kraj nastawiony pod turystów. Przemysł turystyczny napędza całą gospodarkę.
Podobnie jest w krajach: Chorwacji, Bośni i Hercegowinie. Odbiłem od brzegu na Mastar by zajechać krętymi drogami pod górę, do Medugorie. Tam przy sanktuarium Madonny Młodzieży każdego dnia przybywa tysiące ludzi z różnych zakątków świata. Atmosfera niesamowita, wszyscy śpiewają, modlą się, oglądają telebim ze spotkań niemalże przez całą noc. Miasteczko pielgrzymów z całego świata; bez nich nie istnieje.
W Słowenii zatrzymałem się na kąpanie w turystycznym miasteczku – Pula, gdzie zjeżdżają się europejczycy mówiąc, że woda w północnej części Adriatyku okolicy Rijeki jest bardziej brudna. Niemalże na całym wybrzeżu adriatyckim plaża jest to nieskończony pas opalających się turystów.
Przez Triest, będąc wolnym miastem w erze komunizmu, dojechałem do Wenecji. Nic się nie zmieniło od ostatniego razu, kiedy zwiedziłem wodne miasto podczas okrążenia ziemi VW-Cadyy w 23 dni po lądzie. Turystów mrowie i brak miejsca na parkowanie skraca czas wizyty zmotoryzowanym. Drogą na południe zacząłem zamykać pętlę wokół Adratyku.
Według planu zajechałem do San Giowani Rotondo, do miejsca Św. Ojaca Pio, niesamowitego miejsca kultu chrześcijańskiej religii. Wybudowana w nowoczesnym stylu nowa katedra stała się domem na wieki ojca Pio gdzie spoczywa w klasztornej krypcie. Jest co podziwiać, szczególnie gdy na świecie nie przybywa dużo ciekawych miejsc czy budowli w sakralnym stylu. Świat opanowany jest przez nowoczesne technicznie monstrualne budowle – budynki, czy statki, czy miejsca rozrywkowe.
Przez Bari, Lecce, Catanzaro wspaniałą drogą dotarłem do portu Reggio di Calabria na południu półwyspu skąd odbijają promy na Sycylię.

Pozdrawiam Słonecznie! – Jędrek

P.S. Czwarty odcinek wyprawy już z głowy. (I-szy był do Nordkapp, II-gi do Uhty, III-ci Do Istambułu, IV-ty wokół Adriatyku). Pozdrawiam jak zawsze swoich Drogich Patronów i Sponsorów szczególnie Kasię Sadurską, która przyczyniła się do zorganizowania obecnej wyprawy, udzielając mi pożyczki na zakup samochodu.

Troszkę statystyki;
Minęło 50 dni letniej wyprawy dookoła Europy. Przejechałem przeszło 22,679 km po drogach o różnej nawierzchni. 17 letnia „Zabawka” (Volvo-460) dotrzymuje kroku w tej długiej europejskiej eskapadzie. Przejechane kraje startując z Polski to: Niemcy, Dania, Szwecja, Norwegia, Rosja, Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Grecja, Albania, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Słowenia, część Włoch, w tym San Marino.

Posted in Europa 2012 | Comments Off on DOOKOŁA ADRIATYKU, do Sycylii