DRUGI ETAP, II część

SIERRA LEONE (7)
Po kilku przymusowych postojach w punktach kontrolnych dobrnąłem do stolicy – Freetown. Przypomniały mi się czasy PRL-u, kiedy mijało się kontrolne bramki przed i za miastami. Na nic to się zdało.

Kilka dni w stolicy
Oswoiłem się już z handelkiem ulicznym. Jechałem ostrożnie do przodu ze złożonymi lustrkami. Miałem w planie załatwić kilka wiz.
Podczas śniadania w przyulicznej restauracyjce nawiązałem tymczasową jak zwykle znajomość z pewnym Jozefem, który przedstawił mi się jako chrześcijanin i gotowy do pomcy. Zapytałem za ile? On udał obrażonego, miał czas i chciał nawiązać tylko kontakt. Znał każdy niemalże zakątek miasta w którym się urodził. Było mi na rękę. Skróciłem jazdę po ulicach załatwiając sprawy. Wskazał mi nawet Gest Home w Misji Katolickiej Freetown.

Kilka roboczych dni przeplecione było zwiedzaniem miasta mieszczącego się między górami a morzem z jego swoistym charakterem. Miasta z cichymi plażami, spokojnej muzyki oferującego talerz ciepłej zupy z ryżem czy objad z rakami. W starej jego części można było zauważyć drzewa bawełniane.
Wyczuwalne były wpływy angielskie. Czasami pokazywały się na ulicach samochody policyjne z szatą graficzną prosto z Londynu. Na rogatkach ulic zamaskowane stanowiska karabinów maszynowych z obsługą. Pojazdy były kontrolowane na wyrywki, ludzie na ogół żyją biednie ale spokojnie. Bankomaty wypłacały bez ograniczenia pieniądze całą dobę pod okiem pilnującego uzbrojonego policjanta. Urzędowy język angielski słobo znany przez większość. Ludzie na ogół posługują się między sobą językiem typu Kriole.

Czas w drogę skrócił pobyt. Ambasada liberyjska była zamknięta a pracownik powiedział mi, że na granicy mogę załatwić przedłużenie na przejazd tranzytowy bez problemu.
Rozpadało się. Te same gliniaste drogi, kręte, ze wzniesieniami, z dołami wypełnionymi wodą nie robiły już na mnie wrażenia. Martwiłem się tylko o ważność wizy liberyjskiej. 80 km z Freetown do Genoma pokonałem z ledwością w 2 dni. „Zabawka” znów ucierpiała; karoseria do naprawy. Pracownicy graniczni Sierra Leone przyjacielsko odprawili mnie życząc szczęścia u sąsiadów po drugiej stronie.

Stoję przed szlabanem i czekam na odprawę. Jeden młodzian wziął paszport i po pół godzinie podszedł ze srogą miną by powiedzieć mi, że wiza nieważna i muszę wrócić spowrotem do Freetown po nową. Nie dał mi szans rozmowy z oficerem. Po wstawieniu się za mną pracownika granicznego z Sierra Leone uzgodniono wpłatę 500.- USD umożliwiającą wjazd do kraju na okres kilku dni. Suma okazała mi się za duża i zdecydowałem się wrócić po wizę do Freetown.

Po unieważnieniu wyjazdu z Sierra Leone załapałem się wieczorem na Land Rower z przesiadką na autobus. Miałem okazję oceny drogi okiem pasażera.
W porze objadowej dobiłem do Terminalu Autobusowego. Pogubiłem się w czasie myśląc, że jest piątek. W rzeczywistości była sobota. Usiadłem i rozmyślałem co robić. Pracownica z ochrony dworcowej wskazała mi hostel i bankomat. Tam się zakwaterowałem do poniedziałku. Czas w niedzielę poświęciłem na wycieczkę do sanktuarium szympaniziego mieszczącego się kilkadziesiąt km za miastem. Zadowolony z małpich popisów wróciłem późnym wieczorem.

W poniedziałek z rana odebrałem nową wizę do Liberii. Pani konsul potwierdziła mi, że za niewielką opłatą mogłem uzyskać tranzytową wizę turystyczną, …ale sama jej nie dała.
Wróciłem tą samą drogą by na drugi dzień pojechać wgłąb nowego kraju na moim szlaku.

LIBERIA (8)
Już od kilku minut jestem na granicy po stronie liberyjskiej. Niby wszystko w porządku ale nie do końca. Jeden oficer graniczny uparł się w sprawie opłaty $50.- USD za jazdę po Liberii (147 kraju moich podróży). Otrzymałem ankietę z zapewnieniem nietykalności po drodze przez policję.
Sprawdziła się siła dokumentu. Podczas kontroli podawałem paszport z ankietą i byłem zwalniany z dodatkowych pytań. Do stolicy – Monrovii dojechałem po asfalcie zmęczony omijaniem setek świeżych dziur.

Swobodę w poruszaniu się po Monrovii zapewnił bankomat. A że wypłacał w dolarach USD, wybrałem większą sumę by w przyszłości nie szczypać się w potrzebie. Byle jaki Gest House kosztował 35.- USD.
Kilka dni zleciało szybko na zwiedzaniu 1.5 milionowego miasta. Rzucały się naleciałości przywiezione przez Liberijczyków z USA i Europy. Słychać było lekki rytm w liberyjsko-angielskim języku. Zaszczycony byłem wizytą w Watykańskiej Ambasadzie w której Noncjuszem Apostolskim był Mirosław Tomczyk sprawujący pieczę nad Liberią, Sierra Leone i Guineą.

Rankiem wyruszyłem w stronę Wybrzeża Kości Słoniowej. Marzeniem było dotarcie do Yamoussoukro (Yamkro) – kulturalnego centrum krajowego i podziwienie spektakularnej Basiliki Św. Piotra oraz Abidjanu – 4.5 milionowego miasta z niebotycznymi budynkami, będącego silnikiem napędowym ekonomicznie kraju.

Jakoś dojechałem do stacji policyjnej by z rana skierować się do granicy.

Ostatni przystanek przed widoczną już granicą Cote d’Ivoire.
Orzeczenie liberyjslich oficerów granicznych stanowcze: sąsiednia granica zamknięta dla ruchu kołowego ze strony Liberii. Mogłem zobaczyć nawet zabarykadowany przejazd. Gdy chcę dostać się do sąsiedniego kraju muszę wjechać od strony Guineii.

Co zrobić, zastanawiałem się przez noc.
Zdecydowałem od strony Guineii przedostać się w głąb Wybrzeża Kości Słoniowej zgodnie z orzeczeniem liberyjskich oficerów granicznych. Przy załatwianiu wizy i przedstawieniu mojej drogi wokół Afryki nie usłyszałem o zamknięciu granicy dla ruchu turystycznego.

Dzień straciłem na podjechanie przez Guineę do sąsiedniej granicy. W towarzystwie policjanta na motocyklu mijałem bramki szybciej nie tracąc czasu na odpowiedzi.

Rozczarowanie.
Zostawiłem samochód po stronie gwinejskiej by przekonać się osobiście od graniczniaków W.K.Słoniowej o realnej sytuacji. Rozmowa z niedouczonymi ludźmi była pośmiewiskiem wykrętów i przyczyny zamknięcia granicy. Nikt z nich nie chciał mi dać potwierdzenia odmowy przekroczenia granicy, bym miał dowód. Wybiórcze odrzucenie wjazdu bez powodu to jest możliwe w krajach z panującą korupcją. Granica jest zamknięta dla pewnej grupy a nie dla wszystkich. Pogardy słowne z mojej strony spływały po chłopkach jak woda po kaczce. Bez słowa wycofałem sie z tej niezrozumiałej sytuacji, której żaden z nich nie chciał mi wytłumaczyć. …Takie to ustroje panują na tej planecie.

Wróciłem do N’zerekore i zauważyłem, że brakuje mi kilku dokumentów w saszetce a w śród nich karty debitowej VIZA. Coś nowego w moich podróżach. Nie wiem w którym punkcie kontrolnym wyślizgnęły się.

Zatrzymałem się czasowo w Gwineii do możliwego załatwienia sprawy.

– Jędrek

This entry was posted in Afryka 2016. Bookmark the permalink.